Mój lot nad kukułczym gniazdem, czyli niech żyje system!

 

 

 

Ostatnio można się natknąć na coraz więcej ludzi, młodych ludzi, którzy są wyraźnie wrogo nastawieni do wszystkiego i wszystkich, którzy próbują ich kontrolować. Czy to policja, nauczyciele, czy rodzice takiego "młodego gniewnego" - to wszystko jego wrogowie. Jego wrogiem jest cały świat oprócz tych ludzi, którzy razem z nim krzyczą, śpiewają, piszą na murach i noszą na koszulkach jedno hasło: "FUCK THE SYSTEM!"

Czym w ogóle jest ten system? To wszyscy, którzy sprawują kontrolę nad czymkolwiek. Politycy, policjanci, nauczyciele... Wszyscy dążący do całkowitej kontroli nad całym światem, nad nimi.

Potężny system władający światem... skąd ja to znam? Oczywiście - "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Kesey`a. Nie mówię tu o filmie z Jackiem Nicholsonem. Film jest dobry, ale moim zdaniem książka, na której podstawie powstał, jest dużo lepsza, i właśnie o niej tu mowa. Teraz przybliżę ją trochę tym, którzy albo tylko oglądali film, albo i tego nie. Opowiada o pragnieniu wolności na przykładzie... szpitala psychiatrycznego. Książka ta pisana jest w całości z perspektywy niejakiego pana Bromdena (przezywanego "Wódz"), półkrwi Indianina, pacjenta tego szpitala (podczas, gdy w filmie skupiono się na McMurphym). Nie będę zbyt wiele o nim pisał, by nie psuć lektury tym, których ta książka ominęła; powiem tylko, że cierpiał na pewne urojenia. Był przekonany, że we wszystkim są maszyny, że ludziom już przy narodzinach wmontowuje się urządzenia sterujące, całym światem rządzi... nie, to złe słowo... STERUJE tzw. Kombinat, a szpitale psychiatryczne są dla tych, którym coś się popsuło i nie da się ich zwyczajnie kontrolować (w filmie te urojenia pominięto; tylko raz czy dwa Wódz mówi coś o Kombinacie czy o tym, jak bardzo się skurczył - a był człowiekiem słusznego wzrostu i potężnej budowy).

Przytoczę tu teraz kilka (-naście? -dziesiąt?) słów z książki, przez które o niej tyle do tej pory powiedziałem: "(...) widziałem dowody tego, co Kombinat zdziałał (...) Ujrzałem na przykład pociąg, który zatrzymał się na stacji i wyrzucił z siebie - niczym wylęg bliźniaczych owadów - rząd dorosłych mężczyzn w identycznych garniturach i seryjnych kapeluszach (...) Ujrzałem też pięć tysięcy identycznych domów wytłoczonych przez jedną maszynę (...) i pięć tysięcy dzieciaków ubranych w zielone sztruksowe spodnie, białe koszulki i zielone pulowery (...)". "Wielka Oddziałowa okropnie się irytuje, jeżeli jej oddział przestaje funkcjonować  jak sprawny, precyzyjny mechanizm (...) Pracuje ramię w ramię z podobnymi jej osobami wchodzącymi w skład ogromnej organizacji, którą ja nazywam Kombinatem, a która dąży do wyregulowania całego świata (...) teraz jej władza jest nieograniczona i dociera wszędzie, biegnąc po drutach cieńszych od włosów i niewidocznych dla nikogo prócz mnie (...) siedzi pośrodku pajęczyny drutów niczym czujny robot i dozoruje sieci (...) siedzi (...) marząc o świecie (...) podobnym do zegarka kieszonkowego (...) o świecie, w którym wszystko dzieje się zgodnie z rozkładem (...)".

Wszystkie te teorie, wizje Wodza mocno mi się kojarzą z całym tym "systemem". Te wszystkie wrzaski, że ONI, stojący u sterów systemu, najchętniej by wszystkich najpierw wyedukowali - choćby i na siłę (zresztą po części to już jest na siłę - po co oceny, czy kara za złe "otmietki" w postaci powtarzania roku?), a potem skatalogowali, co kto umie i w razie potrzeby braliby człowieka, stawiali go w jednym miejscu i kazali robić to, co umie. Ale dlaczego tak jest? Czy to system jest winny? (TAAAK! FUCK THE SYSTEM! - zakrzykną "buntownicy") NIE. Winni są ludzie. I to nie tylko ci wkurzeni na system, ale też i ich rodzice.

"Bo oni są częścią systemu!" - krzykniecie. Dobra, niech wam będzie, ale to i tak nie jest powód. Powodem jest to, jak was wychowali. No, buntownicy - ilu z was od małego dziecka oglądało/słuchało/czytało co chciało? Filmy w telewizji, muzyka, pisma, ludzie, z którymi się spotykaliście. Czy rodzice czegoś wam zabraniali? A jeżeli tak, to czy przestrzegaliście zakazów?

Przez to wpędziliście się w lenistwo i przekonanie, że jak chcecie czegoś, to to dostajecie. Przez różne filmy i kolorowe pisemka faceci chcą tylko zaliczać laski jedna po drugiej. Przez "prasę młodzieżową" dziewczyny chcą być supermodne i mieć chłopaków na pęczki. I nikomu nie chce się uczyć. Wszyscy buntują się przeciwko systemowi, który im odbiera radość życia. Przeciwko szkole, gdzie nie można się ubierać, jak się chce, nie można pić i palić, a na lekcjach trzeba wyłączać komórki. Chcą, żeby nie było żadnej kontroli. Precz ze szkołą, precz z policją, precz z Kościołem, precz z politykami, precz ze zdrowym trybem życia! Pić, palić, ćpać, w przerwach seks i niech nikt nie próbuje tego zmieniać. Niech każdy robi co chce. Ci, co chcą, niech harują, reszta niech idzie na wielką imprezę przez siedem dni w tygodniu dwadzieścia cztery godziny na dobę. Tego chcecie? Czy was kompletnie popieprzyło!?

Żadnej kontroli, żadnego rządu, żadnej policji, zupełnie nieograniczone róbta co chceta. Przecież to czysta anarchia! W czymś takim nie da się żyć! Komu będzie się chciało pracować? Tobie, chłoptasiu w beemce obcięty na zero, narąbany w cztery dupy? Tobie, panienko w szortach i kusej bluzeczce, z nowiutką komórką z polifonicznym dzwonkiem Tatu (nazwę tę piszę z dużej litery tylko przez wzgląd na te wszystkie ustawy o godności człowieka - ale nie wiem, czy to ma sens, przecież i tak mnóstwo ludzi coś takiego jak godność [swoja lub najczęściej innych] zupełnie olewa)?

"Ależ skąd. Nasi rodzice będą pracować." Tak. Będą. Jeżeli będzie im się chciało. Dlaczego ja mam pracować, jak oni tylko się byczą? 

"Przecież muszą." A kto ich zmusza? Anarchia! Żadnej kontroli, żadnego przymusu! 

"Mają nas i siebie na utrzymaniu." Tak, i z tego powodu wielu próbowałoby mimo anarchii coś wypracować. Albo ukraść. "Nie ma policji! Po cichu zabiję sąsiada, nikt się nie kapnie! Wezmę jego kasę, żarcie, meble i będę się cieszył!" Chyba, że sąsiad pierwszy przyjdzie po ciebie. Anarchia!

Inna sprawa: nie myśl sobie, osobo zbuntowana, że będziesz mieć zapewnione przez kogoś utrzymanie do usranej śmierci. Kiedyś rodziców zabraknie (chyba, że planujesz umrzeć młodo...) i wtedy trzeba będzie samemu się o siebie zatroszczyć.

A teraz załóżmy, że doszło do sytuacji, w której nie ma rządów, nie ma policji, nie ma szkół, ludzie robią, co chcą, nikt się nie uczy. W końcu starsze pokolenia odejdą, Ziemią zawładnie homo ludens (nie przekręciłem tego określenia?) - człowiek bawiący się. "I dobrze! Pojedziemy na jakąś imprezę i zostaniemy tam jakiś tydzień!" No pewnie. A kto wydobędzie ropę i przetworzy ją na paliwo do ssamochodu, którym pojedziecie? Kto zrobi sprzęt muzyczny, by było z czego słuchać muzyki? Kto zrobi piwo i wódę, którymi się upijecie? Kto będzie wam robił coraz to nowsze i wymyślniejsze komórki? Samo się nic nie zrobi, krasnoludków nie ma, a to, co zostanie z poprzedniego ustroju (czy raczej z czasów, gdy jakiś ustrój jeszcze istniał...) kiedyś musi się zużyć, zepsuć, skończyć. Co wtedy? Homo ludens nie będzie umiał nic zrobić, nic wyprodukować, nie będzie w stanie zapewnić sobie dalszej egzystencji! Nie będzie potrafił zrobić żadnego piwa, żadnego napoju gazowanego, żadnych ciasteczek i paluszków, a nawet zwykłego chleba! Jak mogą potoczyć się losy takich ludzi? Marna egzystencja w nędzy, głodzie, chorobach (kto zdiagnozuje chorobę i przepisze właściwe prochy? kto je wyprodukuje?), zimnie (kto się postara o to, by w gazociągach był gaz?), ciemności (kto będzie obsługiwał elektrownie? kto naprawi linię, jak wiatr przewróci drzewo na kable?), brudzie (kto przy tylu kłopotach będzie chciał sprzątać? kto dzisiaj chce sprzątać, gdy wszystko jest?), smrodzie (kto zrobi mydło, szampon, perfumy, antyperspirant?)... Ludzie będą kraść i zabijać, by zdobyć to, co jeszcze będzie, a gdy i tego zabraknie? Moim zdaniem są dwie możliwości.

Możliwość pierwsza: ludzie stworzą nowy system. Zaczną współpracować dla wspólnego dobra, pomagać jeden drugiemu, odkryją wszystko na nowo (tak, na nowo; w końcu była anarchia, każdy dla draki mógł np. spalić bibliotekę, rozwalić elektrownię itp.) - choćby i po wielu pokoleniach. W końcu będą żyli "jak ludzie". I tu kolejne dwie opcje.

A: Zachowają pamięć o tym, co zmusiło ich do tej całej pracy przez pokolenia. Będą pracowici, uczciwi, mądrzy. Homo sapiens - człowiek rozumny - okaże się być godnym tej nazwy.

B: W końcu nastanie nowa era luksusu. Coraz więcej rozrywek. Prędzej czy później pojawi się znowu pokolenie rozpuszczone, zepsute, krzyczące "FUCK THE SYSTEM!", nie chcące szkoły, które znowu obejmie Ziemię we władanie i historia się powtórzy...

 

Możliwość druga: ludzie wymrą lub zdziczeją, zrównają się ze zwierzętami (do których i tak nie jest im tak daleko, jak się niektórym wydaje). Będą walczyli między sobą, osłabiali się, aż w końcu jakiś inny gatunek zdominuje planetę i ludzie nie będą mieli nic do gadania - jeżeli będą pamiętali jak to się robi. Jeżeli w ogóle zostaną jacyś ludzie, którzy mogliby gadać.

 

Wniosek jest jeden. Patrząc na to wszystko trzeba powiedzieć, że jakiś system jest zawsze potrzebny. Czy to system przekonujący małe dzieci, że nauka jest słuszna, a wykształceni ludzie potrzebni, czy system zmuszający niechętną młodzież do nauki. A to, jaki ten system będzie, zależy tylko od ludzi. Od ludzi, którzy żyją dzisiaj. Od ludzi, którzy za kilka (naście) lat będą stanowili trzon społeczeństwa. Od tych leniwych, rozpuszczonych ludzi, którzy krzyczą "FUCK THE SYSTEM!".

 

 

 

Helmut Sekatorr

 

lkj@post.pl - z wyrazem "helmut" w temacie, proszę!

 

PS. Słuchałem System of a Down "Fuck the system" :-) (o, napisałem emoticonkę!!!!!) i Slipknot "People=shit".