W codziennym biegu zapominamy o sobie i tym, kim jesteśmy. Dopiero podczas jedynych chwil wytchnienia,
gdy na krótko przystajemy przed lustrem, dowiadujemy się, jak bardzo różnimy się od tego, czym zdawało się nam, że byliśmy.
Oczy są zwierciadłem duszy – lustro pozwala nam obejrzeć jej głębię, czasem przerażającą i zniekształconą, ale też piękną... bywa, że chorą.
Nie bójmy się patrzeć w siebie...

 
 
 
 

Pęknięta tafla duszy


Lustro nie powie mi nic. Patrzy na mnie moimi własnymi oczami, które co kilka sekund odwraca. I tylko milczy. Staram się uchwycić jego wzrok, by przynajmniej przez chwilę móc poczytać w jego myślach,
ono jednak pokazuje tylko dziwny grymas na mojej własnej twarzy i opuszcza głowę. Nie rozumiem dlaczego wciąż tkwi naprzeciwko mnie. Gdyby przynajmniej raz powiedziało choć jedno słowo, zdradziło przynajmniej fragment swoich myśli. Niechby przynajmniej przez chwilę pozwoliło odczytać w swoich myślach pogardę, która tkwi skryta gdzieś tam głęboko w mojej własnej głowie. Nic nie rozumiejący przedmiot. Bezmyślny. Głupi. Beznadziejnie prosty i zadufany w sobie. Nigdy nie zrozumie, jak ważne jest dla człowieka, by mógł spojrzeć w swoje własne oczy. Próżno wierzyć, że kiedykolwiek podniesie głowę i pozwoli choćby przez chwilę odczytać w moich oczach, że nic się nie zmieniło i pozostało jak dawniej.
Dlaczego człowiek aż tak bardzo pragnie potwierdzenia własnego człowieczeństwa? Z powodu pychy,
czy też wrodzonej głupoty... Oddajesz mi siebie każdego dnia: rano - gdy wychodząc do pracy spiesznie spoglądasz na równo zawiązany krawat. Stoisz wtedy pewny siebie i wyprostowany - sztuczny i nieczuły; wieczorem - gdy chwile zamyślenia sprawiają, iż najbardziej ukryte zakątki twej świadomości spływają ci po policzkach... a moje zimne tafle zlizują je łapczywie i zachłannie... Para wodna - ta odrobina ciepła przypominająca mi, że wciąż żyjesz. Wściekasz się, gdy nie odpowiadam, a mimo to jestem twym najwierniejszym spowiednikiem... i najwygodniejszym zarazem, bo przecież doskonale wiesz, że nigdy nie skrytykuję twojego postępowania... Sam tego dokonasz, prędzej czy później.
Wodząc wzrokiem po ceramicznie białym zlewie zastanawiam się, czy kiedykolwiek zdarzyłoby się coś, gdybym pozostał bierny. Pozwoliłem sobie na luksus bezmyślności. Ogarnął mnie słomiany zapał.
Do stracenia nie było nic. Można było tylko zyskać. Zysk był ogromny.
Rozsądek milczał, milczał umysł, a moja własna twarz uśmiechała się radośnie, gdy wieczorem stałem przed lustrem.
Nic tak bardzo nie utrwala człowieka w przekonaniu, że pozory jednak mylą, jak odwiedziny w gabinecie luster. Krzywe zwierciadło uświadamia wpatrzonemu w nie obserwatorowi, jak łatwo jest nagiąć rzeczywistość i zmienić znaczenie słowa "prawda". Ja też jestem twoim kłamliwym lusterkiem... Alicją, która zza szklanej kurtyny podszeptuje ci to, co masz robić. Doradzam ci, ale o życiu w realnym świecie nie mam najmniejszego pojęcia. Odbijam prawdę i odwracam ją tak, by nadal była prawdziwa, a jednak stawała się zakłamana. A ty bezwiednie wsłuchujesz się we mnie... we własne zdradliwe sumienie.
Uśmiechałem się do siebie najbardziej szelmowskim uśmiechem, na jaki tylko było mnie stać. Jesteś wielki chłopie. Dokonałeś cudu, sprawiłeś, że niemożliwe ziściło się nadspodziewanie szybko i nieprzewidywalnie prawdziwie. Reszta będzie łatwa.
Gdyby tak było, być może nie stałbym teraz tutaj i nie patrzył, jak z niedokręconego kranu powoli skapują krople wody. Jedna po drugiej, raz za razem. Jak łzy po straconym przyjacielu, jak krew z rozciętych żył. Kropla za kroplą, jak uderzenia słabnącego serca, coraz wolniej, coraz słabiej.
Gdy nie pozostanie już nic, gdy nie będzie miało już co płynąć, gdy wyschnie źródło...
Źródło już wyschło, dlatego tu stoję. Wciąż niezdecydowany, może trochę nieświadomy. Nie potrafię się ruszyć, sam odwracam od siebie wzrok nie chcąc widzieć tego, co może kryć się w moich oczach.
Nie myśleć jest najlepszym wyjściem. Znowu luksus. Czy stałoby się cokolwiek, gdybym nie pozwolił sobie
na ten luksus? Czy stałbym tu, pełen wątpliwości i patrzył jak kropla po kropli wysycha źródło?
Lustereczko, powiedz przecie...
Nie, nie mów nic, milcz. Po prostu milcz, nawet nie patrz na mnie. Nie waż się patrzeć na mnie moimi własnymi oczami. Nie śmiej nawet się odezwać, milcz. To nie ten grymas, nie tym razem, lustereczko. To nie jest twarz zwycięzcy. W tych oczach nie ma triumfu. Nie ma w nich radości i ty dobrze o tym wiesz. Dlatego właśnie nie chcesz mi ich pokazać, domyśliłem się. Nie chcesz pokazać mi tych myśli, jesteś egoistą. Perfidnym, zakłamanym egoistą.
Powiedziałeś raz: Uda się, jesteś na dobrej drodze i wszystko przed tobą.
Alicja uśmiecha się szyderczo i chłodno... dotykając dłonią do swojej strony kryształowej kotary, miażdży jednocześnie twe najskrytsze marzenia. Nie powstrzymasz jej, bo ona jest we mnie, a ja w tobie.
Jesteś bardzo enigmatyczny mój przyjacielu. Bardzo, ale to bardzo nieprzewidywalny, tajemniczy.
Nie pozwoliłbyś, abym już na początku drogi poznał jej koniec. Nie chciałbyś, bym dojrzał to we własnych oczach. Dlatego mnie zwiodłeś, lustereczko, przyjacielu, mój słuchaczu i rozmówco. Jak wiele słyszałeś moich słów? Jak wiele z nich wyśmiałeś? Nie jestem kroplą wody, milczącą dopóki nie uderzy o twardą powierzchnię zlewu. Ja myślę, ubieram swoje myśli w słowa i pozwalam byś je słyszał... patrząc na mnie moimi oczami...
Kimże jestem, jeśli nie tobą i sobą zarazem? Będąc lustrem nie rozróżniam uczuć drzemiących na dnie zlewu, który nazywasz życiem. Nie potrafię tego, co umiem będąc tobą... Patrzę ci w twarz własnymi oczyma, które jednak należą wyłącznie do ciebie. Obserwuję świat z jego drugiej strony... zniekształcony, piękny i chory... niczym przez denko od słoika. Jedyną rzeczą, której jestem całkowicie pewien, to ta para skraplająca się wolno na mojej tafli... pojawiająca się wtedy, gdy cicho szepczesz mi swe problemy, przykładając usta do mego martwego oblicza. Boję się, że kiedyś rozbijesz mnie na miliony drobnych części, zlew naprawdę napełni się krwią... a potem ktoś wyciągnie kurek.
Mój przyjacielu, milczący przyjacielu... jedyny i najprawdziwszy. Ty jeden pozostaniesz tutaj, gdy wszyscy odejdą, zawsze gotów, by mnie wysłuchać - nawet, jeśli odwracasz twarz nie pozwalając mi spojrzeć sobie
w oczy. Być może wiesz, że mam ich już dość. Nic się nie zmieniło, wiemy o tym - ty i ja. W tych oczach nie ma triumfu, ani radości, też to widzisz. Dlatego nie chcesz, bym w nie patrzył. Nie ma w nich również pogardy, nie patrz jednak na mnie, nie chcę.
Widziałem już dość.
Nie musisz się bać, bo nie ty odejdziesz, ja jednak będę musiał... kiedyś. Czasami myślę, gdy patrzę na twoją zmęczoną twarz, że będzie mi cię brakowało. Być może i tobie zabraknie kiedyś mnie, oczu którymi mogłeś oglądać ten świat... zniekształcony, piękny i chory...
Ty jednak przetrwasz, mój milczący przyjacielu. Nawet, jeśli twoja tafla zostanie rozbita na milion drobnych części, ty pozostaniesz sobą, wciąż będziesz patrzeć na świat moimi oczami, gdy tylko podniosę do twarzy jedną z nich.
Ludzie mówią, że rozbite lustro zwiastuje siedem lat wypełnionych nieszczęściem... Czymże jest siedem lat, wobec całej wieczności, której drugie imię brzmi: cierpienie? Nie ma na to lekarstwa... lecz... gdyby tak odłamek mej stłuczonej tafli powędrował żyłą wprost do twego zmęczonego serca?


                                                                                                       Vene & Eddie