SYMPOZJUM - TO BRZMI DUMNIE, czyli zjazd actionmagowców
Sympozjum - 1. w starożytnej Grecji: biesiada urozmaicona tańcem, śpiewem,
interesującą rozmową; 2. zebranie specjalistów poświęcone omawianiu jakichś
zagadnień, wymianie myśli itp. (podane za "Małym słownikiem języka
polskiego", wyd. PWN, Warszawa 1969)
Historia pierwszego (a właściwie drugiego, lecz poprzedni nie był
zorganizowany z właściwym rozmachem) zjazdu piszących do Action Maga jest długa
i pokręcona jak niektóre afery korupcyjne, jednak od tamtych odróżnia ją
fakt, iż w przypadku AM w jednym miejscu zebrało się więcej osób, które
zdały maturę. Jak do zlotu doszło, co się wydarzyło, co z niego wyniknęło
- o tym dowiecie się już za chwilę, lecz wpierw kropla historii.
Nie wiadomo już kto pierwszy wpadł na pomysł zorganizowania zjazdu - różne
źródła podają różne informacje, a Wołoszański wciąż stara się
przekonać profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego do swoich racji. Samo
miejsce, w którym zgromadziliby się magowcy, było pojęciem, delikatnie mówiąc,
płynnym - organizatorzy przesuwali palcem po mapie po całych Mazurach, zawędrowali
na chwilę w okolice Pomorza, zajrzeli w okolice gór, aż wreszcie zmęczona ręka
odmówiła posłuszeństwa i zatrzymała się na Wrocławiu. (A
tyle namawiam żeby ktoś zaglądnał do Rzeszowa... - Donald). Po
burzliwych negocjacjach telefonicznych Sly'a z właścicielami pewnego hotelu
(-proszę, -nie, -bardzo proszę, -nie, -ale ja proszę... I tak przez 500 złotych),
pozostało tylko zaprosić gości. Jako, że to Sly wziął na barki ciężar
organizowania całego spotkania, a nie tylko wykłócania się o kwaterę, to i
również do niego należało rozsyłanie kopert z biletami, a zrobił to
kilkukrotnym systemem R.S.V.P. Zbiorowy mail dotarł do czterdziestu jeden
ludzi, lecz niektórzy z miejsca zadeklarowali, iż na zlot nie dotrą. W miarę,
jak lista adresów w mailu malała, wyłaniała się grupka, którą ostatecznie
zakwaterowano we wrocławskim Hotelu Wakacyjnym. W jej skład weszli przede
wszyskim Sly oraz: Vene, Andrew, Caleb, Donald, Ghall a.k.a. Smutny Wędrowiec,
Gregorius, Kriis, Luke, Phnom Penh, Splatch, Vrok, military (sporo osób które
życzyliśmy sobie zobaczyć, albo się nie dowiedziało, albo dowiedziało się
w ostatniej chwili - jak Rainman czy Mariusz Saint). Codziennie po pracy
wspomagał ich Qn'ik, mający okazję sprawdzić się w roli przewodnika
wycieczek. Okazyjnie zajrzał do nas także Bedzio, ale znikł równie szybko i
niespodziewanie, jak się pojawił.
DZIEŃ PIERWSZY - poniedziałek, 21.07.2003
Pierwsza do Wrocławia dotarła Vene (która obaliła kilka stereotypów co do
wyglądu dziewczyny-komputerowca), aby odebrać na dworcu Ghalla. Jemu najwyraźniej
najbardziej zależało na zjeździe, gdyż wysiadł z pociągu już około siódmej
rano (naprawdę to jechał w nocy - i nie spał, bo się bał, że go...
powiedzmy - okradną). Następnie do tej dwójki nieświadomie dołączyli Kriis
i Bedzio, oczekując na przyjazd Vroka, Luke'a, Andrew i militarego (nieświadomie
- tzn. stali jakiś czas kilka metrów obok siebie, nie wiedząc, że tych osób
szukają). [Luke: Trzeba zaznaczyć, że kiedy Vene nas
spotkała, to wyglądało to nadzwyczaj ciekawie, bo musiała się trochę
nakrzyczeć, abyśmy zwrócili na nią uwagę. Jak to dokładnie wyglądało to
sam nie wiem, bo usłyszałem tylko końcowe "Stój!!!"] Około
południa wszyscy powyżsi udali się na wrocławski rynek, gdzie po
oczekiwaniu, a następnie po poszukiwaniach, odnaleźli Phnoma. Trzeba przyznać
- ze zbiórką były pewne problemy, a to dlatego, że pojęcie "na
rynku" może oznaczać "gdzieś na przestrzeni tysięcy metrów
kwadratowych, w samym środku dzikiego tłumu".
Niestety, Sly się nie stawił. [Gregorius: "Trzy slowa do Ojca prowadzącego: Sly, to Ty?" - (c) by Smutny Wędrowiec (chyba :))] [Andrew: A nie bo (c) by ja :)]
Po burzliwych i pełnych fascynujących przygód poszukiwaniach hotelu mogliśmy obejrzeć nasze pokoje. W tym czasie, niestety, Bedzio nam gdzieś zniknął... i nie wrócił. A przecież mówią, żeby uważać na nisko latające UFO.
Kiedy Donald i Caleb uraczyli nas swymi osobami, byliśmy w komplecie, gotowi do wyruszenia na miasto. W celach integracyjnych odwiedziliśmy bar na świeżym powietrzu, gdzie dowiedzieliśmy się, iż Kriis i Donald są nałogowymi zjadaczami chleba ze smalcem (Nałogowym jestem tylko ja - zżarłem z 10 kanapek. Ale smalczyk był pierwsza klasa. Poza tym już pierwszego dnia bodajże Vrok zapłacił za colę... czypieńdziesiąt. - Donald). Nie zabrakło również rozrywki - przez kilka minut podziwialiśmy występ akrobaty, który oszołomił zebranych karkołomnym wyczynem: utrzymywaniem kija od szczotki na jednym (!) palcu. Długo nie mogliśmy wstać z gleby po tej sztuczce.
Podczas prowadzonych przez nas rozmów - trudno powiedzieć, czy to właśnie w tym barze - Ghall, znany jako Smutny Wędrowiec, dorobił się kilku innych ksywek - wśród których królują Czarny Nindża i Doogie Howser, lekarz medycyny. Może to dawać pewną podpowiedź co do tego, jak on wygląda... [Vene: a wygląda całkiem nieźle.]
Około godziny 19:00 w umówionym wcześniej miejscu, czyli nieopodal rynkowej fontanny (cichutka jak szemrzący strumyczek... obok czteropasmowej autostrady), stawił się Qn'ik, którego pierwszym pytaniem było "czy panowie może jakąś zbiórkę tu mają?" - najwyraźniej nie mógł uwierzyć, że amagowcy wyglądają aż tak dobrze, che che. [Gregorius: tiaaa... a potem bezczelnie pytał: "wy coś jecie, czy tylko pijecie? :)] (Potem mnie zapytał czy przywiozłem sierp, o co prosił mnie jeszcze przed zjazdem. Co jak co ale Qn`ikowi się nie odmawia. - Donald) [Vene: hm, a ja się na to spotkanie oczywiście spóźniłam...] [Qn`ik: Wszystko prawda... A zjazdowiczów poznałem dość łatwo - to była jedyna grupa dziesięciu chłopa obok fontanny. W dodatku jeden z nich miał koszulkę z Leninem. :) Na szczęście jednak po 20 minutach, niczym Telimena w Panu Tadku, dotarła do nas i Rodzynek.]
Po krótkiej rozmowie rozpoczęliśmy, w celach integracyjnych oczywiście, wędrówkę Szlakiem Barów Wrocławskich. Po jej zakończeniu odnaleźliśmy w hotelu stół do tenisa stołowego, przy którym spędziliśmy kilka godzin, poznając techniki operowania paletką.
Vrok wstawił do lodówki napój.
Sly zadzwonił i powiedział, że przyjedzie jutro.
DZIEŃ DRUGI - wtorek, 22 lipca
Z samego rana podzieliliśmy się: Phnom i military udali się na wydział
uniwersytetu na ulicy Koszarowej, a reszta zaczęła zwiedzanie. I to było
proste - lecz późniejsze odnalezienie się już nie, ze względu na oczywistą
"stuprocentową skuteczność" komórek, ich "absolutny zasięg"
i jeszcze kilka czynników. Jednak nie ma rzeczy niemożliwych, jak powiedział
pewien pan ze zdumieniem stwierdzając, że jego teściowa jeszcze żyje, i po
kilkudziesięciu minutach grupa znów była w całości. Mogliśmy pójść
zwiedzić redakcję CDA, co też uczyniliśmy, a następnie posmakować domowej
kuchni w pewnym anonimowym barze mlecznym (zatailiśmy jego nazwę, gdyż
niejeden piszący tą re(we)lację mógłby wylać morze żółci na temat
"domowości" jedzenia, jakie mu zaserwowano. Jedynie pierożki z sosem
grzybowym były pierwsza klasa, choć sos dodawali do wszystkiego i mógł się
przejeść...). [Smutny
Wędrowiec: I do tego świeże ziemniaczki... sprzed tygodnia ;)] [Vene:
a pamiętacie niezawodną klimatyzację w owej jadłodajni? Nie? Może dlatego,
że jej zwyczajnie nie było :)]
{Caleb:
Była, ale na dworze :). A bar był bardzo ciekawy szczególnie, kiedy zadzwonił
Sly :PP.} [Vrok:
A ja miałem łazanki prosto z opakowania, szkoda że panie z kuchni zapomniały
o tak ważnej czynności jak gotowanie.]
[Gregorius: nie
wiem, co Wy chcecie? Przecież fasolka po bretońsku była bardzo dobra, nawet z
talerza nie uciekała :)] (Tak,
ale dopiero, jak się ją dźgnęło widelcem. :) - military)
Ten dzień rozpoczął się na dobre dopiero po godzinie 16, kiedy prowadzeni przez Qnia zawitaliśmy przed lokal "PRL", gdzie akurat odbywał się pochód (i nie tylko) z okazji rocznicy ogłoszenia manifestu PKWN (Ojejku!!!! Genialne!!! Boskie!!! Wspaniałe!!! A ten gość w uszance który próbował wciskać ludziom kiełbasę i siwuchę był po prostu boski - Donald). [Qn`ik: a żebyście widzieli radość Donalda, gdy ten wszedł do lokalu... Uściskom i pamiątkowym zdjęciom z Dzierżyńskim i spółką nie było końca.] Przedstawienie robiło wrażenie, lecz dużo mniejsze niż wspaniały pomnik ofiar Katynia, który też było dane nam zobaczyć (a który prawdopodobnie będzie jeśli nie na okładce AM, to gdzieś w tym artykule). [Qn`ik: będzie za miesiąc - we wstępniaku. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem.] Zwiedziliśmy także ogród japoński, niektórzy odważniejsi - wystawę szkiców Picassa, oraz największy pomnik kiczu we Wrocławiu - Galerię Dominikańską, stylizowany na amerykański "mall" hipermarket pełen różnego rodzaju McDonaldów (Qn`ik nazywa to miejsce najbardziej warszawskim w całym Wrocławiu). Po wszystkich tych przeżyciach, udaliśmy się w celach integracyjnych do baru.
Już w hotelu, znów zajęliśmy stół do ping ponga, na którym szalał
(niemal) niepokonany Phnom Penh (powinien mieć ksywę Pekin - gra jak rodowity
Chińczyk). Następnie wspomagani napojem magicznym pismacy podjęli się
zapierającego dech w piersiach wyczynu: napisania zbiorowej recenzji gry na komórkę.
Warto zaznaczyć, iż zadanie nie było proste a sama gra co najmniej zawikłana
- a świadczy o tym wypowiedź Vroka, który po piętnastu minutach ostrego
grania z pewną nieśmiałością spytał: "a co ja mam tu zrobić w ogóle?".
[Vrok: Do dzisiaj nie
wiem, bo wszyscy byli tak zajęci śmianiem się że nie udzielili odpowiedzi.]
Żadne wyzwanie nie jest jednak zbyt trudne dla amagowców, toteż skomponowaliśmy piosenkę hip-hopową, lepszą zdaniem niektórych od większości przebojów różnego Kalibru (tekstu nie przytoczymy, ponieważ - mimo, że o AM - kawałek tworzony była wedle standardów gatunku, więc znalazło się weń kilkanaście "przecinków").
Sly niestety się nie pojawił, ale zadzwonił i powiedział, że przyjedzie
jutro.
DZIEŃ TRZECI - chyba środa, na pewno lipiec...
Poprzedniego wieczora nie zauważyliśmy, że testy gry do zrecenzowania przeciągnęły
się do drugiej w nocy, toteż nie wybraliśmy się do zoo - kolidowało to z
planem odebrania Splatcha z dworca kolejowego około południa (chłopak nawet
nie wiedział, że zjazd zaczął się dwa dni temu - taka dezinformacja
imperialistyczna się w naszej partii szerzy). Przedtem jednak zostało trochę
czasu - w sam raz na wypad na cmentarz żydowski, jak się dowiedzieliśmy
jedyny taki w Europie. Dzięki przewodnikowi poznaliśmy jego "lokatorów"
- w tym lekarza Lenina (który leczył Wodza na syfilis, i to rtęcią) i dziadków
słynnej Polki, Moniki Lewinsky. {Kriis:
Nie będę się chwalił, kto was tam zaprowadził... :P}[Vene:
ale to nie zmienia faktu, że poszliśmy nieco okrężną drogą :P]
Kiedy zorganizowana akcja szukania Splatcha na dworcu zakończyła się sukcesem, wróciliśmy do hotelu, a następnie popędziliśmy na obiad do anonimowego baru mlecznego. Tam właśnie do Caleba zadzwonił Sly i powiedział, że przyjedzie jutro. Podczas tej rozmowy wszyscy bywalcy restauracji patrzyli na nas jak na zwykłych inaczej, lecz szczegóły rozmowy przykryjmy mgiełką tajemnicy...
Atrakcją wieczoru był wypad "integracyjny", pierwotnie planowany
wyłącznie z Qniem i Smugglerem. Okazało się jednak, że MacAbra również
miał trochę czasu i mógł zabrać się z nami. Było to znakomite posunięcie
- ta dwójka po prostu prześcigała się w opowiadaniu dowcipów i zabawnych
anegdot [Smutny Wędrowiec: w d****e mam twój
sekator!!!;D]. Jeśli dodać do tego ciekawą - bo odmienną od innych
knajp - atmosferę baru "Tequila", wyszło bardzo przyjemnie spędzone
popołudnie. Mała dygresja co do wspomnianej "odmiennej atmosfery":
jeśli nie wiecie, o co chodzi, to może słowa Gregoriusa dadzą wam jakieś
rozeznanie w sytuacji. Greg: (patrząc na szyld baru) "To są rogi byka czy
dziewczyna do góry nogami?". [Vrok: O ile mnie pamięć
nie zawodzi, to Grega wtedy jeszcze wśród nas nie było] (On
to powiedział przy innej okazji, kiedy przechodził obok baru. - military)
Wieczorem okrążyliśmy rynek kilka razy - czy to z braku lepszego zajęcia,
czy też z chęci podziwiania występów "nietypowych" artystów,
jakich można tam znaleźć. Pozachwycaliśmy się panią żonglującą płonącą
pałeczką, grupę ludzi która puszczała ogromne fantastyczne bańki mydlane,
pod którymi skakały wniebowzięte dzieciaki oraz wycieczka Japończyków z
nieodłącznymi aparatami fotograficznymi. Donald zaprezentował umiejętności
gry na flecie, wygwizdując niemal bezbłędnie Międzynarodówkę i hymn Rosji.
Nie przypuszczalibyście, że na tym pokracznym kijku który męczyliście w
podstawówce można zagrać takie melodie... (łatwizna,
za rok zagram coś z repertuaru Ironów i Bacha, obiecuję - Donald)
Wieczorem - oczywiście, graliśmy w ping ponga, a Sly zadzwonił i powiedział,
że przyjedzie jutro. {Caleb:
Szczególnie fajnie grało się w ping ponga o godzinie 5, 6 oraz 7 rano :)).
Bardzo miło skomentował to Maciek z Phnomem :)}
DZIEŃ CZWARTY - możliwe, że czwartek...
Z samego rana dołączył do nas Gregorius, który nie mógł przyjechać wcześniej,
gdyż robił na granicy za "mrówkę" - ot, zawód jak każdy inny.
Ale Greg nie dość, że wpadł [Qn`ik:
nieco to dwuznaczne. :) Greg wpadł do nas, nie na granicy.] dopiero
czwartego dnia, to jeszcze z samego rana - tak, że zastał całą ekipę śpiącą
w najlepsze (może oprócz Luke'a, bo on albo śpi z otwartymi oczami, albo
potrafi się zamyślić do nieprzytomności). [Luke: Tego
dnia byłem troszkę przytomniejszy, bo "tylko" próbowałem otworzyć
drzwi zamknięte "na zamek". Tak się jednak złożyło, że drzwi
wcale "na zamek" zamknięte nie były, ale ja i tak kręciłem kluczem
:).] [Gregorius: a sam mój przyjazd był dobry -
przeczuwałem w moczu, że nikt po mnie nie wyjdzie, więc przeszedłem się od
dworca do hotelu i kierując się gołębim zmysłem trafiłem bezbłędnie...
za trzecim razem :). W recepcji pytam, w którym pokoju zalokowała się taka
pomylona, na pierwszy rzut oka, brygada. Dostałem informacje i udałem się na
górę. Pukam... coś się tłucze w drzwi (co? wyjaśnienie macie wyżej :)). I
teraz pada kwestia: "sorry, to wy jesteście z Action Maga?". Niby
nic, ale pomyślcie - siódma rano, wszyscy zaspani, a ja nawet nie byłem
pewien, czy to właściwy pokój :))]
Po pobudce pojechaliśmy do ogrodu zoologicznego. A co można robić w zoo?
Oczywiście - zwierzątka podpatrywać, jak baraszkują sobie rozkosznie. Tyle,
że niewiele było ich widać [Luke: były niezbyt
interaktywne]. Najbardziej rozczarował brak wilków (czyżby wyjazd na
tournee?) [Vene: no i nieobecność marabuta!], ale
za to mamy zdjęcie Qn'ika, dzięki czemu wreszcie możecie zobaczyć jak on
wygląda (ale wielu twierdzi, że bydło szkockie jest nie do pobicia).
Jako, że wieczorem miała się odbyć impreza "integracyjna", trzeba było zaopatrzyć się w produkty spożywcze. W tym celu udaliśmy się do centrum handlowego "Korona". Od tego momentu zaczął się wieczór sportów ekstremalnych - począwszy od wbiegu przełajowego na schody ruchome jadące w dół (z obciążeniem dwóch pełnych reklamówek na dodatek - prawie się udało, ale tylko prawie; na pocieszenie dodam, że ofiar śmiertelnych jednak nie było), przez grę w koszykówkę w absolutnych ciemnościach, kończąc na oglądaniu telezakupów po całonocnej imprezie i graniu w ping ponga kolejno o drugiej, trzeciej, i czwartej w nocy, a także piątej i szóstej nad ranem (recenzje tegoż, jeśli dobrze pójdzie, będziecie mogli przeczytać w AM Sport).
Co do samej imprezy - była głośna, huczna i nieprzewidywalna. Najpierw
Qn'ikowi został wręczony pamiątkowy qn'ik, [Qn`ik:
obecny gdzieś nieopodal na zdjęciu... Naprawdę się wzruszyłem, gdy go dostałem.
Teraz zajmuje zaszczytne miejsce na moim monitorze w redakcji.] a następnie
kolejne dwójki podchodziły do stołu pingpongowego, gdzie rozgrywały zacięte
mecze. (Musicie wszyscy spróbować jak się gra w ping
ponga sierpem, tak jak ja to zrobiłem. Serwy nawet mi wychodziły. - Donald ) (Spróbowałem,
nie wyszło, prawie się pociąłem, odradzam - military) Oczywiście -
nie było żadnego alkoholu, to co widzicie na zdjęciach to nędzny fotomontaż;
tak naprawdę piliśmy tylko herbatę ziołową z mlekiem. {Luke:
Herbata była w puszkach oczywiście :).}(Kriis:
Dodać warto, że herbata była bezalkoholowa ;)) [Vene:
oczywiście... tylko skąd te bąbelki?] [Vrok:
Bo ta moja woda mineralna była
gazowana, pewnie stąd:)]
Rozmowy z upływem czasu stawały się coraz bardziej filozoficzne (mocna była
ta herbata), a około drugiej w nocy do krainy snów odszedł Gregorius. Nie
wiedział, co traci - wspomniane już oglądanie telezakupów i rzeczywistą
atrakcję wieczoru:
Występ trzech tenorów.
Tak się przypadkowo złożyło, że Phnom, Donald i Qn'ik są fana(tyka)mi Kazika. Więcej - Donald miał przy sobie walkman z kasetą z trzema piosenkami artysty. Jeszcze więcej - jego sprzęt dało się podłączyć do wielkich kolumn stojących w kątach sali... Jakość dźwięku nie była jednakowoż najlepsza, więc ta trójka postanowiła zadbać o czystość wokalu poprzez chóralne wykonanie wszystkich trzech utworów. Dwadzieścia razy. (A potem odśpiewali całą resztę piosenek z płyt Tata i Tata 2, tym razem już a capella.)
Kiedy większość zmógł już sen, Caleb z militarym postanowili pooglądać
fascynującą relację z niedzielnej partyjki golfa polskich aktorów. Rozumiemy
- puszczać w nocy ostrą pornografię, pełne przemocy filmy, ale coś takiego
jest już ohydne! Całe szczęście, jeszcze nadawali telezakupy...
A tenorzy wciąż śpiewali. [Luke: pamiętam, że na
ich talent muzyczny strasznie narzekałem, Vene miała mojego marudzenia chyba
dość, ale tak czy inaczej wytrwałem do końca.] (Błąd
- to my wytrwaliśmy przy twoim marudzeniu.;) - military)
Czy wspomniałem, że Sly zadzwonił i powiedział, że przyjedzie jutro?
[Gregorius: jako że poszedłem spać stosunkowo wcześnie (niedługo potem jasno się powoli zaczęło robić ;)), to równie wczesnym rankiem wstałem (około 10.00 :)). Wszyscy oczywiście śpią. Z wrodzoną sobie delikatnością wpadam do jednego z naszych pokojów. Patrzę - Luke nie śpi. No to mówię - cześć! Brak reakcji. Ponownie, nieco głośniej - cześć!. To samo. Okazało się po bliższych oględzinach, że niedoszły lunatyk spał w pozycji horyzontalnej z oczkami wlepionymi w sufit. Nie byłoby to może takie dziwne, ale kolega oczki miał... otwarte :). Takie to się cuda działy...]
KTÓRYŚ TAM DZIEŃ...
Któraś tam godzina... Budzimy się...
Mrówki tupią jak oszalałe..
Cóż, nie było aż tak źle. Odzyskaliśmy przytomność z samego rana - o
trzynastej; wcześniej jednak wstało kilka osób - m.in. Caleb, którego zbudziła
dzwoniąca komórka. Sly powiedział, że... definitywnie nie przyjedzie. Co jak
co, ale zjazd bez organizatora nie należy do najzwyklejszych rzeczy, więc
ekipa odrobinkę się zdziwiła. Otrząsnęliśmy się jednak i postanowiliśmy...
dzisiaj trochę przystopować ze "zjazdowaniem". Udaliśmy się do
Domu Taniej Książki, gdzie niektórzy z nas zrobili zakupy (a innym - Phnomowi,
jeśli chodzi o ścisłość - zrobiło się niedobrze. Efekt wczorajszej
"integracji" czy przesycenie "Książkami", hę?); kilka
godzin później rozegraliśmy mecz koszykówki - tym razem w pełnym świetle,
ale to już nie były te same wrażenia. [Vene: ależ wrażenia
były jeszcze lepsze - amagowcy bez koszulek grający w kosza na
trzydziestostopniowym upale - boskie] Składy rozdzielono nieco...
nietypowo. Wysocy na niskich. Mimo tego wynik końcowy nie był powodem do
wstydu dla przegranych - 100:90. (Najpierw wysocy odskoczyli na dwadzieścia
punktów, potem ich doszli na dwa, potem oni znowu odskoczyli na 30, potem tamci
doszli na sześć... mecz miał dramaturgię. A Qn`ik jako center był prawie
nie do przejścia... Ale jak się ma 190 cm wzrostu i posturę kulturysty to
przeważnie tak jest.)
Następnie odwiedziliśmy ponownie redakcję CDA, aby sprawdzić rozkład
jazdy pociągów, po czym wpadliśmy na lody do IceLandu, przepięknie urządzonej
wysokiej klasy restauracji (to ironia). Zestaw Action Mag kosztował oczywiście
czypieńdziesiąt. (Właśnie, to czypiendziesiąt nas prześladowało.
Konkretniej - deser to zestaw Qn`ika - dwie gałki lodów w pojemniczku, do tego
bita śmietana, cztery polewy i wiórka kokosowe.)
Kolejnym przystankiem był elegancko urządzony pub, w którym Smutny Wędrowiec
udowodnił, jak desperacko jest smutny - śmiejąc się aż do łez przez pół
godziny; do tego pokładał się ze śmiechu Caleb, choć nie pił zbyt dużo...
Warto wspomnieć, że napiwek zostawiony kelnerce wyniósł - całkowicie
przypadkowo - czypieńdziesiąt, a jedno piwo kosztowało... ile? Właśnie. Tak
zwana klątwa Action Maga - która, zdaje się, niektórym się podoba - bo jak
można myśleć inaczej skoro pewien anonimowy Qn'ik ulepił bożka z wosku, a
następnie reszta czarnokoszulkowców oddawała mu cześć? [Gregorius:
tamci się oddawali bezeceństwom, a ja i military trenowaliśmy nasze możliwości
umysłowe przy pomocy kultowej już gry: "Piłkarzyki - wersja "pen&paper"]
Po powrocie do hotelu zaczęliśmy spisywać relację, a później w nocy rozegraliśmy sesję rpg. Co ciekawe - większość uczestników, w tym mistrz gry, nigdy w takowej sesji nie uczestniczyła, ani nie miała o rpg bladego pojęcia! Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, a na dodatek jedna osoba (nie powiem, że to Ghall) grała elfem-homoseksualistą [Vrok: "Chociaż psaaa!!!"]. Kiedy zamknąć takiego w małej celi z krasnoludem i człowiekiem, fredrowska XIII księga Pana Tadeusza nie wydaje się wcale sprośna... [Smutny Wędrowiec: Wczułem się w rolę... A tak swoją drogą to ciągle śmieję się z tekstu do Vro(c)ka (klocka ;): "Możesz być moim koniem!"] (Pozwól, Ghallu, że cię zacytuję: "Krasnoludzie, zrób mi hologram mężczyzny to go wyrucham, a was zostawię" - military:))
Sesja skończyła się o drugiej w nocy, kiedy wszyscy byli już zbyt zmęczeni
by pić (to oczywiście żart; raczej nikt nie był pijany). Aby nie przerywać
jej w połowie, mistrz wymyślił iście genialne zakończenie - cała drużyna
przypadkowo wpadła w dół z szambem i utopiła się w połowie drogi do zamku
złego czarnoksiężnika. Nie ma to jak happy end. {Caleb:
A ja chyba najmilej wspominam ostatnią noc. Szczególnie bar oraz sesyjkę RPG
- ach, te burita :). (Dla
niepoinformowanych - Caleb grał wampirem, a zginął przypadkowo zjadając
burito z czosnkiem i popijając wodą święconą. - military)
Ciekawie czemu tak wszyscy na mnie i na Ghalla się dziwnie patrzyli w barze. A
trzeba było nas zobaczyć podczas pisania relacji oraz grania. Dawno się tak
nie śmiałem... pewnie to przez to 7 dni... ekhm zabawy :P}
Na samym końcu poszliśmy zadzwonić do Sly'a - ot, tak się nam zachciało
parę godzin po północy. Niestety, odebrała automatyczna sekretarka i musieliśmy
zostawić wiadomość (chóralne "Sly, to ty?").
DZIEŃ OSTATNI, chlip...
Sobota, czyli pakowanie plecaków, droga na dworzec, pożegnania... Ale najpierw
- Vrok wyjął z lodówki napój, który wstawił tam w poniedziałek. Kiedy
wszyscy zjedli swój plasterek oranżady, pozostało tylko wyjść na dworzec...
A tam - gwizd pociągu... Szarpnięcie wagonu, odjazd... Wrocław oddala się, a
całość przypomina scenę jak w Casablance. Było miło, ale wszystko się
kiedyś kończy.
Mamy nadzieję, że za rok znów przeżyjemy podobne chwile - ale w większej,
pełniejszej grupie. Może ktoś nowy do nas dołączy, albo ktoś, kto już
odszedł zdobędzie się na "come back"? Brakowało bowiem kilku
ludzi, którzy dopełniliby obrazu zjazdu Action Maga - nie było
przedstawicieli kilku istotnych kącików, czy też paru znakomitych tekściarzy.
Ale będzie jeszcze - niejedna, mam nadzieję - okazja, aby spotkać się na
zlocie...
Nie, nie na zlocie. Na sympozjum. Wszak sympozjum - to brzmi dumnie.
CIEKAWOSTKI:
Lista osób pierwotnie zaproszonych była dłuuuuga... Ostały się z niej
jeno skromne procenty. A oto, do kogo poszedł pierwszy mail od Sly'a: Vene,
Izabelka, BrightWitch, Tawananna, Zosia, nZorka, Mayumi, mGamer, Lex, 7-mały-7,
Pewien Gość, Eddie, Slavik, Faramir, Niccer, Nazcain, Axel, UnionJack, Phnom
Penh, Timon, Vrok, Luke, Qn'ik, Bedzio, Kriis, Caleb, Zlotto, Wooward, Donald,
Splatch, Red Like Dragon Fall (Fly?:)), the chest of president, Andrew, Smutny Wędrowiec,
Lamer, Troy, Gregorius, OldEnt, Camilo, Baton, spoxgreq, Namaah, CiQ, Urug, Sly,
military.
Podczas "integrowania się" ekipa (z)lotników ułożyła dwie piosenki hip-hopowe i zbiorową recenzję gry na komórkę. Poniżej teksty. UWAGA! W piosence są zawarte słowa niecenzuralne, lecz jest to konieczne aby utrzymać się w ramach gatunku hh.
RECENZJA GRY "Run Run Run" (autorzy: Ghall, Donald, Caleb, Andrew, Luke, Vrok, Phnom, military)
Wśród wysypu "Wężów", "Arkanoidów" i wszelkiej maści przestawiania kulek, RRR jest pozycją nadzwyczaj ambitną. Za pozornie banalną fabułą kryje się niebagatelne przesłanie i alegoryczna wizja śmierci.
Opinia ekspertów głosi, że RRR jest to "taki klon... nie wiem". Według zagrywającego się studenta trzeciego roku prawa, gra ma ch**owy dźwięk i pier***ne potwory. Jeśli zagłębić się bardziej w przeżycia elity intelektualnej wśród młodzieży, znajdziemy w grze pokłady agresji (cytat: "a ch** mnie wpi****lił"), powodujące wzrastającą frustrację ("jak skoczyć to drugie coś? Nie można skoczyć?"). Gra ma bagi ("zacięło się...")
Po trzydziestu minutach gry testujący doszedł do wniosku, że gra uczy myśleć logicznie ("co ja mam tu zrobić w ogóle?")...
Ludzie, reszta jest naprawdę niecenzuralna! Postanowiłem wam jej oszczędzić... Za to poniżej znajduje się obiecana piosenka.- military
PIOSNKA HIP-HOPOWA, czyli "Oda do AM"
Sympozjum Action Maga mamy
Zapraszamy, zapraszamy YO zapraszamy!
Mamy sierp, nie mamy młota
Pieprzona hołota
Mamy Tyskie, mamy Warkę
Trzeba znaleźć jakąś szparkę
Może betoniarkę
Albo gejów parkę
To jest życia zajawka
Totalna ruchawka
Szczypawka
Mam ochotę na waniliowe lody
Niestety - życie to wysokie schody
Bloki stoją szaro-bure
Ja pierdolę
Na horyzoncie czarne chmury
Przyszłość raczej niewesoła
Ciężka praca, ale najpierw szkoła
Szkoła głupia, gówno mnie nauczy
Smalec w ilościach hurtowych tuczy
Życie całe, całe życie mam w dupie
Pierdolę, smalcu nigdy więcej nie kupię
Wolę masło - masełko jest zdrowe
Kolorowe
Jak słoneczko żółciutkie
Idę na wódkie
I jeszcze chwila prywaty...
[Vene: Dodam coś od siebie... te kilka dni było czymś wyjątkowym w moim życiu. Nie miałam pojęcia, że przez Internet można poznać tak wspaniałych ludzi. Do zobaczenia za rok!!!]
(Na minutę przed dojazdem pociągu do Rzeszowa Calebowi zadzwoniła komórka. Okazało się że to jego mama pytała kiedy wróci. A my z Gregoriusem byliśmy pewni, że to Sly dzwoni żeby powiedzieć że czeka na nas na wrocławskim rynku... - Donald)
[Luke: Ech, dziś (to jest w niedzielę, dzień po zjeździe) czuję się jakoś dziwnie, nie potrafię znaleźć sobie miejsca... życie w moim mieście to nie to, co tamta niekończąca się impereza... ale co tam, za rok znowu się spotkamy, może nawet wcześniej? Któż to wie, ja przynajmniej wiem co chcę robić w życiu: studiować i mieszkać przynajmniej w czasie studiów we Wrocławiu. I mówię to całkiem poważnie. Ludzie, jesteście niesamowici! Dziękuję za miło spędzony czas, dziękuję za to, że mam własny fan-club, co prawda tylko jednoosobowy, ale nabór nowych członków jest w trakcie :).]
[Smutny
Wędrowiec: Teraz kilka słów ode mnie... nigdy jeszcze tak dobrze się nie
bawiłem... To był mój pierwszy wyjazd na którym byłem ze wszystkiego
zadowolony (no prawie ;)... Może wypiszę po prostu plusy i minusy tego zjazdu,
by nie przeciągać (I proszę Michał nie tnij ich ;)) (ejże,
dekonspirujesz piszącego relację:))
Plusy
(kolejność przypadkowa):
-
Spotkanie z ludźmi z redakcji... czyli Smugglerem, Maćkiem i Mac Abra...
-
Poznanie wspaniałych ludzi z AM...
-
Mile spędzone chwile w tak cudownym gronie (ale słodzę... ;p)
-
No i najważniejszy plus dla mnie... Wart osobnego myślnika... Poznanie mojej
kochanej siostrzyczki Vene... ;D
Minusy:
-
Brak organizatora ;P
-
Młode ziemniaczki w barze...
I
to by było na tyle... za rok musi się to znowu powtórzyć...
I naprawdę jestem smutny... znowu dopadły mnie złe myśli... a wy działacie na mnie jak lekarstwo, więc nie mogę się doczekać kolejnego zjazdu... ;)]
[Qn`ik:
Ja już swoje napisałem we wstępniaku, ale i tu muszę kilka słów dodać.
Przede wszystkim - Michał, Ghall, zabiję. :) Traktujecie mnie jako "guesta",
człowieka z redakcji CDA... Ehem! Nie chcę nic wypominać, ale ja również co
nieco z AM mam wspólnego. ;)
A poważnie: wielka szkoda, że zjazd się już skończył, a znaczna część
zgromadzonych przyjechała z relatywnie odległych stron. Nic to jednak - nie
tracę nadziei, że chociaż z częścią spotkam się jeszcze nie raz - i to
szybciej niż za rok.]
{Kriis: Nie będę gorszy, też się dopiszę do prywaty i uzupełnię tekst Luka - ja tam czuję się świetnie, że poznałem tak fajnych, tak pełnych poczucia humoru ludzi... Luke, nic mi nie pozostaje, tylko czekać za rok na 'NASZĄ' ekipę, a za 3 lata na ciebie – studencie.}
[Vrok: nooo.. faaajnie było, kocham Was! :P]
{Caleb: Trzeba przyznać, że to parę dni spędzonych z Action-Magowcami będę wspominał jeszcze długo. A gdy przypominam sobie co poniektóre hasełka nadal dziwnie się uśmiecham. Naprawdę kto nie był niech żałuje, a kto był długo jeszcze będzie to wspominać. Dziękuję wszystkim - było rewelacyjnie - jesteście wielcy. I niekoniecznie wszyscy są smutni. :P}
[Andrew: I ja dziękuję za miłą zabawę. Te 6 dni naprawdę z pełną satysfakcją mogę włożyć w mojej pamięci do szufladki z napisem "miłe wspomnienia".]
(Muszę przyznać, że zabawa była przednia, jak dla mnie najlepsza od wielu lat - i mam nadzieję na powtórkę za rok. W jeszcze liczniejszej ekipie, w dodatku z obecnym na zjeździe organizatorem. ;) - military)
ZACIEMNIENIE, ewentualnie KURTYNA OPADA
LISTA PŁAC:
Starring
(in alphabetical order):
Andrew, Caleb,
Donald, Ghall
a.k.a. Smutny Wędrowiec, Gregorius, Kriis,
Luke, Military,
Phnom Penh, Splatch,Vene,
Vrok
Guest Starring (już nie in alphabetical order):
Qn'ik,
Smuggler, MacAbra
Very Guest Starring:
Bedzio
Bardzo Very Guest Starring:
Relację spisał military, dnia 27 lipca roku pańskiego 2003