Pomóż sobie sam
czyli przemoc oczami racjonalisty


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Poszukując nowego tematu pomyślałem sobie, że właściwie to nic jeszcze nie napisałem o przemocy w rodzinie. Co prawda, wcale nie przeszkodziło to niektórym osobom nawyrzucać mi, że ową przemoc propaguję i pochwalam, ale co tam te osoby wiedzą... A więc do roboty.

Zanim jednak przejdziemy do sedna sprawy, pozbądźmy się raz na zawsze pewnego bzdurnego mitu. Anonimowy autor arta o przewrotnym a pomysłowym tytule "Przemoc w rodzinie" z AM #39 twierdzi zacięcie, iż osoby pochodzące z "normalnych" rodzin nie mają prawa wypowiadać się w sprawie rodzin "nienormalnych". Dlaczegóż nie mają, jeśli można spytać? Po pierwsze - w AM panuje nam (przynajmniej takie chodzą pogłoski) wolność słowa, zatem każdy może sobie pisać, co mu się podoba, o ile nie podpadnie za bardzo Tym Dwóm Na Górze. Nikt tu, podejrzewam, nie ma ma tytułu profesora w dziedzinie psychologii ani w ogóle w żadnej innej, nierzadko trafiają się wsród tekstów takie fenomeny, że nie wiadomo - śmiać się czy płakać. Ale też i o to chodzi, coby się zapoznawać z opiniami bliźnich, jakie by one nie były. A po drugie...

Po drugie - czy li tylko Mućka ma prawo wypowiadać się w kwestii produkcji mleka? A kura o znoszeniu jajek? A kto opowie nam o życiu neandertalczyków, bo wydaje mi się, że wszyscy przedstawiciele tychże od jakiegoś czasu z powodów zasadniczych nie udzielają wywiadów? (Chociaż wczoraj widziałem jednego, nosił dres dla niepoznaki). Wystarczy odrobina wyobraźni, inteligencji, trochę doświadczenia życiowego i można pisać o wszystkim.

Nie od dzisiaj wiadomo o zjawisku, że niektórzy ludzie wręcz uwielbiają z siebie robić świętych męczenników. Bo matka pije, ojciec bije, sąsiedzi obmawiają, kosmici atakują, a krowa się zbuntowała i zdechła. Chcecie takich pooglądać - proszę bardzo, w programach typu "Rozmowy w toku" ich nie brakuje. Przychodzą tam specjalnie po to, by się wyżalić, jak to ich los okrutnie pokarał. W AM trochę tego jakby mniej, ale tutaj za to nasi męczennicy zastrzegają sobie w dodatku wyłączność w sprawie swojego męczeństwa, a reszta ma im tylko potulnie współczuć.

Nietrudno się domyślić, co by było, gdyby wszyscy usłuchali w tym pobożnym życzeniu męczenników. Ci ostatni zapełnialiby wtedy ochoczo całego maga swoją radosną twórczością, zaś czytelnicy roniliby morza łez nad niedolą swych kolegów. Nie wiem jak wy, ale ja wolałbym przenieść dyskusję na jakiś wyższy poziom, zaś płacze zostawić przekupkom z targu. Czyż nie lepiej byłoby popisać o tym, jak by tu rozwiązać problem przemocy, zamiast wciąż w kółko psioczyć, jak to taki a taki znęca się nad rodziną i jaka to ta rodzina biedna z tego powodu? Po co nam takie opowiastki, czy naprawdę nie wiemy, co się dzieje w rodzinach patologicznych?

I tutaj właśnie widać, dlaczego osoby niedoświadczające przemocy mogą i powinny o niej pisać. Powiem nawet, że to właśnie te osoby, a nie ci, których sprawa bezpośrednio dotyczy, najlepiej się do pisania o przemocy rodzinnej nadają. W końcu one jedyne mogą podejść do tematu z odpowiednim dystansem. Ten, który przemocy doświadcza na własnej skórze, będzie produkował wypowiedzi dyktowane emocjami, nie rozumem. Będzie z iście masochistycznym upodobaniem opisywał wszelkie ekscesy, do jakich dochodzi w jego domu. Będzie wyzywał swojego ojca (czy kto tam u niego jest sprawcą tej przemocy) od skurwysynów (poniekąd słusznie, ale nikt nie lubi takiego wyzywania na stronach całkiem przyzwoitego maga). Będzie wreszcie bluzgał na tych, którzy "ośmielą" się zabrać głos w sprawie rodzin patologicznych, choć sami do nich nie należą.

Natomiast człowiek, którego za młodu bito tylko tyle, ile potrzeba, może sobie pozwolić na zupełnie inne spojrzenie na sprawę przemocy. Nie będzie musiał tworzyć artów pełnych dramatyzmu, więc poświęci więcej miejsca na analizę problemu i potencjalne sposoby jego wyeliminowania. I myślę, że takie właśnie teksty chcemy w AM czytać. A nawet jeśli nie chcemy, to w każdym razie ja chcę takie pisać. I pan Anonimowy może się na mnie wściekać, a i tak będę to robił.

No więc ustalone zostało, że mam prawo napisać ten tekst :-). Teraz możemy przejść bezpośrednio do samej przemocy. A tutaj troszkę was zaskoczę, bowiem nie będę, jak to czynią wszyscy inni, wynajdywał coraz bardziej soczystych określeń zwyrodniałych ojców i mężów, którzy dopuszczają się przemocy na swoich rodzinach. Nie zrobię tego, chociaż bez najmniejszej wątpliwości wspomniani ojcowie i mężowie w pełni na to zasługują. Tym razem oberwie się... poszkodowanym. A tak, właśnie im, i zaraz wytłumaczę, dlaczego.

Rozmaitych artykułów, w których załamywano ręce nad okrutnym losem bitych żon i dzieci, a wyklinano sprawców tego losu, przeczytałem od cholery i trochę, wy pewnie też. Nie wydaje mi się jednak, ażeby którykolwiek z nich został przeczytany przez takiego bohatera, co się wyżywa na słabszych. Choćby dlatego, że tacy przesadnym intelektem zwykle się pochwalić nie mogą, a co za tym idzie - stronią od wszelkiej lektury. Jednak nawet jeśli taki czy inny tekst o przemocy tudzież program w TV został przez heroicznego pogromcę własnej rodziny odebrany, to z dużym prawdopodobieństwem mogę stwierdzić, iż nie trafił on do jego zakutej łepetyny. Gdyby było inaczej, problem przemocy dawno przestałby już istnieć, wobec sporej ilości takich artykułów i programów telewizyjnych. Wniosek jest taki, że widocznie kieruje się te artykuły do niewłaściwych osób...

Gdy tylko czytamy w gazecie o jakimś konkretnym przypadku, niezbyt rozgarnięty (moim zdaniem) autor takiego czytadła zachodzi w głowę, jak to jest możliwe, że otoczenie takiej patologicznej rodziny (sąsiedzi, znajomi) nigdy nie pofatygowało się, żeby tej rodzinie pomóc. Czy to naprawdę takie dziwne? Sąsiedzi i znajomi mają na głowie własne problemy, poza tym nie czują się oni osobami, które powinny wtykać nos w czyjeś sprawy, nawet jeśli w dobrych intencjach. A pismacy z oślą konsekwencją apelują do nas, normalnych ludzi z normalnych rodzin, byśmy mieli oko na przemoc w naszej bezpośredniej bliskości i w razie potrzeby byli gotowi wkroczyć do akcji. Niestety, smutna prawda jest taka, że my właśnie najmniej możemy zdziałać.

Skoro ludzie spoza patologicznej rodziny są bezradni, a główni sprawcy przemocy głusi na wszelkie wartości moralne, wyznawane przez społeczeństwo - kto może pomóc wyjść z tego błędnego koła? Pozostają tylko same ofiary przemocy, poniewierane żony i maltretowane dzieci. Spytacie pewnie: a co one biedne mogą zrobić? Nad tym zaraz się zastanowimy, a tymczasem powiem wam, co zwykle robią. Otóż nic. I to jest właśnie w tej sytuacji najgorsze, co można zrobić. Nieszczęsne żony przyjmują na siebie rolę worka treningowego, ponieważ myślą, że w ten sposób uspokoją swoich brutalnych meżów. Mężom natomiast w to graj - skoro się żona nie broni, to dalejże ją prawym sierpowym! Nie chodzi przecież o to, że zupa była za słona, tylko by wyładować "negatywne emocje" i pokazać, jakim to się jest "twardym".

Myślę, że bardzo mądrym człowiekiem był ten, kto wymyślił powiedzenie "widziały gały, co brały". I nie z tego powodu, że umiał rymować. BrightWitch w swoim arcie "Bite" wciska nam na ten temat takie kity, że wręcz powinniśmy się na nią obrazić, bo za kogo nas one uważa, za niedorozwiniętych umysłowo czy też za malutkie dzieci? Bo w takie wmawianie, że przed ślubem faceci są mili i romantyczni, a potem zamieniają się nagle w bestie, to nawet niemowlę nie uwierzy. Owszem, bywa (i to nawet dość często), że późniejsi brutale zgrywają w okresie narzeczeństwa dżentelmenów, ale to raczej normalne. Jednak czy aż tak trudno jest rozróżnić PRAWDZIWEGO dżentelmena od tępego osiłka, który lubi się wyżywać na słabszych?

Obawiam się, że nietrudno, o ile tylko CHCE się odróżnić. Niestety, głupie młode dziewczyny zakochują się w swoich "maczo" bez pamięci, idealizują ich, wszystko im wybaczają. Zdarza się, że taki dżentelmen od siedmiu boleści już po kilku randkach próbuje udowodnić swojej sympatii, kto tu rządzi i uderza ją po raz pierwszy, a ona - zadurzona po uszy - usprawiedliwia go i stara się sobie wmówić, że on na pewno nigdy więcej tego nie zrobi, że tym razem "tylko miał zły dzień" itp.

Poza tym mówiąc "widziały gały..." aż chciałoby się dodać: "szkoda, że tylko gały, a nie cała głowa". Jakimiż to kryteriami kierują się nieraz dziewczyny przy wyborze swojej "drugiej połowy"? Nie mówię, że tak jest zawsze, ale niestety, powszechny to obraz - lecą na tych najprzystojniejszych, najgroźniejszych, z największymi barami, z szybkimi brykami. Jeśli taki delikwent klnie jak szewc, to panna myśli sobie, że przecież jest prawdziwym mężczyzną, więc musi używać odpowiednio "twardego" słownictwa. Jeśli delikwent przedkłada rozwiązania siłowe nad kompromisy, to jeszcze bardziej pannie się on podoba, bo wyobraża sobie, że taki obroni ją przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Jeśli delikwent nie jest dla niej zbyt delikatny i lubi sobie popić, panna również tłumaczy to jego "prawdziwą męskością". No i potem taka panna zbiera żniwo swego trafnego wyboru - w postaci sińców pod oczami.

Zapomniałem do tego jeszcze dodać, jak pochopne bywają nieraz decyzje o małżeństwie. Bywa, że zawiera się je miesiąc czy też rok od zapoznania się. No i powiedzcie, jak tu żałować takiej dziewczyny, która wyszła za brutala, nawet nie próbując go dokładniej poznać? Żołnierza, który beztrosko wbiega na ścieżkę oznaczoną napisem "Achtung! Minen!" okrzyknęlibyśmy idiotą; nie widzę powodu, żeby lepsze zdanie mieć o osobie, która chce poślubić prawie obcego sobie człowieka. Równie dobrą opinię mam o związkach zawartych z jakiegoś konkretnego, nie zawsze z miłością związanego, powodu. Co można powiedzieć o dziewczynie, która godzi się na małżeństwo np. z powodu ciąży z danym człowiekiem? No a od takiego gościa, który radośnie zmajstrował jej bachorka, nie należy oczekiwać cechy takiej, jak odpowiedzialność czy troska o dobro rodziny, a więc widać jak na dłoni, że kobita w razie czego sama jest sobie winna.

W tym miejscu zaznaczę (co można było wywnioskować z moich dotychczasowych wypowiedzi, chociaż nie powiedziałem tego wprost), że krytykując maltretowane żony nawet w najmniejszym stopniu nie usprawiedliwiam ich mężów. Dla mnie powinni oni wisieć. Jednak o ile to ostatnie wydaje się wszystkim w miarę oczywiste, to jednak mało kto dostrzega, jakie błędy popełniają zazwyczaj ofiary przemocy i że nie zawsze jest powód, by tych ofiar tak bardzo żałować, jak to zwykle czynimy.

Wracając do tematu: co zrobić, jeśli już popełniło się ten błąd i wyszło za niewłaściwego człowieka, bądź też stało się ofiarą tegoż nie ze swojej winy (czyli jest się jego dzieckiem)? Jak już wspomniałem, "nicnierobienie" nie doprowadzi do niczego. Próba przemówienia swojemu katu do rozumu jest z góry skazana na niepowodzenie, potajemne szprycowanie go środkami uspokajającymi nic nie da, a podjęcie jakiejkolwiek samoobrony jest w świetle naszego prawa widziane jako zbrodnia. Pozostaje więc tylko liczyć na pomoc innych. Gdzieś wcześniej w tym tekście napisałem, że na miłosiernych Samarytan nie warto liczyć - nie do końca jest to prawdą. Trzeba by było mieć naprawdę niewrażliwych i egoistycznych tych bliźnich, żeby nie wzruszył ich los bitej żony z dziećmi i żeby nie postarali się czegoś w tej sprawie zrobić. Trzeba tylko wiedzieć jak im to przekazać...

Przede wszystkim warto wiedzieć, że nadzieja jest matką głupich. Sąsiedzi sami się nie domyślą, jaka sytuacja panuje w domu za płotem. Nawet, jeśli są wyjątkowo wścibscy, to mało tak naprawdę wiedzą o ludziach, obok których żyją. Te sińce na twarzy żony mogą sobie tłumaczyć na milion sposobów, często nawet im nie przyjdzie do głowy, by przypisywać je pięści "tego spokojnego, miłego pana". Kulisy rodzinnej przemocy należy im przedstawić wprost. To przed nimi należy opowiadać ze szczegółami przebieg domowych batalii i wyżalać się, a nie wysyłać takie żale i opisy do AM, gdzie przeczytają je tylko tacy ludzie, których to niewiele obchodzi. W sąsiadach i znajomych można w takich okolicznościach znaleźć oparcie, a to już wiele znaczy.

Po drugie. Bite i upokarzane żony rzadko w ogóle myślą o rozwodzie. Dlaczego? BrightWitch po swojemu twierdzi, że przez lata wmawiano im, że rozwody są "be" i że należy się podporządkowywać mężczyznom. Jest to oczywiście naginanie rzeczywistości w celu rozprzestrzeniania fanatyczno-feministycznych poglądów, chociaż krztyna prawdy na pewno w tym również tkwi. Ale nie o to tak naprawdę chodzi. Jeśli coś powtrzymuje te nieszczęśliwe istoty od ucieczki z piekła, w jakim się znalazły, to jest to ich konformistyczna natura. Dochodzą do wniosku, że rozwód niesie za sobą nieznane, a nieznanego się boją. Wolą więc zgodzić się cierpienie, byleby tylko "wszystko pozostało po staremu". I tu koło się zamyka. Można sobie wręcz pomyśleć, że tym bitym żonom tak naprawdę wcale nie zależy, żeby coś zmienić...

No i trzecia rzecz do zrobienia. Wiem, że może zabrzmi to cokolwiek bezsensownie, ale... Oko za oko, za ząb cała szczęka. To prawda, że dysproporcja sił bywa często znaczna, ale nie chodzi o to, żeby gnoja od razu znokautować, tylko by zamanifestować mu swoją niezgodę na istniejącą sytuację. Wspomniany przeze mnie na początku arta anonimowy autor wyznaje, że raz zdarzyło mu się przywalić zwyrodniałemu ojcu w gębę. I tak właśnie być powinno. Niech sobie nie myśli, twardziel jeden, że będzie wszystkich ustawiał! Im bardziej ofiara bezbronna, tym bardziej "bohaterski" będzie dręczyciel. Opór nauczy go pewnego respektu. Jeśli nie da się skurczybyka pobić - potraktować go adekwatnym słówkiem. A jeśli i tak nie wyjdzie - uciekać i wzywać pomocy. Najgorsze, co można zrobić, to skulić się i przyjmować ciosy. Bo on tego właśnie oczekuje i tego chce.

Podczas drugiej wojny światowej miliony ludzi zginęło w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Myślicie, że ich morderców było co najmniej dwa razy więcej? Przecież załoga tych obozów to była tylko garstka żołnierzy, fakt, że uzbrojonych, ale przecież znacie to przysłowie o Herkulesie i dupie. A jednak miliony więźniów potulnie pozwoliło się zagazować. Dlaczego? Ponieważ nie wierzyli, że naprawdę może ich coś takiego spotkać. MIELI NADZIEJĘ, że coś się odmieni, że wojna się skończy, że nazajutrz ich wypuszczą i tak dalej. Natomiast buntu, jedynej drodze, która mogła ocalić im życie, bali się. Bali się go, ponieważ wiedzieli, że część z nich mogłaby zginąć za próbę oporu. Ale nadzieja okazała się złudna, jak zawsze. Cudu nie było, mało kto wyszedł z obozów żywy.

Dokładnie taka sama sytuacja panuje w rodzinach patologicznych. I też tylko jawny bunt może ocalić ofiary przemocy rodzinnej. I łudzenie się nadzieją też jest ślepą uliczką. Podobnie jak wysyłanie pełnych żalu listów do ludzi, którzy nigdy nie zainteresują się daną sprawą, bo jest im ona daleka i obca.

Przedstawiłem sprawę chyba wystarczająco jasno. Ale i tak niechybnie znajdą się tacy, którzy będą się na mnie oburzać, że niby potępiam nie tych, co trzeba itp. Cóż, obiecuję - odpowiem na każdy list, który będzie zawierał mniej, niż 50% bluzgów, powiedzmy :-). Chętnie wyjaśnię też wszelkie nieścisłości, których tutaj oczywiście nie ma, ponieważ jestem człowiekiem starannym i drobiazgowym. Z taką samą chęcią posłucham zdania tych, którzy sami doświadczyli przemocy oraz tych, co mają bardziej genialne niż moje rozwiązania (napisałem to tylko z grzeczności, w istocie bowiem moje własne solucje są zawsze nieskazitelnie doskonałe).

Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl