Jak zostałem masochistą...
by
Trzeba Ci, drogi Czytelniku, wiedzieć, że UnionJack specjalnej wagi do swego wyglądu nie przywiązuje. Wychodząc z jedynie słusznego założenia, że to nie szata zdobi człowieka, jest UnionJack z natury podejrzliwy wobec wszelkich nienaturalnych upiększaczy powierzchowności. Dlatego nie wierzy w diety-cud, nie pozwala sobie zamówić mini-siłowni o sześciu trybach skurczania, nie ma chęci na nowy, jakże unikalny, rowerek do ćwiczeń. Nawet hairigami UnionJacka nie kręci, choć przecież takie rewolucyjne.
Słowem, w kwestii wyglądu zewnętrznego, w mentalności UnionJacka panuje pełne, niczym nie zmącone średniowiecze.Tutaj nadmienić przystoi, że niżej podpisany, pisząc powyższe słowa, nie przyznał się bynajmniej do braków w higienie. Nie przyznał się, bo fałszywych zeznać składać nie będzie. O higienę wszak UnionJack dba, od mydła i szamponu nie stroni. Raz nawet dostał plakietkę "Planety Zdrowego Uśmiechu". Co prawda dawno i nie prawda - ale utrzymuje że dostał.
Czemuż więc UnionJack w średniowieczu żyje? Bo, jeśli brać pod uwagę wiarę w cudowne preparaty, jest UnionJack ateistą. Ot, zwyczajnie nie wierzy.Nie wierzy UnionJack w nawilżacze skóry, bo skóra, jak twierdzi, naturalnie sucha jest, o czym się namacalnie przekonać można. Nie wierzy w ujędrniacze, ani we fluidy. A już całkowicie nie ufa UnionJack środkom, co zwalczają trądzik, nim ten się pojawi. Nie ufa im i ich nie stosuje.
Bo po co zapobiegać czemuś, co już się ma?Tak, drogi Czytelniku, co prawda, to prawda: UnionJack trądzik ma, więc działań prewencyjnych nie podejmuje. Nie może zapobiegać, więc leczy. Bo wie, że - parafrazując Sapkowskiego - mieć gładką skórę i nie mieć gładkiej skóry to dwie gładkie skóry. A co dwie gładkie skóry to nie jedna gładka skóra :)
Wychodząc z takiego - jakże materialistycznego - założenia, jest UnionJack gotowy walczyć z trądzikiem wszelkimi sposobami. Dlatego, w piękny, czerwcowy poranek udał się UnionJack do kosmetyczki. By skórę oczyścić. Wszak czystość rzecz ważna. Spytaj, Czytelniku, księdza, to potwierdzi.
Do salonu, wielce kosmetycznego, przeszedłem się spacerkiem (tak, przeszedłem - zostawmy już tą nieszczęsną trzecią osobę, niech spoczywa w pokoju). Spóźniłem się, przyznaję, troszeczkę, lecz - w myśl zasady "nasz klient nasz pan" - zostało mi to wybaczone. Pani kosmetyczka bowiem, osoba przemiła i przesympatyczna, z uśmiechem przyjęła moje udanie udawane zawstydzenie i poprosiła, bym czuł się w salonie jak w własnym domu, słodkim domu.
Tej prośbie, co przyznaję z niejakim zażenowaniem, zadość uczynić nie mogłem. Od razu bowiem w oczy rzuciły mi się dwie rzeczy: wystrój, mocno cukierkowy i narzędzia, mocno dentystyczne. Całości dopełniał obraz zawieszonych na ścianach fotografii, z których spozierały na mnie wyszczerzone twarze gwiazd muzyki bardzo popularnej. Znaczy, czułem się troszkę nie z tej bajki...
Pani kosmetyczka, widząc me zawahanie, postanowiła szybko wykonać swą powinność. Grzecznym, lecz stanowczym tonem poprosiła, bym się, z łaski swojej, roznegliżował. Znaczy koszulkę zdjął. Przez koszulkę wszak mi pleców oczyszczać nie będzie.
Takiej prośbie nie mogłem odmówić, choćbym nawet chciał. Szybko więc zrzuciłem "Muzykę przeciwko rasizmowi" z moich otrądzikowanych pleców i - w stroju topless - ułożyłem się na fotelu kosmetycznym, który dziwnie dentystycznego przypominał. Ułożyłem się, brzuszkiem w dół, pleckami odwrotnie. Ułożyłem się pewnie, bez strachu, na wszystko gotów. Nawet o opaskę na oczy nie poprosiłem. Bo oczy oczami, a oczyszczać mi plecy będą. Ale niech już zaczną, psia mać, bo dziesięć minut spóźnienia mamy...
Oj, wymodliłem sobie początek, wymodliłem. Ledwom te słowa pomyślał - rozpoczęło się!A zaczęło się - w myśl sentencji co głosi, że miłe złego początki - całkiem przyjemnie. Trzeba Ci bowiem Czytelniku wiedzieć, że skórę, nim się ją oczyści, trza rozmasować. Dokładnie i z czcią nabożną. Ruchami podłużnymi, poprzecznymi i na okrętkę. Co też mi uczyniono, Bogu niech będą dzięki.
Później już nie było tak różowo. Zostałem bowiem natarty jakimś dziwnym mazidłem i obgotowany na parze. Dosłownie. Podłączono mnie wszak do jakiejś dziwnej, mocno podejrzanej maszynki, która przez pół godziny, niestrudzenie, a z wielką werwą, gorącą parą wodną mnie odmuchiwała. Ja zaś, odmuchiwany z werwą, leżałem bez ruchu, wsłuchując się na przemian: w lecącą w tle polską muzykę bardzo rozrywkową i w narzekania pani kosmetyczki, że para ponoć słabo leci. Nie wiem, nie zauważyłem, spoza pary nic nie było widać...
Słowem: los łazienkowego lustra stał się moim losem. Znaczy, zaparowano mnie. I - uwierzcie na słowo - nic przyjemnego, tylko się zbić. I nawet siedmiu latom nieszczęścia się nie dziwię. Ale wróćmy, prawda, do tematu...A rzec trzeba, że później, jako że lepiej już było, zaczęło być gorzej. Rozpoczął się wszak najstraszliwszy akt całego procesu: oczyszczanie właściwe. Co chwilę bowiem, urocze ręce pani kosmetyczki oczyszczały kolejny z moich zatkanych trądzikiem porów; co chwilę twarz wykrzywiała mi się w zbolałym grymasie. Nie myśl jednak, drogi Czytelniku, żem do bólu nie nawykły. Nawykł żem, ale nie do takiego. Taki ból, to rzecz - jakby to określić? - inna, bo bardziej w jednym punkcie skoncentrowana. Taka bardzo wybiórcza, miejscowa taka...
Mówiąc po ludzku: bolało jak jasna cholera.Lecz nie koniec był to moich katuszy i mych dziwnych przeżyć! W ślad za oczyszczaniem właściwym, przyszedł bowiem czas na kolejne mazidło. Mazidło, które swym działaniem nieodmiennie przywodzi mi na myśl profesora Snape'a i mroczną lekcję trucizn. Maść bowiem, by pory zamknąć, skórę chłodziła. A z fizyki wiemy, że jak coś się chłodzi, to się zwykło kurczyć. Stąd nieprzyjemne, a mylące uczucie, że ma się skóry za mało, że na ciało jej nie starcza.
Skóry na ciało starcza. Jeno zmysłów nie staje.Ale i to uczucie nie jest ukoronowaniem całego procesu! Na odważnego, a zdesperowanego skazańca czeka wszak coś specjalnego: prądem, prądem porażanie. Mała, miniaturowa maszynka, prowadzona sprawnymi rękami pani kosmetyczki, zamyka wszak pory, szczypiąc przy tym niesamowicie. Ot, krzesło elektryczne, wersja koreańska, zminiaturyzowana.
I tu, tak jak przy prawdziwej egzekucji, panuje jedna za zasada: gdy człek, odważny, a zdesperowany, przeżyje trzy serie owego porażania, wolny jest i wszędy iść może. I kończy się jego katorga, i piękny jest, i oczyszczony, i wstać z fotela może, i zapłacić złotych siedemdziesiąt, i wynieść się w cholerę.
Co zresztą, podziękując wpierw uprzejmie zacnej kosmetyczce, człek prawy i oczyszczony, niechybnie uczyni. Po co przebywać w miejscu, z którego ma się złe wspomnienia? Wszak to właśnie u kosmetyczki potwierdza się znana prawda, że piękno nie listonosz - samo nie przychodzi. Trzeba za nie pocierpieć, trzeba za nie zapłacić.
I tu miejsce na morał: drogi Czytelniku, zastanów się trochę, nim znów wyrzucisz swojej żonie, że u kosmetyczki była. Bo taka wizyta to nic przyjemnego... A jeśli kobieta się na takie poświęcenie decyduje, znak to, że jej zależy, żeby wyglądać przednie. Żeby się podobać. A komu ma się podobać, jak nie Tobie, panie mężczyzna?!
Znaczy, rzeknijmy sobie szczerze: fundując kobiecie kosmetyczkę, fundujesz coś i sobie. Fundujesz sobie partnerkę obolałą, lecz szczęśliwą, bo piękną i czystą. Znaczy taką, co nie marudzi, lecz hołubi, nie tłucze patelką, lecz za uszkiem drapie... Znaczy, sam sobie prezent robisz...
Zrób sobie, Czytelniku, prezent... Do Gwiazdki wszak jeszcze tyle czasu...