Idę po cmentarzu. Błoto chlupie pod butami. Zapach jesieni. Chłodno, ale nie zimno. Mokro. Patrzę wokół. Błotnista ścieżka. Kałuże wielkości Atlantyku. Po bokach trochę trawy. Ciemnozielonej, daleko jej do świeżości. Dalej pomniki. Zatrzymuję się. Wokół mnie mnóstwo marmurowych krypt. Patrzę na pierwszy z brzegu nagrobek. Nieznane mi nazwisko. Obok zdjęcie, na oko 50-letniego człowieka. Żył lat 76. Średnia statystyczna. Zaczynam się zastanawiać.
Nieważne jak daleko cofniemy się w przeszłość, Homo Sapiens szanował zmarłych. Grzebał ich razem z ulubionymi rzeczami, palił, by robaki go nie zjadły, balsamował, by za tysiące lat naukowcy mogli go pokroić i sprawdzić co jadł i czy miał hemoroidy. Niektóre plemiona Indian kładły zwłoki w koronach drzew. Nawet teraz, w takich oświeconych czasach, nie chcemy, by zmarli nas straszyli. Szanujemy ich. Wiemy, że po śmierci są tylko pustymi skorupami. Ciałami. Nie wstaną, zostaną tylko we wspomnieniach. Mimo to...
Czy naprawdę konieczne są te pomniki? Ciało można skremować. Cmentarze można by wykorzystać w lepszy sposób...
Nie. Nie to pomyślałem. Patrzę znowu na zdjęcie człowieka, na jego pomnik. Jeżeli będą o niego dbać, może zostać tu następne 500 lat. Zostanie ślad po tym człowieku. Trwałe wspomnienie po nim. Znów zadaję sobie pytanie, po co stawiać nagrobki. Czy ten człowiek zasłużył na zapamiętanie? Co on zrobił wartego uwiecznienia? Był lekarzem, który wynalazł lekarstwo na śmiertelną chorobę? Naukowcem, wynalazcą ekologicznego paliwa? Politykiem, który poprawił byt milionom ludzi? Jeszcze raz czytam nazwisko. Nigdy o nim nie słyszałem. Ale ma pomnik. Nie zapomną o nim.
A może bił żonę? Przepijał wszystkie zarobione pieniądze. Kradł, zabijał, ale nic mu nie udowodniono.
Nie zapomną o nim.
A może był zwykłym, szarym człowiekiem? Rano wstawał, szedł do pracy, robił co należało, wracał do domu, witał się z rodziną, siadał w fotelu, opowiadał, co mu się wydarzyło, jadł, szedł spać. Takich jest miliony. Niczego szczególnego nie dokonali.
Czy zasługują na wieczną pamięć?
Po co nieżywym cześć? Przecież nie żyją. Przecież wiele religii mówi, że człowiek to dusza i ciało, a ciało bez duszy jest niczym. Przecież nie będą wiedzieli jak ich potraktowano. Nie zemszczą się. Nic nie zrobią, bo przecież są martwi. Gdyby tak teraz zajrzeć do trumny tego człowieka, co byśmy zobaczyli? Zgniłe mięso w szczątkach garnituru. Przebijając kości. Pewnie też robaki lęgnące się w tych resztkach. Jaką wartość przedstawia to ciało, że musi mieć nad sobą malutką świątynię czci. Patrzę trochę w bok. Grób noworodka. Zdarza się. Ma tylko prostą mogiłkę z wbitym metalowym krzyżem. Ten człowiek mógł być kimś. Mógł być lekarzem, naukowcem, politykiem. Pewnie umarł podczas porodu, albo matka poroniła. Czy rodzice zdążyli go pokochać? A niby za co miałby być kochany? Za to że istniał? Pewnie jego rodzice spróbowali jeszcze raz, i teraz mają ślicznego bobasa. O pierwszym może nie zapomną, ale będą próbować. Postawili więc upamiętnić kogoś, kogo chcieli zapomnieć.
Dziwne.
Budzę się z zamyślenia. Idę dalej. Skręcam w małą, zapomnianą przez boga alejkę. Podchodzę do trzeciego nagrobka. Zapalam na nim świeczkę i kładę kwiatka.
Nigdy o tobie nie zapomnę. Dzięki tobie jestem tym, kim jestem. Nauczyłeś mnie wielu rzeczy. Najbardziej jestem ci wdzięczny za naukę myślenia. Twoje rady już mi wielokrotnie pomogły. Dzięki tobie nie jestem zapitym menelem, bijącym żonę.
Nie dokonałeś niczego wielkiego. Nie byłeś lekarzem, naukowcem, politykiem. Ale i tak nie zasługujesz na zapomnienie.
Wracam. Wychodzę poza bramę cmentarza. Ciepły, wiosenny dzień.
Dochodzę do wniosku, że nie dziękowałem ani pomnikowi, ani ciału. Dziękowałem wspomnieniom.
Khamul(dridarin@wp.pl)
Ps. A to tak dla tradycji.