OBÓZ - część II - (2 tygodnie nie zapomnianych przeżyć)
Witam ponownie! Mam nadzieję, że płynnie przeszliście do czytania II części moich obozowych wypocin ;). W tej części opowiem Wam, co takiego miłego spotkało mnie przez te dwa tygodnie, na które tak czekałem!
Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy po zakwaterowaniu się w namiotach był obiad. Kucharki przygotowały typową wojskową zupę, czyli... grochówkę. Myślały, że się przestraszymy, że niby nie będziemy jeść pysznych obiadów... Ale ściema. Jedzenie było bardzo dobre, aż byłem zaskoczony. W sumie miałem prawo - obóz był łączony z harcerzami, poza tym byłem pierwszy raz na obozie organizowanym przez ZHP, więc chyba miałem prawo do drobnych podejrzeń? Na szczęście jednak byłem w pełni usatysfakcjonowany: kotlety schabowe, drobiowe, spaghetti, zupy (rosół, barszcz, pomidorowa), ryby itd. Może do pełni zachwytu zabrakło jedynie frytek ;). Śniadania i kolacje także były dobre (choć nie zawsze - zależy od gustu smakosza :). Serwowano nam: szynki, pomidory, ser biały i zółty, dżemy, pasty, wątrobianki etc. To tyle może na temat części kulinarnej...
Do naszej dyspozycji były dwa boiska do piłki siatkowej, które... sami sobie zrobiliśmy. Nie można je nazwać boiskami plażowymi, bo piasku było tam "jak na lekarstwo", ale dało się grać ze skutkiem pozytywnym dla zdrowia. W namiotach spało po 6 osób (oczywiście na wspaaaaaniałych kanadyjkach;). Warunki wewnątrz były dobre, choć zależało to od tego, jak kto trafił. Jedni mieli w nocy lodówkę, inni w deszczową noc mogli zażyć darmowego prysznicu. Jednak każdy sobie jakoś poradził, i przez 2 tygodnie żył tak żeby żyć;). Pierwszego dnia pod wieczór odbyliśmy krótki, 15 minutowy spacer w góry. Trener oficjalnie przywitał wszystkich siatkarzy na obozie w Szklarskiej Porębie. Mieliśmy lekko nakreślone co będziemy robić! Ja się cieszyłem, że nie będzie zbyt lekko! Po to pojechałem i wydałem 600 zł., aby coś z tych przygotowań wynieść. Aaa... zapomniałem o jakże fascynującej kąpieli niektórych kumpli w górskim strumyku, którego temperatura wynosiła około 12 stopni Celsjusza. Po prostu - cud miód!
Pierwsze dni były bardzo charakterystyczne - wszystkim chciało się grać! A były to mecze bardzo zacięte. Stawkami były: Coca Cola, batony, HeinCola* i wiele innych drobiazgów. Jednak ta niesamowita chęć minęła bardzo szybko, gdzieś tak po 3-4 dniach. Codziennym punktem wieczornych treningów był sparing: drużyna gimnazjum na liceum. Wszystkie mecze wygrało oczywiście LO, choć muszę przyznać, że chłopaki z gimnazjum są naprawdę bardzo utalentowani. W tym roku mają zamiar wystartować w lidze zrzeszonych (liceum dla przykładu gra w niezrzeszonych). W zeszłym roku zdobyli chyba srebrny medal Mistrzostw Poznania. Sparing partnerów mieliśmy więc co by nie mówić - wymagających. Dla ciekawskich, codziennie trenowaliśmy po 5h (wraz z meczem sparingowym). Nie było lekko, ale było fajnie;) Najbardziej chciało mi się śmiać z organizowanej dyskoteki. Nie wiem kto był inicjatorem, ale ten ktoś popisał się... poczuciem humoru. Lokum było jeszcze w miarę dobre (stołówka), lecz sprzęt już taki nie był. Co powiecie na zwykłego, małego bum-boxa? Dodając jeszcze do tego muzę powiem tylko - DOŚĆ! Rozumiem, że na dyskotekach leci określony gatunek muzyczny zwany powszechnie Techno (plus pochodne), ale skoro była to amatorska dyska, to czy nie można było dobrać muzy tak, aby wszyscy bawili się dobrze? Nie mam zamiaru pisać tutaj o metalu etc., ale taka Avril Lavigne czy Nickelback mógłby chyba być. Linkin Park przecież takie złe też nie jest;) Ok! Kończę! LP na dyskotekę chyba nie (a... może chociaż My December -spokojna przytulanka. "Shut Up" Publo). Tak więc na dyskotece bawili się nieliczni (głównie dzieci, plus dziewczyny w wieku 14 lat - czyli też dzieci;). Siatkarze nie uczestniczący w tej jakże wspaniałej, emocjonującej (powodującej zwolnienie pracy serca) dyskotece, ulokowani byli w pokoju dziewczyn. zapytacie jakich dziewczyn? Już tłumaczę! Dwie Kasie - nasze opiekunki, dwa lata starsze, jeżdżące na każdy obóz siatkarski po to, aby... grać w siatkówkę. Ania - córka trenera oraz Dagmara jedna z 14-atek głęboko zatroskanych o los bum-boxowej dyskoteki. Jeżeli dochodziło do jakiś spożyć napoju nie niealkoholowego to albo tam, albo w namiocie kiedy wszyscy już spali. Choć od razu dodam, że nagminnie trunek marki piwo kosztowało 4 z 7 licealnych siatkarzy. Ja byłem w trójcy czystej, rzadko pijącej, nad pijanymi ubolewającej :). Jak pisałem w jednym arcie, który niestety Eddie odrzucił (sitkarz jeden:) nie jestem za częstym i gęstym piciem. Jestem za to za piciem słusznym, czyli wtedy kiedy jest impreza, lub kumpel zaprasza! Porzućmy jednak temat alkoholu...
Być może ciekawi jesteście jak wyglądają treningi siatkarskie. W sumie trudne to nie jest, bo zapewne nie jeden z Was miał podobny na lekcji w-f. My mieliśmy jednak troszkę więcej wycisku niż w szkole. Dzień zaczynaliśmy o 7.45. Mieliśmy 10 minut na dobudzenie się, ubranie i orzeźwienie (twarzy). Następnie czekał nas półgodzinny rozruch. Na dobry początek jedno, dwa lub nawet trzy kółeczka wokół bazy (jedno kółeczko to 800m). Po biegu albo ćwiczenia rozciągające albo skocznościowe. Na tych ostatnich: skok obunóż przez płotki, dojście do ścięcia, blok. I tak spoceni i orzeźwieni letnim słońcem, które już o 8.30 grzało niemiłosiernie zasiadaliśmy do śniadania. Po posiłku mieliśmy czas wolny (2h). Około 10.30 rozpoczynał się trening przedpołudniowy. Co robiliśmy na typowym treningu? Różne rzeczy: odbijanie piłek, dojście do ścięcia, ćwiczenie taktyki (podwójna krótka, krótka, atak z drugiej linii), odbiór w wyznaczone miejsce, mecze trójkami etc. Trening kończył się około 12.30, niektórzy zostawali do obiadu (czyli do 13.30). Po jedzeniu kolejne 2h odpoczynku. Trening popołudniowy rozpoczynał się zazwyczaj o 16.00. Chyba, że mieliśmy wynajętą salę, wtedy to o 15.00. Na sali gimnastycznej "OSW Krasnoludki" ćwiczyliśmy głównie ścięcia, pady i serwisy. Często też graliśmy mecze (trójkami bądź szóstkami). Gdy nie było pogody, i nie mieliśmy sali odbywały się zajęcia metodyczne. Siadaliśmy w salce z telewizorem i oglądaliśmy bądź to kasety metodyczne bądź też mecze (Brazylia - Jugosławia; Polska - Francja i Polska - Rosja). Mniej więcej tak wygląda trening siatkarza amatora.
Najfajniejszy trening odbył się w czwartek 24 lipca. Był zarówno najlepszy jak i najtrudniejszy. Jego oprawę stanowił ulewny deszcz. Wyobraźcie sobie 3h biegania po lesie w strugach deszczu! Żeby nie było zbyt łatwo oprócz zwykłego biegu mieliśmy tzw. "seryjki pod górkę". Proszę bardzo: 10 seryjek pod górkę (jakieś 150m). Trener wynajdował coraz bardziej strome podbiegi i byliśmy zmuszeni się mordować. W końcu dobiegliśmy do celu biegowej wyprawy. Wodospad "Szklarka" ukazał się przed nami w całej swojej okazałości. Wspaniały widok. Do bazy wracaliśmy... biegiem! Każdy odczuł ten trening w kościach, ale opłacało się. Było super!!!
Pierwszy tydzień upłynął dość szybko. Teraz widzę, że wtedy właśnie najwięcej byliśmy skupieni na treningu. W drugim tygodniu niby wszystko było tak samo, ale ja odczuwałem już jakiś luz. W sobotę 26 lipca cały obóz udał się na wycieczkę. Odwiedziliśmy starego przewodnika górskiego obecnie jeżdżącego na wózku inwalidzkim. Opowiadał nam o Walonach - ludziach przybyłych z Francji, a zajmujących się wydobywaniem minerałów. W sumie jego opowiadanie, oprócz tego, że trochę długie było nawet fajne. Przynajmniej dla mnie, bo niektórzy koledzy po fachu (czyt. siatkarze;) nie byli zainteresowani gadkami przewodnika. Mówił coś o Wielkim Karkonoszu, strzegącym szlaków turystycznych w... Karkonoszach. Jedną z atrakcji turystycznych (?) było zakucie w dyby i wołanie do wspomnianego Karkonosza. Każdy śmiałek, który faktycznie uznawał to za zabawę musiał zawołać: "Nie jestem godzien(godna). Niektórzy uznali, że nie będą się wgłębiać w taką dziecinadę... A może po prostu wstydzili się wołać? Następnie zostaliśmy zaproszeni do podziemi na spałaszowanie... kiełbasek! Po tej jakże przyjemnej czynności byliśmy zmuszeni wrócić do bazy. W namiotach pojawiliśmy się około 22.30. Ciszę nocną przesunięto nam na 1.00 (wow, czyli tak jak zawsze, tylko że pierwszy raz legalnie;).
W pierwszej części moich wypocin z obozu wspomniałem coś o harcerzach. A no właśnie - na początku obozu wybuchł pewien konflikt między ZHP a siatkarzami, którego nie załagodziła nawet HSZT (Harcersko Siatkarska Zabawa Taneczna - druhowie nie mają co robić? Jakieś głupie nazwy wymyślają). W tej "małej wojnie" jako jeden z niewielu siatkarzy byłem po stronie harcerzy. Moi kumple "pienili się", że niby to harcerzom wszystko wolno, że obrażają innych itp. Głównie chodziło o to, że grupka siatkarzy zakłóciła jakoby ognisko harcerzy. W czasie zakończenia, gdy "panował krąg" wracający z miasta siatkarze nie uszanowali ciszy, która panuje w kręgu. Moim zdaniem druhowie mieli słuszne pretensje do moich kumpli, którzy w akcie obrony (moim zdaniem) wymyślali głupie uzasadnienia. To prawda, że harcerze podpadli bo obrzucali siatkarzy wyzwiskami. Jednak moi kumple na nie zasłużyli! Czemu bronię tak ZHP? Być może dlatego, że mój brat należał kiedyś do harcerstwa. Opowiadał mi trochę jak to tam było, i może dlatego umiem uszanować te wszystkie ich obrzędy. Po za tym harcerze są naprawdę w porządku. Muszą wykonywać wiele zadań itp., które kształtują psychikę i moim zdaniem przygotowują w jakiś sposób do życia. Jak widziałem niektórych siatkarzy z gimnazjum, co nie zaznali zapewne w swoim życiu ciężkiej pracy to "nóż w kieszeni się otwierał". Niestety obrzucanie błotem to nie jest najlepsza kontrofensywa. Na szczęście później wszystko się uspokoiło. "Lody zostały przełamane" i na koniec obozu wszystko było już najzupełniej OK! Niekiedy podczas treningów żałowałem, że nie jestem harcerzem - oni wychodzili w góry, chodzili po szlakach a ja musiałem trenować. Niestety lubię zarówno łażenie po górach jak i trening siatkówki... Pozdrawiam w tym momencie Dziadka Mroza - Naczelnego Harcerza Action Maga :).
27 lipca (niedziela). Pierwszy wolniejszy dzień, w którym można było odpocząć. Całe do południe było wolne, po raz pierwszy brak treningu. Można było wybrać się do Szklarki lub jak uczyniła większość położyć się plackiem na trawie i się opalać. Przy okazji można było obejrzeć jak grają niektórzy harcerze (całkiem nieźle). Niestety dla mnie popołudnie było pechowe. Podczas treningu podwójnej krótkiej doznałem lekkiej kontuzji - lekkie skręcenie kostki. Do końca obozu nie mogłem trenować na 100%. Największą bolączką było to, że nie mogłem biegać, a początkowo nawet skakać. W poniedziałek byłem rekonwalescentem (cały dzień nie ćwiczyłem). We wtorek rozpocząłem lekki trening: przyjęcia piłek, ścięcia z miejsca. Najgorsze było to, że chciałem grać a nie mogłem. Wieczorem tego dnia odbyły się śluby (kolejny harcerski obyczaj).
W środę odbyła się tak oczekiwana przez wszystkich wycieczka do Czech :). Główną atrakcją było Skalne Miasto, w którym spędziliśmy przeszło 4h. Skały i głazy znajdujące się w miasteczku były naprawdę wspaniałe i w dodatku wyrzeźbione przez naturę!!! Niekiedy można było zobaczyć skalne słonie, dzbany, fotele itp. Nawet erotomani znaleźli coś dla siebie - kopulację żółwi;). Przepłynęliśmy "Titaniciem" po skalnym jeziorze (jednej z głównych atrakcji Skalnego Miasta). Trzeba oddać przewodnikowi, że jego humor jest PIERWSZA KLASA. Choć niekiedy ni w ząb nie mogłem go zrozumieć - Czeskiego u mnie nie uczą:). Po zwiedzeniu Skalnego Miasta udaliśmy się do miejscowości Trutnov. Tam niektórzy spałaszowali pizzę (ja musiałem obejść się zapachem - nie miałem Koron :(. Droga powrotna była wspaniała! Tak, dobrze czytacie... Wszyscy spali, a z radia leciała muza (przez dwa tygodnie byłem odcięty od swojej muzyki:(. Zmęczeni dojechaliśmy do bazy o 18.30.
Ostatnie dwa dni były istnie luzackie. W czwartek zdecydowałem się na lekką grę. Na szczęście nic się nie stało! O 17.00 harcerze przygotowali chrzest. Nasz trening kończył się przed 17.00. Pomni przestróg tych którzy go przeżyli postanowiliśmy się nie dać! Zaszliśmy do domku dziewczyn od tyłu. Weszliśmy do środka (na szczęście nikt nas nie widział) i przeczekaliśmy półtorej godziny w ciszy i spokoju - bez jęknięcia i szemrania. Przez 90 minut zupełna cisza. Żeby było śmieszniej domek miał metraż 3mx3m, a nas było... 14! Było duszno jak cholera - mogliśmy otworzyć tylko jedno, tylne i w dodatku małe okienko. Najśmieszniejsze jest to, że nikt nie zauważył zaparowanych szyb:) Ach Ci harcerze, tak mało w nich pomyślunku :). Niestety wpadliśmy u trenera, który postanowił, że zrobi nam chrzest siatkarski. Ale to nastąpiło następnego dnia...
Ostatni dzień treningowy był bardzo luźny. Do południa odbywały się mecze trójkami, a po południu mieliśmy testy sprawnościowe badające nasze osiągi na obozie. Na testach mieliśmy: skok dosiężny, dojście do ścięcia, odbicie górne na odległość, sprint 30m i bieg na 800m. Cieszę się z faktu, że wyskok poprawiłem o 5cm! Wieczorem odbył się chrzest. Składał się on z 5 stacji. Na pierwszej musieliśmy zadeklarować chęć udziału. Stacja 2 to odpowiedzi na pytania związane z siatkówką. Na trzeciej stacji mieliśmy tajemnicze mikstury. Naszym zadaniem było rozszyfrowanie z czego się składają. Najtrudniejsza stacja to 3 metrowe czołganie pod krzesłami. Przeszkodę stanowiły zwisające pokrzywy i ketchup dodający poślizgu oraz nową czerwoną barwę skóry:). Miałem to szczęście, że byłem ostatni - ketchup się prawie kończył i nie byłem tak ubrudzony jak inni. Zresztą były różne sposoby na przejście: jedni woleli być brudni od ketchupu byle tylko nie dotknąć pokrzyw. Ja wolałem jednak oddać się pokrzywowym torturom niż ubrudzić się w "czerwonym płynie". Przecież ból pokrzyw nie trwa długo! Ostatnia stacja to leżenie na szyszkach i przysięga! Po chrzcie nastąpiło oficjalne zakończenie obozu siatkarskiego. Każdy dostał planszę z mapą Europy, certyfikat siatkarza, pocztówkę ze Szklarskiej Poręby, a nieliczni (w tym ja) piłkę do siatkówki. Następnie rozpaliliśmy ognisko i zajadaliśmy się kiełbaskami! Około 1.00 w nocy trzeba było rozejść się do namiotów ( a szkoda, bo było ekstra - i te wspaniałe gwiazdy!). Przed nami ostatnia przeszkoda - ZIELONA NOC! Było całkiem spokojnie oprócz tego, że czujka zasnęła i obudziliśmy się z pastą do zębów w ... uchu :). Sobota była dniem wyjazdu. Po śniadaniu musieliśmy oddać namiot do sprawdzenia (tzn. kontrola czy wszystko jest OK!). O 10.30 ruszyliśmy w stronę dworca. Marsz nie był zbyt przyjemny - termometr wskazywał 33 stopnie Celsjusza. W dodatku - jak każdy będący w Szklarce z pewnością wie - pod dworzec wchodzi się bardzo przyjemnie. Ta górka jest zabójcza, choć chciałbym spróbować ją zdobyć na rowerze:).
Załadowanie 123 osób się udało, i punktualnie o 11.36 pociąg ruszył w stronę Poznania. Droga aż do Wrocławia była piekielna (i to w dosłownym tego słowa znaczeniu). Ludzie próbowali spać - ich twarze były przepocone, włosy mokre. Istny żar tropików. Na szczęście na trasie Wrocław-Poznań pociąg jechał szybko, i odbiliśmy sobie 5h jazdy w upale. Od Rawicza zaczął padać ulewny deszcz... W Poznaniu przywitało mnie zachodzące słońce. A w domu okrzyki radości... Dodam tylko, że na obozie schudłem 3kg - z 75kg na 72kg. Ja jestem zadowolony, rodzice nie.
SKŁAD LICEUM: Ryba, Rudi, BuBu, BigBen, Kangur, Publo, Leon
SKŁAD GIMNAZJUM: Menda, Artur, Filip, Klawiter, Ginal, Drozda, Wsiul, Sroka, Walker, Tomek
MŁODZI: Pokemon, Rafał
DZIEWCZYNY: Kasia K., Kasia P., Ania W., Algida
I to by było na tyle! Mam nadzieję, że Wam się podobało!
Publo
P.S Nastąpiła zmiana ksywki. Zawsze podpisywałem się Pablo, dowiedziałem się jednak, że kiedyś do AM pisał koleś o takiej ksywce. Dlatego z poszanowania dla jego osoby, i abyście nie mylili naszych tekstów zdecydowałem się na drobną zmianę. Moje teksty możecie czytać od AM#38.
P.S 2 Jeżeli ktoś z uczestników obozu w Szklarskiej Porębie czyta ActionMaga niech piszę do mnie! Może się znamy? Szklarska Poręba 20.07-2.08
* - HeinCola to zacenzurowana nazwa piwa o nazwie Heineken:)