Bogactwo

 

 

            Chciałbym być bogaty. Chciałbym żeby mnie było stać na bardzo kosztowne kaprysy.

Wbrew pozorom nie chce niczego kupować. Chciałbym być na tyle bogaty by stać mnie było na rozbicie lustra w drobny mak, i to bez cienia żalu i wyrzutów sumienia po tym wszystkim.

Mówiąc o bogactwie mam na myśli swoje wnętrze a przede wszystkim swoją biedną, słabą i naiwną mentalność, a nie jak samo to słowo może wskazywać; dobra materialne i majątek.

To moją psychikę właśnie chciałbym wzbogacić do takiego stopnia, by stała się na tyle silna, iż nie przeszkadzałby jej widok popękanych skrawków lustra w ramie, błyszczących kryształów rozsypanych na podłodze i krwawiącej pięści, którą owe kryształki pocięły.

            Im bardziej sam siebie przekonuje, że stać mnie na taki gest, tym bardziej uświadamiam sobie jakim sknerą jestem. Nie chodzi o kilka złotych które poszłyby w błoto wraz ze zbiciem lustra, nie przejmuję się nawet przesądami. Wszak 7 lat nieszczęścia po zbiciu lustra mógłbym wliczyć do 18 lat męczarni jakie już przeżyłem, i to nawet bez maleńkiego draśnięcia jakiejkolwiek szklanej powierzchni. Nie rusza mnie nawet perspektywa sprzątnięcia lustrzanego bałaganu z podłogi... może to i śmieszne, ale jeszcze jakiś czas temu to byłby dla mnie najmocniejszy argument by tego cholernego lustra nie tłuc.

Niczym dla mnie jest też to, że będę musiał zapłacić za nowe lustro, nie obchodzi mnie nawet, że ucierpi w całym przedsięwzięciu moja ręka. Zakrwawione strupy na dłoni nie wyglądają zbyt miło, i na pewno koło takich nikt z moich bliskich nie przeszedłby obojętnie nie pytając co mi się stało. I tu wychodzi kolejna rzecz. Nie martwię się nawet, że w grę weszłoby kłamstwo... „ach, to nic, mały wypadek na rowerze”.

Nic co wiąże się z materialnymi przymiotami nie zaliczałoby się w tym przypadku do mojej definicji skąpstwa. Nic co materialne nie miało by z tym wspólnego... ale dopiero po ukształtowaniu swojej psychiki tak, abym nie mówił o sobie „materialista”. Potrzebne mi są do tego właśnie dobra materialne i kasa, głównie po to żeby rozpieścić mnie do takiego stopnia, bym pożytku w nich nie widział.

            Jestem umysłową kutwą, sknerą, centusiem, chciwym moralnym dusigroszem, liczykrupą... żałuję sobie ulgi.

Bo właśnie cholerną ulgę przyniosłoby mi zrobienie czegoś na przekór swoim wyuczonym, idealnym, powiedzieć można nawet że „świętym” zasadom moralnym.

Zawsze przezorny, rozważny i zapobiegliwy... Czasem myślę, że uderzyły mi do głowy reklamy leków przeciwbólowych „wolimy zapobiegać niż leczyć”. A ja teraz chcę spróbować czegoś innego, odwrócić to o 180 stopni. Chcę naprawiać swoje błędy, ba! Do tej pory dzięki mojej roztropności nie miałem zbyt wiele okazji by uronić łzy żalu... do czasu, bo w końcu ona mnie teraz dusi.

            Co by mi dał ten melodramatyczny akt? Zbicie lustra gołą pięścią... ach, jakież to pompatyczne i... cholera, cukierkowe! Czułostkowe, sentymentalne i banalne. Poddać się impulsowi i zachować się jak w tandetnym dramacie. Zawsze sobie powtarzam „życie to nie film”, dlaczego teraz mam temu zaprzeczyć? Tylko dlatego by zerwać ze swymi zasadami, które im dalej się posuwam w rozważaniach nie wydają mi się już takie złe...?

Nie, nie zbiję tego lustra, po cholerę mi to? Nie będę na siebie zwracał uwagi, tym bardziej tak kiczowatym numerem.

            Każdy kiczowaty gest ma w założeniu symbolikę, ma ciągnąć za sobą długie jak homerowskie epitety alegorie i liczne jak stado króliczków metafory, stosowane w celu wzmocnienia plastyki opisu, oraz dla emocjonalnego zabarwienia szmiry. Co kryję się za moją chęcią dewastacji...? Pobawmy się w polonistę analizującego wiersz...

Lustro – moje odbicie, drugi ja.

Zbicie lustra – zabicie siebie, wstręt do własnej osoby...

Eee... nie! Oj chyba polonista, w którego się bawimy przesadza! Spróbujmy jeszcze raz, tym razem pobawimy się w polonistę ze zdaną maturą:

Lustro – lustro

Zbicie lustra – zbicie lustra, akt agresji.

Tak...! To jest to, chodziło o wyżycie się!

            Mógłbym stanąć... popatrzeć na swoje odbicie i jak smarkaty nastoletni „buntownik” gestem wyrazić swoje niezadowolenie, a przecież ja takimi maminsynkami gardzę. Oczywiście mógłbym postąpić tak jak oni tłumacząc wszystko zdrową, ludzką przekorą, ale tylko dziecko tupie nóżkami i wszystko dookoła okłada piąstkami gdy coś nie idzie po jego myśli.

            Do wyżycia się w tak spektakularny sposób, brakuje mi nie odwagi, chęci, ale właśnie rozpieszczenia. Brakuje mi czynnika, który zasłoniłby rzeczywistą wartość lustra.

Pomimo ogromnej chęci, pomimo ogromnego apetytu na złamanie moich wyuczonych zasad nie mogę zrobić głupoty...

 

... bo jestem za mało rozpieszczony.

 

Andrew ( andreandrew555@wp.pl )