WYĆ
Myślałem, że chcę tego. Ale myślałem źle. Tyle już tego jest, że nie wiem, czy wytrzymam dłużej. Ja już tego nie chcę, teraz tego potrzebuję. Pewnego dnia przyjdzie samo. Może dziś, może jutro, może za rok. Ale przyjdzie. Musi. Ja muszę...
Wyć.
Stanąć pośród niczego nie spodziewających się ludzi. Nabrać powietrza w płuca. I zawyć.
Zebrać w sobie to wszystko i wyrzucić. Cały skrywany gniew, nienawiść, wściekłość, smutek, rozczarowania, żal. Wszystkie tłumione wewnątrz negatywne uczucia zebrać i wyrzucić poza siebie. Niech nigdy nie wracają. Nie chcę ich. Usunąć je z siebie, przegnać tym wielkim, strasznym, niepowstrzymanym wyciem. Dać im upust, niech znikną ze mnie. A potem...
...potem siąść sobie obok, odetchnąć, pomasować zapewne obolałe gardło. Po czym podnieść wzrok, spojrzeć na świat już bez gniewu, nienawiści i żalu. Uśmiechnąć się do ludzi z nową nadzieją. Nadzieją, że może coś się zmieni. Że zmienią się ludzie. Że poczują się, jakby coś ich łączyło z tym niepozornym chłopakiem w okularach, który przed chwilą wydał z siebie to dzikie wycie. Bo może i oni kryją w sobie jakieś uczucia i też chcą je wyrzucić. Ludzie okażą się być ludźmi.
To by mi się podobało.
Ale nigdy nie miałoby miejsca. Wycie umarłoby w zarodku, zabite rzucanymi ze wszystkich stron obelgami, krzykami typu "zamknij się", "czego się drzesz", takimi krótkimi zwrotami zawierającymi tyle nienawiści, nietolerancji, pokazującymi, jak bardzo ktoś ma w d**** to, co czują inni. Ludzie okażą się być... sam nie wiem, czym. Okażą tylko niechęć, nietolerancję, nienawiść. Dorzucą do ładunku złych uczuć wewnątrz mnie kolejne wiadro.
Ludzie boją się okazywać swe uczucia. Rzadko robią to głośno. Wściekłe, niepohamowane, wychodzące z głębi duszy wycie cichnie, zanim się rozlegnie, a nadzieja zostaje pogrzebana. Zasypana grubą warstwą gniewu, nienawiści i rozczarowań.
I co robią ludzie? Spoglądają w górę, wzdychają i idą dalej wieść swe życie.
A co ja mam zrobić wobec takich ludzi? Westchnąć i... spojrzeć w dół, przymknąć oczy. Rezygnacja. Skończyć wycie, zanim z mych ust wydobędzie się choćby cichy jęk. Co może zrobić jeden szary człowiek wobec całego świata?
Duszę w sobie wycie. Odkładam je do pudełka, zalepiam taśmą, wrzucam na dno szafy i zamykam na klucz, który wyrzucam do oceanu ludzkiej głupoty i nietolerancji. Ale ono nadal tam jest, rośnie, aż wreszcie kiedyś wydostanie się.
Wycie wychodzące z najgłębszych zakamarków duszy.
Wycie przepełnione gniewem, nienawiścią, smutkiem, żalem i rozczarowaniem.
Wycie, jakiego świat nie słyszał... bo nikt się na nie nie odważył. Bo nikomu na nie nie pozwolono.
Wycie.
Spuszczam wzrok na ziemię. Przymykam oczy.
(westchnienie)
Niedziela, 13 lipca 2003 r., godz. 2.37 w nocy
Helmut Sekatorr
lkj@post.pl - proszę, dopisujcie do tematu "helmut"