Chłodny powiew realizmu
czyli co nam po Unii


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Chyba przestanę słuchać radia - tak sobie postanowiłem kilka dzionków temu. Nie dość, że muzyka ciągle ta sama leci, aż się chce zwrócić obiadek drogą niekoniecznie do tego celu przewidzianą, to jeszcze te wiadomości co pół godziny (pies z kulawą nogą tego słucha), debilne reklamy, no i w dodatku teraz wymyślili sobie to odliczanie, pożal się Boże. "Jeszcze pięć godzin do ogłoszenia wyników Referendum... Jeszcze trzy godziny... Dwie... Jedna..." Byłem całkowicie pewien, że pod koniec wystrzelą fajerwerki. Ale nie wystrzeliły. Może dlatego, że mieszkam na takim zadupiu, gdzie nikogo nie stać na takie bajery?

Naiwność ludzka zdaje się nie mieć granic. Zjawisko zdumiewające, bo trzeba doprawdy być ślepym (albo niekumatym), żeby nie dostrzegać pewnych stałych prawideł, które rządzą życiem. Ot, taka Unia na przykład. W takie bajki, że jeden kraj chce bezinteresownie pomagać drugiemu, powinno się przestawać wierzyć gdzieś w okolicy lat dwunastu. Tymczasem kraj nadwiślański aż roi się od przerośniętych dzieciaków, którzy nadal święcie wierzą, że Unia da nam pieniądze i znowu będziemy potęgą.

Tak więc w moim przypadku unijne rozważania skończyłyby się zapewne na wyłączeniu radia i ewentualnym pokiwaniem głową nad wątpliwą światłością rodaków, gdyby nie art Dziadka Mroza z AM #39. Uznałem, że nadarzyła się niezła okazja, żeby nieco przygasić prounijne zapały co niektórych.

Na samym początku Dziadek Mróz stwierdza, że niezmiernie go śmieszy, kiedy do uszu jego docierają wzmianki o jakichś tam żądaniach Polaków odnośnie naszych Warunków Przystąpienia. No pewnie, że śmiechu warte. Jak oni w ogóle ośmielają się mieć żądania? Toż dobra Unia przychodzi do nas i podaje nam rękę, a my wyjeżdżamy z jakimiś negocjacjami? Czarna niewdzięczność! Dobrze się składa, że nasz Dziadzio (nie pod względem życiowego doświadczenia, bynajmniej) porównał nas do bezpańskich burków, którym rzuca się ochłap. Bardzo trafne, rzekłbym, porównanie. Faktycznie zachowujemy się jak psy, mało tej całej Unii do dupy nie wejdziemy, tak się przymilamy. Naprawdę bardzo trafne. Tylko jest jeden mały szkopuł, mianowicie kto jak kto, ale ja na przykład do bliższych pokrewieństw z czworonogami się nie przyznaję, i szczerze mówiąc wątpię, by ktokolwiek się przyznawał. Skoro kwestię samooceny Polaków mamy za sobą, to chyba nie trzeba już dokładniej tłumaczyć, czy powinniśmy się kłócić o te nieszczęsne Warunki.

Trzeba? No dobrze, ujmę to tak. W dawnych, dobrych czasach, gdy kończyła się jakaś wojenka (np. z przyczyn zasadniczych, czytaj: zabrakło chętnych, których można by szlachtować, roznosić na strzępy oraz nadziewać na piki), państwo, które miało tego farta, że akurat w tej właśnie chwili dzierżyło jeszcze jakieś niedobitki argumentów w postaci uzbrojonych po zęby wojów, przystępowało do omówienia warunków zawieszenia broni z tym drugim państwem. To drugie państwo, nazwijmy je pokonanym, z powodu bardziej lub mniej miażdżącej przewagi argumentów przeciwnika, z reguły akceptowało wszystko, co tylko uroiło się we łbach ciemiężycieli ludu z państwa pierwszego, które nazwiemy, z braku lepszego miana, zwycięskim.

Jaki wniosek wynika z tej skrótowej lekcji historii? Z pewnością mało chlubny dla naszego narodu, gdyż skoro nawet słówka nie pisnęliśmy, gdy omawiano owe Warunki Przyjęcia Na Łono Europy, to widocznie czujemy się pokonani. Dlatego też może nie ma się z czego śmiać, panie Mroźny.

Teraz przechodzimy bardziej lub mniej płynnie do tematu najchętniej (nie wiedzieć czemu) kojarzonego z naszym przyszłym Członkowstwem. Pieniądze. [Seria "ochów" i "achów" ze strony ludu pracującego.] Co niektórzy nasi rodacy mają niezwykle wyidealizowane spojrzenie na kwestię naszego "wuniowstąpienia". Przedstawia się ona, ich zdaniem, następująco: dobra Unia daje nam masę forsy i Polska jak za dotknięciem magicznej różdżki zmienia się w krainę mlekiem i miodem płynącą. Muszę trochę rozczarować tych marzycieli. Po pierwsze, na tym świecie nikt nigdy nikomu nie dawał nic za darmo. Za kilka czy kilkanaście lat okaże się, że wielka darowizna zamieniła się nagle tajemniczo w wielki dług, który oczywiście trzeba spłacić. Po drugie, nawet gdyby faktycznie PODAROWANO Polsce jakąś pokaźną sumkę, większość zostałaby natychmiast rozkradziona, a resztę wydano by na jakieś bzdurne cele, np. poszerzanie wiedzy o Unii wśród emerytów.

Kiedy człowiek słyszy to bezmyślne powtarzanie, że musimy koniecznie wejść do Unii, bo inaczej skąd niby weźmiemy pieniądze na wyjście z kryzysu, ręce, nogi i inne dostępne kończyny opadają. Gdyby tak ograniczyć liczbę samochodów służbowych, które przyznaje się u nas wszelkiej maści politykom i innej tego rodzaju hołocie (za pieniądze podatników), to problem dziury budżetowej zostałby spokojnie zażegnany. Gdyby zlikwidować tymże politykom wczasy na Hawajach (za pieniądze podatników), poradzilibyśmy sobie z kryzysem. Wreszcie, gdyby nasi spece od wesołych perspektyw, na przykład taki Dziadek Mróz, ruszyli zadki i wzięli się do roboty, zamiast zbijać bąki i marzyć o mannie z nieba, zapewne zostalibyśmy światowym mocarstwem gospodarczym. Bo i czemu by nie? Oczywiście robota jest męcząca, więc najlepiej zwalić winę na pół wieku komunizmu i czekać, aż ktoś poratuje upadającą Polskę gotówką.

Sprawa następna: rzekoma izolacja. "Zginiemy poza Unią" - przekonuje Dziadek Mróz. Z taką postawą zginiemy niechybnie, z tym się zgadzam. Nawet gdybyśmy byli do tego członkami Związku Państw Południowoafrykańskich. Bo tak już jest na tym świecie, że do przeżycia potrzebna jest zaradność, pracowitość i solidność, a kto zachowuje się jak ostatnia ciamajda i wiecznie oczekuje pomocy innych, niestety umiera sobie z głodu i niech ziemia lekką mu będzie. Gdyby naród polski wziął się w garść, to nie tylko nie zginąłby, ale jeszcze wykosiłby konkurencję z Unii - bo jak już mówiłem, nie ma najmniejszego powodu, żeby tak się nie stało. Jedyna prawdziwa przyczyna naszej słabości to brak wiary w siebie - najwygodniej jest mówić, że czerwoni zostawili naszą gospodarkę w gruzach, a Unia ma obowiązek nas z tego wyciągnąć. Ciekawe tylko, dlaczego niby Unii miałoby na tym zależeć.

Praca za granicą. To grzmi nieźle, przyznać trzeba. Irlandia potrzebuje informatyków - czad, jedziemy do Irlandii. Pielęgniarki pojadą sobie do Niemiec, zbieracze ślimaków - do Francji, ulicznice - do Holandii, profesorowie - do Wielkiej Brytanii. I jak się już wszyscy porozjeżdżają, Głowa Narodu w osobie Aleksandra K. przysiądzie sobie na schodkach pałacu prezydenckiego i zapłacze rzewnymi łzami, że resztka porządnych rodaków go opuściła, a zostali sami księża i urzędasy (bo Unia nie chce darmozjadów) oraz bezpański kundel bez jednej łapy. Gdyby nasze "Enter The Matrix", czyli wejście do Unii, miało nam zagwarantować pracę W KRAJU, byłoby całkiem nieźle, ale po co komu zarabiać na chleb setki kilometrów od domu? Ździebko niewygodne, co tu dużo gadać. Oczywiście zawsze można do tej pracy za granicą wyjechać na stałe, ale wtedy spełniłaby się ta moja chora groteska. Może zamiast wyjeżdżać, zróbmy nowy rozbiór Polski, tym razem na piętnaście części? Mniej paliwa zużyjemy, nie napełniając przy tym kieszeni nowemu monopoliście rynku naftowego.

Ostatnio modą na zapewnienie sobie lepszej przyszłości jest właśnie wyjazd za granicę. Mówią nam: "Tutaj nie ma życia, to popieprzony kraj, zmykajcie stąd jak najdalej". A ja nie chcę nigdzie wyjeżdżać. Gdyby było mi pisane żyć w Niemczech (dla przykładu), to bym się tam właśnie, kurka wodna, urodził. Ale jakoś wyszło, że się urodziłem tutaj. Nie twierdzę, że mnie przywiązali do tego skrawka lądu i nie mam prawa się stąd ruszać. Ale po prostu nie mam na to najmniejszej ochoty. Nie chcę mieszkać w Anglii, żeby codziennie rano wpieprzać na śniadanie bułeczki z dżemem, a o godzinie piątej pić coś, co nie wiedzieć czemu kojarzy im się z herbatą. Nie cieszy mnie perspektywa spędzęnia reszty marnego żywota wśród głupawego gęgania Francuzów, z jakiegoś tajemniczego powodu nie planuję też swojej śmierci na środku ulicy tylko dlatego, że jakieś świry urządziły sobie gonitwę byków (Hiszpania - nawiasem mówiąc, ojczyzna sado-maso, jeśli o te byki chodzi). Wolę sobie siedzieć spokojnie tutaj, w naszym pochrzanionym klimacie, uprawiać z kolegami ulubiony sport narodowy, mimo iż tak naprawdę to nie lubię alkoholu, drugi sport narodowy, czyli narzekanie, chociaż narzekania również nie znoszę, oraz trzeci sport, zwany lenistwem. Jakoś to wszystko zniosę, bądź co bądź - takie są realia mojej ojczyzny.

Bardzo dawno temu pewien publicysta, o którym uczą obecnie w szkołach (a może tylko za moich czasów uczyli?), porównał Polskę do tonącego okrętu. Od tego czasu okręt jakoś nie zatonął, mimo to wszyscy chcą spieprzać na inne okręty, bo te wydają im się jakieś lepsze. Nikt nie raczy zauważyć, że dziurę, przez którą nabieramy wody, można zatkać palcem, trzeba tylko nim kiwnąć. Oraz że jeśli wszyscy zgodnie się ewakuują na "lepsze" pływadła, to łajba z napisem "Polska" spocznie na dnie nawet gdyby dziura miała średnicę szpilki.

Dziadek Mróz obiecał pokazać nam, jakie denne są argumenty przeciw UE. Aż chce się przytoczyć cytat z pewnego fajnego filmu: "Aleś im pokazał, Tommy". Najpierw zostajemy uświadomieni, że limity produkcji nie są złe. No pewnie, że nie są, dopóki jednak sami je sobie narzucamy. Bo gdy jakiś przemądrzały dupek z Brukseli zacznie nam nasyłać kontrolerów z linijkami na nasze pola, to prawdopodobnie owi kontrolerzy orzekną, że pola są do dupy, w związku z czym Polska dostanie zakaz produkowania żarcia. W roli zastępcy wystąpi, dajmy na to Dania, ze swoimi dajmy na to modyfikowanymi genetycznie marchewkami. A wtedy nie tylko nie będziemy mieli marchewek spełniających unijne normy, ale też w ogóle nie będziemy mieli marchewek, które nadawałyby się do czegoś innego, niż wepchnięcie ich do czyjegoś odbytu.

Tłumacząc mój nieco zawiły sposób wyrażania myśli: uważam, iż wejście do Unii oznacza upadek naszego rolnictwa. Oczywiście, współcześnie rolnictwo to stoi na dość mizernym poziomie, w sumie to mamy jedynie garstkę warzyw niespełniających norm oraz blokady, ale po naszej akcesji zostaną nam już tylko blokady... Można na to powiedzieć, że gdy przestaniemy się liczyć jako państwo rolnicze, to staniemy się państwem przemysłowym, a to z kolei oznacza nowoczesność i potęgę. Ale figa, tak się nie stanie, bo również w sferę przemysłu wkraczają nasze nieocenione unijne normy, ponadto zakłady zapewne zostaną wykupione przez potentantów zza granicy, a oni z pewnością zadbają o to, by żaden większy grosz w nich zarobiony nie kapnął przypadkiem w polską kieszeń. Że niby Polacy dostaną pracę w takich zakładach? A pewnie, że dostaną, tyle że będą w nich harować jak niewolnicy, a zyskiem podzielą się nasi unijni "sojusznicy".

Wracając jeszcze do sprawy rolnictwa i genialnej rady Dziadka Mroza, ażeby rodacy produkowali rzadkie towary. Cóż, z pewnością nasi rolnicy mogliby spróbować np. uprawy kokosów, ale niestety, tak jakoś się nieszczęśliwie złożyło, że klimat mamy ku temu niesprzyjający, poza tym nikt tutaj nie wie, jak hodować kokosy, myślę, że o kupno sprzętu do takowej uprawy byłoby raczej trudno, no i wreszcie - czy człowiek, dla którego rolnictwo jest jedynym dochodem zainwestuje swój los w jakieś tam kokosy? Slogany o dopłatach do polskiego rolnictwa brzmią naprawdę pięknie, a jak ktoś się już da tym hasełkom ogłupić, to gotów w ogóle nie zauważać tego drobnego szczegółu o nazwie "realia".

Aha, omal nie zapomniałem o tym, że na lotniskach będziemy przechodzić przez bramki z napisem "UE Citizens". No cóż, chyba muszę się wreszcie poddać, bo tego argumentu za Unią nie da się kwestionować.

Tutaj zdawać by się mogło, że Dziadek Mróz arta swego zakończył, a Pewien Gość chciałby grać jeszcze. Ale ten drugi nie zamierza zapewne rozwodzić się nad takimi "argumentami przeciw UE", jak rzekomy zakaz pielęgnowania polskiej tradycji czy wiary. Bo ten pierwszy osobnik zapewne wymyślił owe "argumenty" tylko po to, by ośmieszyć przeciwników Unii, co mu się zresztą nie udało. Tak więc kończymy.

Zgodnie z moim zwyczajem, jeszcze trochę optymizmu na zakończenie. Jakiś tysiączek lat temu chodził już po świecie taki jeden, co chciał Europę zjednoczyć, cysorz jakowyś niemiecki czy coś w tym guście. Szczęściem nie wyszło mu, gdyż umarł sobie dość szybko, czego i dzisiejszym entuzjastom Unii życzę. Poza tym - miłego dnia :-).


Zdecydowanie Zły Zebr
(Pewien Gość)
zlosliwiec@pf.pl



PS. Słuchałem: jak psy sąsiada wyją na pohybel UE. A może to było tylko do księżyca?

PPS. Zebr to rodzaj męski od "zebra". Ale co to miało oznaczać, to już mnie nie pytajcie :-).