|
Szczęście Siedział więc na ziemi i patrzył. Patrzył przed siebie i nie widział niczego za wyjątkiem świetlików żyjących własnym życiem i nie zwracających na niego uwagi. To nie było rozświetlone miasto, gdzie nawet w środku nocy można kogoś spotkać, a uliczne latarnie pozwalają zapomnieć o otaczających ciemnościach. Nie, ta okolica nie miała latarni, innych ludzi, niczego z tych rzeczy. I przez to była magiczna. Magiczna, bo taka pusta... i cicha. Nie spał, bo jego życie było jak zamknięte, błędne koło. Za dnia szara egzystencja, a w nocy koszmary o tej egzystencji przypominające. Tak mógłby powiedzieć ktoś inny, ale nie on. Dla innych może był nieudacznikiem, ale on się za niego nie uważał. On patrzył na to trochę inaczej... Odpoczywał. Tak po prostu. Nie myślał o niczym, nie rozważał alternatyw, po prostu sycił się tym magicznym spokojem, tym, że nie ma tu innych ludzi, którzy niejednokrotnie mówią mu co ma robić, albo po prostu mówią. To było dla niego najgorsze: ludzie mówiący bez wyraźnego celu. Rozprawiający o rzeczach, które nie mają dla nikogo znaczenia. Słuchając tego bełkotu i słysząc, że obecnie wymawiane zdanie właśnie się kończy myślał: „Niech to będzie ostatnie”. Ale nie było. Po nim nadchodziły następne, i następne, i... Ale tu tego nie było. Była za to cisza i spokój. Chwila błogiego zapomnienia i odsunięcia się od problemów codzienności. Od wojen, głodu, chorób, śmierci, nieszczęść, kataklizmów. Wstał. Noc powoli ustępowała, niebo stawało się coraz jaśniejsze, sygnalizując tym samym zbliżanie się chwili, w której rozegra się małe przedstawienie, mały cud, tak niedoceniany przez innych, a mający miejsce codziennie rano. Uśmiechnął się do siebie i ruszył. Tak
łatwo z rąk wymyka się Ucieka
wciąż, znika we mgle A
ty je chcesz na własność mieć Chcesz
zamknąć na klucz Przed
światem schować Skryć
jak skarb Swój
prywatny skarb Niemożliwe! – Głupcy! – pomyślał. Głupcy osiągający sukcesy zawodowe, gnający prze siebie na złamanie karku, chcący być „kimś”, najlepiej kimś więcej, niż w chwili obecnej, marzący o... no właśnie, o czym? O pieniądzach? O zapewnieniu szczęścia samemu sobie, swojej rodzinie? Tak, pewnie tak. Zarabiają więcej i więcej, wspinają się coraz wyżej i wyżej, niejednokrotnie po trupach, budują swoją „Twierdzę Szczęścia” na ciałach poległych, których staranowali po drodze. Twierdzę, w której ma być wszystko: kochająca rodzina, praca, pieniądze, jedzenie, samochód... a kiedy już to zdobędą zechcą mieć coś nowego, na przykład willę z basenem. Tak bez końca, aż znajdą się w sytuacji, kiedy będą mieli wszystko. Oczywiste jest, że nie można mieć wszystkiego, ale ludzka pomysłowość ma pewne granice, kiedy pomysły się skończą, to będą mogli powiedzieć: „Mamy wszystko”. I wtedy usiądą i zadadzą sobie pytanie: „Czy jesteśmy szczęśliwi?” Im
więcej chcesz, im więcej masz Wymyślasz
próg, chcesz sięgnąć gwiazd Lecz
to nie, nie to, nie tak I
ciągle czegoś nam brak do szczęścia Wciąż
nam brak, tak zachłannie brak Otwórz
oczy! Ponownie uśmiechnął się sam do siebie. Człowiek będący nikim. Nikim dla innych, dla „ludzi sukcesu”. Nie wspinający się coraz wyżej i wyżej, a dzięki temu nie czujący bólu upadku. Ot, zwyczajny, szary człowieczek mieszkający w małym, jednopokojowym mieszkaniu, pracujący w jednym z wielu zakładów na stanowisku bez „przyszłości”, czyli takim, na którym można zarobić tylko tyle, aby wystarczyło na jedzenie, podstawowe opłaty i drobne rozrywki raz na jakiś czas, bez możliwości awansu. To mu wystarczało, wiedział, że jeśli zechce założyć rodzinę znajdzie inną, lepiej płatną pracę. Lecz na razie jej nie potrzebował. I było mu z tym dobrze, choć wielu uznawało go za idiotę, gdy ktoś mu o tym mówił, on uśmiechał się tak jak teraz, kiedy pierwsze promienie wschodzącego słońca delikatnie muskały jego twarz, a liście drzew poruszane przez wiatr coś szeptały między sobą. Szczęście
to ta, chwila co trwa Niepewna
swojej urody To
zieleń drzew, to dzieci śmiech Słońca
zachody i wschody Więc
nie patrz w dal Bo
szczęście jest tuż obok nas W
zwyczajnym dniu, w zapachu domu Wśród
chmur, w ciszy traw Jest
blisko nas Blisko
tak, blisko tak...
Uśmiech na jego twarzy pojawił się po raz kolejny, tak naprawdę to on był tam przez cały czas, teraz tylko wyraźniej zaznaczył swoją obecność. Uśmiech szczęścia na twarzy człowieka będącego nikim, taki piękny i szczery. Gdyby ujrzał go teraz jakiś „człowiek sukcesu” mógłby mu realnie pozazdrościć, bo ten „nikt” śmieje się i cieszy, podczas gdy on sam tego nie potrafi, nie, on będzie szczęśliwy dopiero wtedy, gdy przekroczy kolejny próg, tak mu się bynajmniej wydaje, przecież i tak znajdzie następny. Ta myśl wywołała w nim jeszcze większą radość. Spojrzał w niebo, wziął głęboki oddech i krzyknął najgłośniej jak potrafił: „Głupcy! To jest właśnie szczęście!”
W tekście wykorzystano fragmenty piosenki Anny Marii Jopek - „Na dłoni”. |