IM WYŻEJ TYM LEPIEJ

Raz, dwa, raz, dwa, krok za krokiem po mokrej drodze. Pachnie zielony
zimny las, wymijani ludzie uśmiechają się, nad wami ciemnobłękitne nie-
bo. Góry stoją jak przed wiekami, ogromne, majestatyczne, przyprószone
śniegiem. Już chciałbyś tam być. W samym ich sercu. Byłeś już tyle
razy, a jednak ciągle coś cię pcha. I pchać nie przestanie.
Schronisko. Początek właściwej trasy. W dole spokojne o poranku jezio-
ro, do którego z przeciwległego stoku opada piarg. Na horyzoncie niewy-
raźne zarysy odległych domów na tle nieba, żółtego od młodego jeszcze
słońca. Miasteczko i wsie lepiej będzie widać z góry. Ruszacie w trasę
po krótkim posiłku i łyku wody. Pogoda piękna jak rzadko kiedy. Drzewa
niebawem się skończą, gdyż idziecie wysoko. Wkrótce wchodzicie w
dywan kosodrzewiny. Podążasz z resztą grupy wąską ścieżką, delikatnie
pnącą się do góry. Niebawem robi się stromiej, wspinasz się zakosami po
zboczu. Przystajesz na moment, patrzysz w górę. Jest cudownie - tylko
ty, przyjaciele i te wspaniałe szczyty.
Mijacie kolejnych ludzi. Mówicie im zwyczajowo "dzień dobry". Wszyscy
odpowiadają, uśmiechnięci. Trafjaią się Niemcy, Anglicy, każdy wie o
co chodzi i odwzajemnia pozdrowienie w ojczystym języku. Odpowiada
każdy kto wie o zwyczaju. Słońce daje się nieco we znaki. Trzeba przy-
stanąć i uzupełnić płyny. Zwłaszcza że pierwszy próg już pokonany.
Kiedyś spływał stąd lodowiec. Przed wami dolina uformowana w widoczne
"U" - pozostałość po jęzorze. Kosówka powoli się kończy, za to co-
raz więcej głazów, wśród których wije się ułożona z kamieni ścieżka,
na którą zaraz wracasz. Gdzieś w górze szumi wodospad. Jeszcze go nie
widać. Zobaczysz go niebawem.
Teraz jest już dość stromo. Dają o sobie znać pierwsze objawy zmęcze-
nia. Zaczynacie podchodzić pod ostatni, najwyższy próg. Ku początkowi
niegdysiejszego lodowca, który pozostawił tu masę rozrzuconych głazów.
Za wami już znaczna część szlaku, w dole widać las. Górskie szczyty
otaczają was ze wszystkich stron. ciemne, sterczące, ogromne. Masz wra-
żenie że ta wielka kupa kamieni z napreciwka za chwilę spadnie i po-
grzebie pod sobą dno doliny. Niestrudzenie pniesz się pod górę, ocie-
rasz z czoła pot i pytasz sam siebie: "Kto to wymyślił?". Ale zaraz
nadchodzi inna myśl: "Warto, do diabła, sto razy warto!!!"
Przystajecie na płaskiej przestrzeni. Został już tylko atak na sam
szczyt. Spoglądasz na zegarek - szybko tu doszliście! Uśmiechasz się
na myśl że jutro będziesz bardzo zmęczony. Nadchodzi najtrudniejsza
część wyprawy. Jest zimniej, góry, coraz bliższe, zasłaniają słońce.
Zaczynają się łańcuchy. Musicie zachować ostrożność, za wami też idą
ludzie. Raz czy dwa noga ześlizguje się ze skały, pojawiają się obtar-
cia. Ale szczyt już coraz bliżej, coraz bliżej, ostatnie kroki...
I nareszcie! Stajesz na szczycie najwyższej góry w paśmie, zmęczony
jak mało kiedy wcześniej. Ale dla tego widoku, dla uśmiechu na twa-
rzach ludzi którzy weszli tu z tobą, jesteś gotów powtórzyć to i pięć
razy. Przed wami rozciąga się widok na ponad setkę szczytów, a na nie-
bie nie ma nawet jednej chmurki, co sprawia że widoczność jest fantas-
tyczna. Dno sąsiedniej doliny - o kilometr pod tobą... Siadasz, wyj-
mujesz jedzenie, utrwalasz moment na zdjęciu. Miną lata, ale wspom-
nień zawartych w fotografii nic nie wymaże. Ściszone rozmowy, krótkie
uwagi dotyczące widoków, ale tak naprawdę mówicie sobie tylko jedno.
Dziękuję ci że tu ze mną przyszedłeś.

Trochę się rozmarzyłem. Góry kocham, to fakt. Nawet bardzo. Lubię
iść w pocie czoła, gdy nade mną slońce jak lampa, gdy kosodrzewina
kłuje w nogi. Lubię zimno łańcuchów i odłamki skał które czasem
spadają z góry. Lubię widok ze szczytu. Lubię, gdy na drugi dzień
nie mogę ruszyć nogą, gdyż znowu atakowaliśmy z ojcem rekord świata
w czasie przejścia szlaku. I lubię to spojrzenie taty, który dopiero
tu jest na całkowitym luzie. Sam również wiele razy odreagowywałem
tu stresy. Ale nie tylko dlatego lubię góry. Jest inna rzecz ,która
sprawia że zawsze chętnie tu wracam. Ludzie. Zupełnie obcy jak i ci,
którzy idą razem ze mną. Tutaj człowiek staje sie lepszy. Góry są
dla dobrych ludzi. Wysiłek uszlachetnia. Tu można się poczuć jak w
raju, jak wśród swoich. Każdy się do ciebie uśmiecha, a gdy zagad-
niesz - porozmawia. Jak nigdzie niżej. Chamstwo nie sięga wyżej niż
do Czarnego Stawu pod Rysami. Po prostu nie dopcha się wyżej, bo gó-
ry wymagają.
I te spojrzenia bliskich osób na szczycie, po wysiłku - tego nie
jest się w stanie zapomnieć. Wszyscy zmęczeni, ale szczęśliwi. A gdy
z ust koleżanki, która przed chwilą na podejściu chciała cię posiekać,
padną słowa: "Bez twojej pomocy nie weszłabym na szczyt", jesteś
wniebowzięty. Dziewczyna jeszcze trochę się dąsa, ale widzisz w jej
oczach że już przepadła. Za rok tu wróci.

Taką pogodę jak opisaną powyżej miałem tylko raz. W dodatku zgubi-
łem wtedy aparat:) Zawsze też chodziłem w góry tylko z ojcem, czasem
ktoś dołączył się na trasie. Przyjaciół dodałem w powyższym tekście
prawie zupełnie z głowy. Co chyba widać. Zawsze marzyłem o tym że
zbiorę grupę ludzi, która pójdzie ze mną wysoko w góry i teraz jest
to realne. Wtedy marzenie stanie się jawą. Marze też o czymś jeszcze.
Gdyby oddzielić fakty od marzeń, to owo zdarzenie stanie się faktem,
ale marzenie niestety się nie spełni. Tak czy inaczej - nie mogę
się doczekać.

Donald - miłosnik gór od piętnastu lat
advocat@interia.pl

15-07-2003

Tekst miejscami stylizowany na Rainmana, ale pisać jak Rainman potrafi
tylko Rainman.