Z pamiętnika przemytnika
czyli - "mrówką" być :)



     Zbieg okoliczności, czy też przewrotny los sprawił, że urodziłem się w tzw. strefie przygranicznej. Co prawda, nie byłoby to takie złe, gdyby to była granica zachodnia. Ale cóż, niestety - mieszkam kilkanaście kilometrów od ukraińskich słupków granicznych. Bywa. Jednakże nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pracy za granicą na wakacje nie załatwi się, bo u sąsiadów bieda jeszcze gorsza, ale można kombinować, podobnie jak setki innych osób.

I w tym miejscu zaczyna się moja opowieść. Trzeba Wam wiedzieć, że u sąsiadów zza Buga wszelakie używki są bardzo tanie. Żeby nie być gołosłownym, przytoczę na początek kilka pozycji:

wódka, Olimp 0,75 litra - 8 złotych
wódka, Żubrówka 0,75 litra - 12 złotych (świetna jest, naprawdę :))
wódka, noname 0,5 litra - 3 złote
spirytus, Royal - coś koło 10 złotych (nie pamiętam dokładnie)
karton papierosów St. George - 8 złotych
karton papierosów Pall Mall - 17 złotych
karton papierosów West - 18 złotych

Jak widzicie, ceny nie są wygórowane. Fakt. Faktem jest także, że po polskiej stronie granicy, u ostatecznego odbiorcy cena waha się od dwóch do trzech razy większej. I co tu dużo mówić - ludzie to wykorzystują, ja to wykorzystuję. Piesze przejście graniczne codziennie przeżywa prawdziwe oblężenie. Niedawno zresztą było głośno nt. nielegalnego przekrocznia granicy przez około 100 osób. Poturbowano kilku celników, zniszczono trochę sprzętu. Bywa.
Ale wróćmy do głównego wątku. Nie znam dokładnych statystyk, ale tak na oko liczba osób przechodzących dziennie ze strony ukraińskiej na polską spokojnie zamyka się na pułapie 2000, choć może byc "trochę" więcej (lub mniej), gdyż stojąc w kolejce po kilka godzin raczej trudno dokładnie ocenić liczbę ludzi. Tak czy inaczej - nazwa "mrówka" jest w pełni uzasadniona :).

     Wyobraźcie sobie teraz, że dla strefy przygranicznej (bodaj 40 km, lub coś koło tego) legalnie można przenieść paczkę papierosów i pół litra wódki. Dla ludzi "pozastrefowych" wymiar ten zwiękasza się do kartona fajek. I wiecie, co z tego wynika? Nic. Absolutnie nic :). Typowa rozmowa z celnikiem wygląda następująco:

- Ile niesiesz?
- Karton...
Po chwili grzebania w torbie:
- Tu jest więcej.
- Jest dwa.
- A jak dokładnie policzę?
- To znajdzie pan inspektor trzy.


Powyższy dialog ujawinia relatywistyczną postać matematyki granicznej, gdyż przeważnie na dobrej zmianie jest co najmniej pięć, sześć kartonów :).

     Gwoli wyjasnienia, przedstawię Wam teraz typową sylwetkę przemytnika na dobrej zmianie (o tym później). Przmytnik Polski Podkarpacki zaopatrzony jest w luźne spodnie i torbę. Najlepiej podróżną. Ideałem jest torba - taka sportowa, ze skrytkami po bokach i z przodu, oraz z podwójnym dnem. Przemytnik Polski Podkarpacki na dobrej zmianie nie boi się celnika. Ładuje do torby coś koło pięciu kartonów Pall Malli (lub lepszych, żeby zysk był większy) i idzie. Ale nie tak zwyczajnie! Tak zwyczajnie to chodzi sobie niedzielny turysta, nie myślcie sobie! Przemytnik Polski Podkarpacki idzie (albo stoi, leży, przykuca lub przeskakuje przez siatkę, o czym później) z gracją nienaoliwionego Robocopa, tudzież polskiej reprezentacji piłki nożnej. Inaczej po prostu nie może - wszak dwa kartony papierosów na wewnętrznej stronie ud i łydek sktuecznie utrudniają chodzenie :). Co bardziej odważni napychają pończochy paczkami papierosów i tak powstałymi pasami przewiązują się gdzieś na wysokości brzucha. Karton też śmiało wchodzi pod pas. Ponadto można próbować przenieść coś na kostkach (przeniosłem tak karton ostatnim razem - taśma klejąca i po pięć paczek fajek na koskę). Równie popularny jest "klin", czyli circa karton umiejętnie zlepiony taśmą i przenoszony... hmmm... tam gdzie zazwyczaj u dziewczyn co miesiąc są jakieś skrzydełka :).

     A skoro już przy dziewczynach jesteśmy - nie myślcie sobie, że Przemytnik Polski Podkarpacki to mężczyzna. Zdarzają się kobiałki - i to dość często. Te to dopiero potrafią przemycać! Ostatnio furorę na pasie zrobiła jedna dziewczyna, która opuściwszy miniówę do kostek (a miała stringi! :)) oklejała uda papierosami. Zazwyczaj zaś, widok kogoś ze spuszczonymi spodniami jest tak normalny, że niegodny wspomnienia.

     Samo przejście wygląda następująco: na począktku polska celnia - wiadomo, celnicy czytnikami zapisują w pamięci komputera fakt Twego opuszczenia kraju. Czasami zdarza im się opieprzyć ludzi, bo, w przeciwieństwie do zdjęcia, mają długie włosy lub brodę (zdarzało się - dlatego wczoraj brodę zgoliłem :)). Następnie wychodzi się na pas. Jest to dość długi pas wyłożony brukiem, szerokości dobrych kilku metrów. Zaraz obok, oddzielony mizerną siatką znajduje się pas powrotny. Zazwyczaj, gdy ktoś na polskiej celni dostanie buta (czyli cofnięcie na koniec kolejki), to kombinuje jak wyżej wymienioną siatkę przejść nie wzbudzając zainteresiwania WOPka (porządkowego). Zazwyczaj jest otwarta bramka łącząca obydwa pasy, ale nie zawsze jest to regułą - w takim wypadku trzeba skorzystać z istniejących już, aczkolwiek trochę połatanych dziur, lub skakać przez górę - trochę ryzykowne, bo można za to mandat dostać. Powrót na Ukrainę nie wchodzi w rachubę, gdyż można tam wejść tylko raz dziennie, a na łapówkę dla ukraińskiego celnika zazwyczaj szkoda dolara.
Wracając do tematu - pas prowadzi do ukraińskiej celni, a następnie, juz ukraińskim pasem do wyjścia, gdzie trzeba zaopatrzyć sie w strachowkę, czyli ubezpieczenie zdrowotne (niecałe 3 dolary w przeliczeniu na chrywnie). Kilka metrów (dosłownie! :)) za granicą robimy odpowiednie zakupy i wracamy. Już na początku trzeba zapłacić 1 chrywnię opłaty "na ekologię". W przeliczeniu na złotówki jest to około 80 groszy i tyle trzeba dawać, bo ukraińscy pogranicznicy mają brzydki zwyczaj niewydawania reszty :). Kolejna opłata czeka nas na ukraińskiej celni. O ile poprzednia jest uregulowana przez państwo i obligatoryjna, tutaj to już sprawa umowna, gdyż łapówkę płaci się zależnie od tego, ile się niesie :). Jeden i dwa kartony - gratis zazwyczaj; trzy kartony - dwa złote; cztery - jeden dolar; powyżej sześciu, ośmiu (zależnie od humoru) - dwa dolary; a w przypadku kilkunastu - trzy dolary. Wniosek - jak zapłacisz, to przez ukraińską celnię przeniesiesz praktycznie wszystko. Po opuszczeniu przybytku służb granicznych naszych wschodnich sąsiadów dostajemy się na polską stronę. Po drodze jest jeszcze wyżej wymieniona bramka, pas neutralny i... zapusty. Są to barierki, które w przypadku zbyt wielkich tłumów hamują zapędy na polską stronę :). Jeśli nie ma kolejek, stoi się krótko - godzinę może. Zaś w przypadku skrajnych tłumów i popierniczonych celników, którzy trzepią na całość, można stać nawet dwanaście godzin (kumpel tak stał...). W kolejkach poznaje się naprawdę fajnych ludzi. Zresztą - pomyślcie sami: ciężko byłoby tyle ustać nie odzywając się słowem do nikogo, szczególnie, że po kilku godzinach czekania człowiek dostaje głupawki, prawie takiej, jak, po śledziku :). Zwykle na topie są ploty z celni - z iloma kartonami się schodzi, czy często butują (na koniec kolejki), i czy konfiskują towar. Zdarza się i to. Odprawa na polskiej stronie wygląda różnie. Zależy od celnika i od dnia. Może być tak, że rzuci tylko okiem na torbę i puści. Może być tak, że wyciągnie każdą paczuszkę. Różnie jest.

     Już na polskiej stronie, kilkadziesiąt metrów od przejścia można sprzedać przemycony towar. Tamże znajduje się cały kompleks handlowy - kantory, bary, sklepiki, skupy papierosów. A najlepsze jset to, że istnieje tam rynek doskonały. Wszędzie ceny jednakowe, jednakowe podejście do klienta. A jak ktoś się wychyli, to ma w dziób - ot, gwarancja spokoju :).
Jeśli zaś chodzi o waluty - w powszechnym użyciu są trzy: nasze złotówki, amerykańskie dolary oraz ukraińskie chrywnie. Od czasu do czasu trafi się też euro. Tak czy inaczej - właściciele kantorów mają niezły biznes.

     Życie przemytnika jest dość ciekawe. W lecie można się opalić - niektórzy nawet na pas przynoszą olejki do opalania. Można się również nieźle rozerwać, jeśli komuś w domu się nudzi. Ludzie tu przechodzący, to dosłownie przekrój społeczeństwa. Zdarzają się żonaci, kawalerowie, studenci, goście z zawodówek, z ogólniaków, wdowy - słowem wszyscy. Naljepsza jednak jazda jest, gdy idzie się z kumplami i czekając na odprawę delikatnie sączy się jakiś trunek :).

Głównym jednak powodem obecności ludzi na granicy jest to, iż można tam zarobić. Jeśli tylko jest się wystarczająco bezczelnym ryzykantem, to, powiem Wam, że nawet całkiem sporo...


Gregorius
fishbone1@wp.pl