Miejsce odpoczynku i nauki
czyli nasz uroczy pokoik


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Dzisiaj odwiedzimy sobie... A figa, nie chce mi się tym razem nigdzie tyłka ruszać! Skoro jednak mam wam opisać kolejne zabawne miejsce, uczynię to. Ograniczę się jednak do tego, co widać z zasięgu mojego łóżka (którego nie mam zamiaru dzisiaj opuszczać - każdy ma prawo do odrobiny odpoczynku), czyli do mojego pokoju w akademiku. No, fakt, przez tą dziurę w ścianie wielkości piłki do kosza widać dużo więcej (pokój sąsiedni mianowicie, zamieszkiwany zresztą przez urocze dziewczyny), jednak szczegóły lepiej na razie przemilczmy, bo plotki dotyczące owej dziury dotrą do administracji i dostaniemy z kolegami eksmisję.

Pierwsza rzecz, z istnienia której zdajemy sobie sprawę tuż po przebudzeniu, to Czarna Skrzynka. W utopijnych założeniach projektantów pokoju miało to być chyba radio, jednak z moich obserwacji wynika, że Skrzynka służy raczej do tego, aby codziennie rano porządnie wyrżnąć w nią głową przy wstawaniu. Potrafię sobie wyobrazić całkiem sporo rzeczy przyjemniejszych, niż bezpośrednia konfrontacja z kantem Czarnej Skrzynki, jednak trudno zaprzeczyć, że lokalizacja tego wkurzającego przedmiotu posiada również kilka zalet. Ot, choćby to, że jest to świetny sposób na odegnanie resztek snu, oraz wymarzony pretekst do porannej gimnastyki (mam na myśli trenowanie wulgaryzmów, które każdemu szanującemu się Polakowi przydadzą się na pewno w nowo przywitanym dniu). Opracowałem nawet specjalny, krótki zestaw ćwiczeń dla języka, pozwólcie, że przytoczę najprostsze: "K***a mać, co za ch*j p********y wp******ł tu to w d**ę j****e czarne cholerstwo?".

Gwoli wyjaśnienia dodam, że radio jest w pokoju tylko jedno, i z trzech lokatorów akurat mnie przypadł zaszczyt zajmowania tego łóżka, nad którym wisi Skrzynka. Nie żebym się skarżył, posiadanie posłania na tej wysokości i pod radiem ma swoje dobre strony, o czym nie omieszkam wspomnieć później, póki co zaś powróćmy do opisu samego radia. Wiemy już, że jest czarne i cholernie wkurzające, ale nie powiedziałem, że jest w nim tylko jedna stacja. Ostatnio jest to RMF-FM (domagam się wynagrodzenia za niezasłużoną reklamę), wcześniej natomiast była "trójka" (chyba), która to stacja wyprowadziła mnie z równowagi, przerywając "A Winter's Tale" w połowie (a taka fajna solóweczka gitarowa była później...). Później zrobiło mi się trochę głupio, że się tak zdenerwowałem, bo jeden z moich współlokatorów omal nie stracił przez to życia, a ci z radia i tak wykazali się niebagatelną inwencją, jeśli z repertuaru Queen znali coś więcej, niż "Championsów" i "Bohemian Rhapsody". Tak czy inaczej, radio nie oferuje zbyt wielkiego wyboru, co na szczęście ma znaczenie raczej marginalne, gdyż korzysta się z tego wynalazku jedynie w przypadku braku prądu. Tak, tak, dobrze przeczytaliście, ustrojstwo działa nawet wtedy. Solidna, niezawodna, rosyjska robota. Oczywiście, przyczyny tego niezwykłego zjawiska to dla mnie czarna magia, jak przystało na studenta energetyki.

A więc na jakim to etapie rozpoczynania nowego dnia jesteśmy? Podnieśliśmy się, rąbnęliśmy łepetyną w radio, wyklęliśmy dokładnie pomysłodawcę zawieszenia radia tuż nad łóżkiem, następnie uciszyliśmy budzik, rzucając nim na oślep na drugi koniec lokalu (załóżmy, że nie trafiliśmy kolegi, żeby uniknąć niepotrzebnych komplikacji fabuły). Jakież następnie działanie podejmiemy? Otóż (biorąc pod uwagę, że godzina, na którą budzik został ustawiony, zazwyczaj wyprzedza o jakieś 12 godzin porę naszego normalnego wstawania), zapewne ciężko opadamy z powrotem na poduszkę. Jednak prędzej czy później oczy trzeba otworzyć i wówczas okazuje się nam drugi element naszego pięknego pokoiku, a dokładniej: sufit. W sumie trudno dopatrzeć się w suficie czegokolwiek ciekawego, no, może oprócz tych śladów butów. Skąd się tam wzięły, zaraza jedna wie, może ktoś zdolny opatentował nowy sposób chodzenia, a może wcześniej w tym pokoju mieszkali Australijczycy, w końcu tylu podejrzanych typów się kręci u nas na uczelni, połowa po ludzku nie umie gadać.

O wiele ciekawsze są ściany, na których oprócz śladów po butach (licznych, bo do zrobienia ich nie potrzeba już nadzwyczajnego talentu) zauważyć można również napisy - pamiątki po poprzednich lokatorach. Nad moim łóżkiem jest na przykład taka złota myśl: "Trzeba sobie w życiu radzić, powiedział Szary i zawiązał buta dżdżownicą". Dobrze, że nie miałem zaszczytu poznać tych poprzednich lokatorów. Chociaż obecni niewątpliwie im dorównują... Wszystkie ściany prawdopodobnie były kiedyś białe, ale jak nietrudno się domyślić, nie jest to najtrafniejszy kolor dla wnętrz akademika. I to wcale nie dlatego, że większość mieszkańców słucha psychodeliczno-satanistycznych zespołów i woli inne barwy. Po prostu na ciemniejszych ścianach nie da się robić napisów i śladów. A tak - mamy białe ściany w beżowe ciapki. Owe ciapki to świadectwo licznych, krwawych bitew na ziemniaki. Wiem już, jakie nasuwa się wam rozwiązanie sekretu wielkiej dziury w ścianie, ale nie, nie uczynił jej wyjątkowo okazały ziemniak. Była kiedyś w pokoju większa impreza z wykorzystaniem napojów wysokoprocentowych, następnego zaś dnia dziura po prostu była. Po wnikliwym śledztwie wyszło na jaw, iż średnica otworu odpowiada dokładnie czaszce jednego z imprezujących, ale okoliczności powstania dziury pozostały owiane tajemnicą, rzekłbym nawet: legendą. Może i dobrze. Przy okazji wiecie już, dlaczego lepiej jest mieć łóżko na górze.

Lekkie uszkodzenie ściany nie jest jedyną szkodą, wyrządzoną w naszym ślicznym pokoiku. Brakuje również jednego klosza. Czemu do cholery nikt nie chce uwierzyć, że strącił go wiatr? Przecież bardzo się staramy przeprowadzać nasze ziemniaczane batalie po cichu, żeby nikt o nich się nie dowiedział... Jedyna możliwość, jaka mi się w tej chwili nasuwa, to pionowy wymiar jednego z moich współlokatorów, który faktycznie może budzić pewne podejrzenia w zestawieniu z tym nieszczęsnym kloszem. I faktycznie, mój przerośnięty kolega nieraz już zawalił łbem w żyrandol, jednak nie on ponosi winę za uszczuplenie inwentarza naszego pokoju, tylko zwykły przeciąg (ba, to był huragan...). Niestety, jak już wspomniałem, nikt nie jest skory wierzyć w to wytłumaczenie. Zresztą nieważne, klosz zawsze można sobie "pożyczyć" od sąsiadów.

Naszą niewinność w sprawie klosza na pewno byłoby dużo łatwiej udowodnić, gdyby w pokoju było jakieś okno. Istnienie czegoś takiego podejrzewaliśmy już od dawna, ale jakoś trudno było w to uwierzyć, patrząc na wszystkie cztery ściany, jedna brudniejsza od drugiej. A szkoda, bo w sumie fajnie by było mieć jakieś okno. Okno bardzo pożytecznym wynalazkiem jest. Można przez nie obserwować okolicę (jest tu niedaleko duża ulica, sporo ciekawych wypadków samochodowych się tam zdarza), można zrzucać na ludzi różne rzeczy, można wreszcie przez okno wyskakiwać w celu oszczędzenia sobie kłopotów z tak zwanym dźwigiem osobowym (pozdrawiam Cię, groźna panno w glanach, bojąca się wind ;-) ). To oczywiście tylko jeśli ktoś lubi skakać z dziewiątego piętra. Inna sprawa, że czasami decyzja o sposobie opuszczenia budynku ma charakter tendencyjny - na naszej windzie jest taki napis - "Życzymy miłego lotu!".

Okno może służyć również celom edukacyjno-przyrodniczym, a konkretnie obserwacjom, jak głupie i denerwujące potrafią być lokalne ptaszydła. Człowiek chciałby być miły i dzieli się z nimi ostatnim okruchem chleba (no, może trochę przesadziłem), a te cholery wszystko zrzucają na dół. Czarna niewdzięczność. Kto by pomyślał, że gołębie to takie prostaki? Jakby było mało, zrzucają również to, czego im się nie daje, ostatnio na przykład była to butelka piwa. Dlatego też wszelkie okoliczne latadła mają u mnie teraz poważnie przechlapane. Jeśli spotkacie kiedyś gdzieś brutalnie okaleczone ptasie zwłoki, to nie mówcie mi nic o maltretowaniu zwierząt, dobrze?

Tak się rozpisałem o skrzydlatych pokrakach, że omal nie zapomniałem o jeszcze jednej niezwykle istotnej funkcji okien, mianowicie można przez nie kontemplować zachody słońca. Niestety, większość z mieszkańców posiadających zachodnie okna nie docenia wspaniałej możliwości widokowej i zamiast zachodzącego słoneczka ogląda mecze w TV albo gołe laski w internecie. Co za nieokrzesane prymitywy, zero zmysłu artystycznego! Tymczasem przyznacie, że nie ma na świecie bardziej wzruszającego widoku, niż McDonald's na tle zachodu słońca. No, chyba że żałosne zgliszcza McDonaldsa na tle zachodzącego słońca (i możliwość powiedzenia sobie, że teraz słoneczko będzie powodowało raka skóry u Amerykanów, hehe).

Ależ się rozmarzyłem z tymi oknami, na śmierć bym zapomniał o podłodze. W aktualnym stanie ta niezwykle istotna część standardowego wyposażenia większości mieszkań spełnia z powodzeniem funkcję lepu na muchy, złodziei i akwizytorów. To tłumaczy, dlaczego nigdy jej nie myjemy - nawet nie myślcie, że przez lenistwo, które rzecz jasna budzi w nas odrazę. Naturalnie, tak pomysłowe rozwiązanie pociąga za sobą pewne nieuchronne konsekwencje, jak na przykład daleko idące utrudnienia w poruszaniu się po pokoju. Jednak dla studenta nie ma nic trudnego. Opracowany został specjalny, niskobudżetowy system komunikacji międzyłóżkowej, polegający z grubsza na wykorzystaniu przestrzeni powietrznej pokoju zamiast podłogi. Innymi słowy, skaczemy po wszelkich dostępnych sprzętach. Co prawda niektórzy na widok tych akrobacji sugerowali nam, że cofamy się w ewolucji, jednak kto by sobie zawracał głowę takimi bezmyślnymi insynuacjami. Zazdroszczą nam kreatywności, ot co.

Zapytani o najważniejszy sprzęt w pokoju, zapewne palnęlibyście coś głupiego. Jedynie wtajemniczeni niewiele by się rozminęli z prawdą, napomykając coś o łóżku, względnie telewizorze. Ale tak naprawdę życie studenckie toczy się wokół lodówki, no bo jak wiadomo, zbyt długie poszczenie może spowodować zgon, a to z kolei sytuacja mało sprzyjająca skutecznej nauce. Uwzględniając to, co zostało powiedziane w poprzednim akapicie, jeśli nie ma się akurat ochoty pozostać na wieki wieków przyklejonym do podłogi, dobranie się do zasobów lodówki jest czynem zaiste heroicznym. Istnieje wiele koncepcji rozwiązania tego niebagatelnego problemu, a każda z nich zrodziła się w nagłej potrzebie zapełnienia brzuszyska. Najprostszym (mówiąc językiem doktorów nauk ścisłych: trywialnym) sposobem otwarcia wrót lodówy jest wskoczenie na ów obiekt z dowolnie wybranego punktu n.p.l. (nad poziomem lepu). Niestety, ta droga odpadła mniej więcej po dwóch dniach intensywnego procesu mieszkania w pokoju - teraz wierzch lodówki pełni rolę magazynu brudnych naczyń, zaś przygotowanie sobie posiłku wymaga metod znacznie bardziej wyrafinowanych.

Mówi się, że potrzeba jest matką wynalazku. Tak też jest w istocie - kulisy opracowania planu o kryptonimie "Tarzan" to po prostu nadmierne wydzielanie się kwasu żołądkowego, a mówiąc prościej: byliśmy już naprawdę cholernie głodni. Ktoś wysunął pomysł, żeby po prostu umyć naczynia stojące na lodówce, a następnie skorzystać ze sprawdzonego sposobu ze skokiem. Ów szalony pomysł został oczywiście wyśmiany, bynajmniej nie dlatego, żeby ktokolwiek z nas nie kochał zmywania naczyń, my tylko obawialiśmy się, czy ten skok jest aby na pewno bezpieczny (czasami się nie udawał, czego konsekwencje odczuwamy do dziś). W trosce o nasze zdrowie (fizyczne, bo psychiczne jest już sprawą przegraną, jak powiedział nam kiedyś jeden ze znajomych - co za złośliwiec) stworzyliśmy wspomniany Plan. Może się on wydawać kaskaderskim zgoła wyczynem, dość spektakularnym w dodatku, bowiem jego istotą jest wykonanie bezbłędnego salta z powierzchni któregoś łóżka, zawieszenie się nogami na żyrandolu, przebycie na tymże żyrandolu dystansu, dzielącego łóżko od lodówki, wreszcie dosięgnięcie upragnionych drzwiczek lodówki. Jednak to naprawdę niezła alternatywa dla mycia naczyń, możecie mi wierzyć.

Pierwsze tygodnie stosowania w praktyce planu "Tarzan" udowadniały niezbicie, iż jest to metoda bez wad, choć ten bardziej wydłużony z moich współlokatorów trochę narzekał, że jeśli nogami zaczepi o żyrandol, to szoruje głową po podłodze (do dziś można podziwiać imponujące koleiny, ciągnące się od jego łoża aż po lodówkę). W każdym razie problem pożywienia został pomyślnie rozwiązany, przynajmiej do czasu, aż żyrandol odmówi współpracy i lep na podłodze powiększy grono swych ofiar.

Ponoć nie każdy pokój ma pod łóżkami magazyn kurzu. Wiemy to, ponieważ raz na jakiś czas odbywają się piętro wyżej zawody w jeździe na szufladach - są to takie specjalne szuflady na kółkach, dosyć ciężkie i diabelnie hałaśliwe. Umieszczone są pod łóżkami właśnie, a przeznaczeniem ich jest zapewne składowanie bielizny, co dużo łatwiej byłoby udowodnić, gdybyśmy owe szuflady potrafili w tym syfie znaleźć. Niestety, nie udało się to dotąd, zaś koledzy z wyższego piętra znaleźli dla szuflad nowe zastosowanie, jak się już rzekło. Odgłosy wyścigów docierają nawet do najniższych pięter, a cóż dopiero do nas. Sądząc po wyglądzie korytarza na górze, szuflady nie są zbyt sterowne i wykazują tendencję do rozbijania się na ścianach. Większość jednak wraków odnajdywana jest na niższych piętrach, co świadczy z kolei o tym, iż punktem kluminacyjnym wyścigów bywa zjazd po schodach. Znając budowę tych schodów, efekt nietrudno przewidzieć. Tajemnicą pozostaje, dlaczego ludzie tak schludni, by aż w ich pokojach dało się znaleźć szuflady, byli jednocześnie tak lekkomyślni, by wykorzystywać znaleziska do takich celów. Jedyna logiczna konkluzja brzmi: żyjąc w porządku narażasz zdrowie swojego mózgu.

No i na koniec jedno z najważniejszych urządzeń w pokoju: elektroniczny odświeżacz powietrza. Jak już być może wspomniałem, jesteśmy ludźmi bardzo porządkowymi, lubiącymi czystość i ładny zapach, dlatego nie wytrzymalibyśmy ani chwili w niewywietrzonym pomieszczeniu. Dlatego kiedy już w powietrzu naszego pokoiku można nie tylko zawiesić siekierę, ale w dodatku dźwięki chrapania przestają dochodzić z jednego kąta do drugiego, wówczas nie na żarty zaniepokojeni sięgamy po elektroniczny odświeżacz, czyli Komórkę. Z dużej litery, żeby oddać należytą cześć temu urządzeniu, któremu zawdzięczamy życie. Sięgamy więc, wysyłamy esemesa do któregoś z mniej rozgarniętych kolegów, ten niezwłocznie (czyli za dwie godziny) przybywa z odsieczą i od momentu otworzenia przez niego drzwi do chwili, gdy z całym niesmakiem je zatrzaśnie mamy jakieś pół sekundy, aby rozkoszować się czystym powietrzem z zewnątrz pokoju.

I tak sobie powoli a radośnie upływa życie akademickie. Zaprawdę powiadam wam: jeśli mieszkacie (jeszcze lub już) w całkowicie własnym domu, to jesteście szczęściarzami. Nie narzekajcie na hałaśliwego sąsiada, bo prawdopodobnie to i tak nic w porównaniu do mieszkania w bezpośredniej bliskości dwóch zapalonych miłośnikow trash metalu, którzy nie uznają głośników mniejszych, niż metr na metr. Nie narzekajcie na brud i bałagan, bo tak naprawdę nie wiecie, co to jest. Nie narzekajcie, że musicie dzielić pokój z młodszym bratem, bo jego w razie czego zawsze można sterroryzować, w przeciwieństwie do dwóch czy trzech niebezpiecznych psychopatów, którzy zamieszkają z tobą w akademiku. Macie u siebie prawdziwy luksus. Ale nudno się wam mieszka :-).


Kompletnie Postrzelony Lokator
(Pewien Gość)
zlosliwiec@pf.pl