Kokotek 3 - Ostatnie Starcie
Na początek sprostowanie (wiem, że to nie ważne, ale Klamka się burzy o to więc napiszę). W części drugiej zapomniałem opisać najlepszy moment. Jeszcze przed wyjściem do stadniny słuchaliśmy sobie Maidena (Ja, Alek i Klamka). Misia to strasznie wkurzało, więc zaczął narzekać (on często narzeka). Zaczęło się standardowo od "No Aaleeeeek! Aleeeeeek włączcie teraz coś innego, a nie tylko to co wy lubicie! Teraz techno! Albo Rammstein! Po co ja brałem tego Rammsteina?? Aleeeeeek, no nie cham się!". No więc włączyliśmy, ale jakoś nikogo to nie zainteresowało, zwłaszcza Misia, który obraził się już na amen (czyli tak jak moja babcia - nie odzywał się ani słowem, ale mówił, że nie jest obrażony:). Potem poszliśmy gdzieś połazić (cała ekipa z keampingu). Misio miał klucze cały czas przy sobie (myślał, że ma nad nami kontrolę:). Kiedy wracaliśmy Toszekbar (Pawcio) i Michał udawali, że się nigdzie nie spieszą i szli najwolniej jak się dało. Kiedy zbliżyliśmy się do naszego obozu dwaj obrażalscy postanowili gdzieś zboczyć (nie kojarzyć ze zboczeńcem, chociaż cholera wie co Toszekbarowi przyjdzie do głowy:), mając nadzieję, że będziemy się wlec wszędzie tam gdzie chcą. No way!:) Nie z nami te numery, kiedy mamy gen. Klamkę w teamie! Nasz geniusz wpadł na pomysł wejścia do keampingu przez boczne okno tak żeby nikt nas nie widział. Zadanie było trudniejsze niż przewidywaliśmy, ale te okna były tak stare, że dość szybko nam ustąpiły. Zasunęliśmy zasłony i kucnęliśmy pod oknami. Alek czekał pod drzwiami i trzymał zamek (nie ma szans żeby go otworzyć). Wiecie chyba jak w takich sytuacjach trudno zachować powagę (trudniej niż podczas mówienia durnego wiersza o kotku przed całą szkołą:). Ci słabsi już tarzali się ze śmiechu na podłodze. Co jakiś czas spoglądaliśmy przez zasłony czy już idą nasze cwane ofiary. Przyszli. Myślałem, że zemdleję ze śmiechu. Misio otwierał, Alek zamykał. Potem spróbował Pawcio. Jak się zdziwił... Potem słyszeliśmy krótkie "No Aleeeek!". Niewiele brakowało a Kudełak by otworzył. W końcu jednak ustąpiliśmy. Trzeba było od razu powiedzieć seza... budo otwórz się! Kurde jakie było gadanie. Misio obraził się do tego stopnia, że przeprowadził się do keampingu innych chłopaków. Ja się w sumie cieszyłem, bo miałem wolne łóżko na górze i nie bałem się, że w nocy zwali się na mnie gruby tyłek Toszekbara:)))
I to by było na
tyle sprostowania, myślę, że już nic takiego nie pominąłem, a pan Generał Klamka
będzie usatysfakcjonowany.
Trzeci i ostatni dzień wycieczki rozpoczął się dla nas około 7:30, czyli jednak
odczuliśmy potrzebę odespania zeszłej nocy. Jazda zaczęła się już podczas wstawania
(z nowego, cholernie wysokiego łóżka bez żadnej drabinki). Otóż, żeby zejść
z tego łóżka musiałem się podeprzeć dość przerażająco rozklekotanej szafy, w
której trzymaliśmy wszystkie nasze rzeczy. I jak wam się wydaje, co się stało?
Po kolei: usiadłem na krawędzi łóżka; złapałem się szafy; ustawiłem nogi na
taborecie; trzymając się szafy zszedłem na taboret i na podłogę; kiedy się obróciłem
zauważyłem, że szafa idzie ze mną. Było za późno bo właściwie wszystko leżało
już na podłodze (łącznie z półkami). Trzymana przeze mnie szafa (5cm nad ziemią)
miała teraz kształt rombu. Całkiem szybko opanowaliśmy sytuację oklejając szafę
taśmą (inaczej się wyginała, usztywniliśmy ją jeszcze patykami, ale chyba nikt
tego nie zauważy). Okazało się, że najbardziej ucierpiało pudełko z kasety Skid
Row pożyczonej od naszych nowych koleżanek. Musiałem wyczarować nowe... (thanks
Magda:).
Poszliśmy się umyć po drodze zahaczając o keampingi naszej klasy. Misio już
nie był obrażony, a Krzysiek powiedział mi w tajemnicy, że Misio spał pod drzwiami
naszej budki, bo nie mógł oswoić się z nowym otoczeniem. Odważyliśmy się z Pawłem
wziąć prysznic (nie razem! Zboczeńcy!) w myntnej wodzie (myntna woda to Kokocki
Obiekt Kultu). Było ostro! Myntna woda miała temperaturę gdzieś tak z 2 stopnie!
Teraz już wiem co znaczy zażyć 10kg amfetaminy na raz :))))).
Wracamy do keampingu, patrzymy, a tam dresiarz! Prawdziwy dresiarz w dresie adasia, szaliku Polonii Bytom i żółto niebieskich adidaskach (odbijających światło, a jakże). Wymieniamy z Kudełką spojrzenia. On też był nieco zmieszany. A dres sobie po prostu przyszedł zaparzyć herbatkę, do czego niezbędny mu był nasz czajnik. Zachowywał się bardzo kulturalnie i grzecznie spytał nawet "Czy to chujstwo dugo sie bedzie gotować?!?". W keampingu panowała teraz dość nerwowa atmosfera bo wszędzie walały się jakieś urządzonka przykłuwające uwagę naszego nowego kolegi, pytał się nawet o PINy naszych komórek. Staraliśmy się zmienić temat na jakiś pogodniejszy... Ktośtam wspomniał o ostatnich zwycięstwach Polonii, okazało się jednak, że ta wspaniała drużyna nie wygrała meczu od "dość" dawna, ale uratowaliśmy nasze tyłki (i komórczaki:) mówiąc, że najważniejszy jest honor i nienawiść! TAK!:). Na szczęście po 15 minutach woda się zagotowała... Kolega pożegnał się grzecznie mówiąc, że "jak ten pojebany czajnik nie będzie szybszy to nam go zajebie!":).
Poranne spotkanie z bestiami nie było tak straszne jak 24h wczesniej. Była tylko dyskusja na temat tego co będziemy robić rankiem. Tomahawk natychmiast powiedziała, że lepiej teraz się spakować, potem pójdziemy na spacerek (do baru, a jakże, w kokotku wszystko kupuje się w barze:). Tym razem nie pakowaliśmy wszystkiego, a pozostałości (szafa i keamping) postanowiliśmy spalić przed wyjazdem, żeby nie pozostawić śladów (chociaż ci z archiwum x i tak zawsze coś znajdą). Ja nie wiedziałem, że mam takiego talenta i z małej, prawie pustej torby potrafię uczynić wypchaną piłkę plażową! Kiedy już wszystko było pochowane przyszły dziewczyny i powiedziały, że nasza klasa ma się zebrać pod ich keampingiem i że nie musimy się jeszcze wyprowadzać z budek. Wkurzyłem się jak nie wiem co, bo drzwi spakowałem na samo dno i teraz będę je musiał wyciągać i montować spowrotem żeby nam nic nie ukradli.
Michokalska była w wyśmienitym humorku, cieszyła się, że to już koniec piekła (tak nam powiedziała, nie wiem o co chodziło:). Kolejny spacerek i kolejny dylemat: iść do baru po prawej czy po lewej? Bo jak się okazało w Kokotku są aż dwa wspaniałe bary! Zdecydowaliśmy się na ten lewy, bo miał więcej miejsc siedzących. Po drodze przekraczaliśmy krystalicznie czysty strumień (tak pisało w ulotce, którą dostaliśmy przed wycieczką), który był najprawdopodobniej źródłem myntnej wody. Mijaliśmy też inny ośrodek, w którym opalało się kilka ba... starszych pań. Alek zemdlał na ich widok, a kilka kochających przyrodę osób złapało jedną z pań o wrzuciło ją do strumienia krzycząc, że wieloryby zdechną bez wody:). Po dziesięciu minutkach emocjonującej drogi dotarlismy do baru.
Wybraliśmy oczywiście miejsca na zewnątrz, ale to raczej dlatego, że miejsc wewnątrz nie było. Zanim posłańcy wrócili z jakimś piciem obserwowaliśmy dwóch Kokoczan pijących takie fajne fioletowe drinki (butelka miała taką bajerancką czachę na etykietce, zna to ktoś?:). Popily my, posiedziely my i poszedly do oboza. Otrzymaliśmy informację, że za dwie godzinki mamy być spakowani i wyprowadzeni z keampingów. Tym razem wszystko pochowaliśmy juz na amen, ale drzwi nie dawałem już na dno. Wcześniej w barze kupiliśmy butelkę fioletowego trunku bo pisało, że to łatwo palne jest. Calutki domek polaliśmy podpałką, zostawiając jednak trochę do degustacji (jesteśmy w takim wieku, że chcemy się rozwijać, poznawać świat, dokonywać odkryć, taak!). Od środka keamping wypchaliśmy papierem (dobrze, że CDA ma tyle stronek:). Paweł podpalał. Szybko poszło, duuże bum, potem chwilę płonęło i po pół godzinie już tylko popiół wskazywał na naszą obecność w Kotkuktokokoktu. Ja i Alek poszliśmy po łopatę (do popiołu) do kierownika ośrodka. Tylko się głupkowato zaśmiał jak powiedzieliśmy po co nam ona. Ale się zdziwi.
Bagaże przenieśliśmy do dzielnicy z willami (tam gdzie trzymano bestie pedagogiczne). Teraz mogliśmy tylko czekać na nasz środek transportu, który jak się okazało przywiózł ze sobą nową partię nieszczęśników. Kiedy wszyscy wysiedli kierownik OK nr1 (Ośrodka Kokockiego nUMEr 1) kazał im się ustawić w rzędzie. Podzielił ich dokładnie tak jak nas: nuczyciele i kujony na lewo, do niezłego obozu (czyli do willi), a zwykli uczniowie, dresy i inne żule na prawo czyli do złego obozu ukrytego za krzakami. Oni mieli wszystko przed sobą, a my mieliśmy wszystko za sobą. Szybkie i agresywne pakowanie bagaży i siebie do autobusu i ruszamy. Do zobaczenia Kokotku. No i skończył się. Ja byłem nieprzytomny już w autobusie, w domu to się tylko położyłem i odleciałem z myślą o tym, że jutro mam zdawać z fizyki (na 4, zdałem:).
PS. Sorki, że takie krótkie, ale tam się już nic ciekawego nie działo, zresztą wiecie jak to jest na wycieczkach w ostatnim dniu.
PS2. Wszystkie użyte tu nazwiska zostały umyślnie poprzekręcane :)
PS3. Nie chciałem obrazić żadnego nauczyciela, a w szczególności pani Michokalskiej (domyślcie się o co chodzi:)
PS4. COMING UP! ZWEILOGIA (o przepraszam DWULOGIA!) MIĘDZYBRODZKO ŻYWIECKA. Ci co byli już wiedzą co się szykuje:).
PS5. Na serio nie chciałem nikogo obrażać, a jak ktoś tego nie rozumie to jest pieprzonym sztywniakiem i może mnie pocałować w d*****!! ::))))::)).
PS6. Dziękuję za uwagę i życzę dobrej nocy (bo za dnia nikt nie ma czasu na czytanie głupot, nie?).
PS7. Kurde podoba mi się! następny text będzie się składał z samych peesów! :)