Dzieńdobry, dzieńdobry, dzieńdobry i wieczór. Its maj fyrst tajm. :-)
Na wstępie apeluję o zaprzestanie działań zmierzających do transformacji osobników piszących to, co im ślina na klawiaturę naniesie, w armię wyidealizowanych Miodków, ukwietniających swe wypociny miodnym ojczystym poprawnym językiem. A to dlaczego, dlaczego, dlaczego?
[Eddie: Mamy demokrację i będę zamieniał kogo chcę, w kogo tylko sobie zażyczę. ]
W każdej całości, którą tworzymy (arcie, rysunku, muzyce, rozmowie i te pe), mieści się pewien osobliwy człon (-z niczym nie mylić). Człon ten, a raczej fundament, stanowimy my sami, a raczej nasza (o ile takową posiadamy) indywidualność. Nie chodzi tutaj o jakiś odgrywany szpan i cały ten szajs, nie nie nie. Chodzi o naszą naturalną indywidualność, na którą (niestety bądź stety) nie mamy wpływu. Im bardziej się jej poddajemy, tym bardziej jesteśmy prawdziwi, naturalni. Bądź sobą, róbta co chceta, jestem jaki je... KHHHEM KHHEM (TFU!). Tak czy siak dobrze jest wyrażać siebie we wszystkim, co się robi, i nie powiem, dlaczego, bo każdy dobrze wie.
Tak jak for instens komiks, książka, czy film, tak też nawet gadanie, czy pisanie artów są jakby to powiedzieć - naszym płodami. Każdy z tych płodów w uproszczeniu dzilimy na dwa: forma i treść. To, czy jedno przerasta drugie, czy też na odwrót, zależy od nas, od tego, jacy jesteśmy. Jeżeli będziemy podążać tym torem, zostaniemy lepiej zrozumiani przez odbiorców tego czegoś, co robimy. A żeby uściśnić: lepiej nas zrozumie ta grupka osób, które są ygzekli jak my. Czego chyba byśmy sobie wszyscy życzyli.
Lepiej sobie nie mówić zawczasu, że nie lubię ludzi, którzy x x x, bo być może pewnego dnia kogoś takiego bardzo bardzo bardzo polubimy i będzie nam już wtedy zwisać i powiewać, czy ten ktoś x x x, czy y y y. Istnieje także bardzo duże prawdopodobieństwo, że właśnie wtedy polubimy także x x x. No i co wtedy, e?
Więc niech ewry artmejker pisze sobie co chce i jak chce, byleby tylko nie przeginać. Oczywiście poruszając się w pewnych granicach przyzwoitości, ale przyzwoitość, to już odrębna kategoria.
Nie ma co narzekać na ludzi, bo już się prawdopodobnie nie zmienią na takich, jakich byśmy ich chcieli. Każdy jest inny i na swój sposób dziwacki. A co do języka polskiego, ojczulka ojczystego, to nadal jest polski, pomimo wstawek i zapożyczeń i slangów i dziwackiej stylistyki, ortografii, gramatyki i słoworakotwórstwa. Każdy język przeżywa jakieś swoje metamorfozy wciąż i wciąż i wciąż. Japoński jest naprawdę niesamowicie obleziony angielszczyzną, mimo to zdecydowanie nadal jest to język oryginalny i, kto się zna, ten japoński wszędzie pozna. Gdybyśmy nie mieli odmiany przez przypadki rodzimych rzeczowników i rodzajów żet i em, to też by się nam angielszczyzna szybciej i dawno temu wchłonęła. Wcale nie narzekam! Polski jest bardzo komfortowym językiem. Można mówić półsłówkami, a i tak każdy zrozumie i (z pewnymi wyjątkami) nikt się nie przyczepi. Cieszmy się, że nie mamy der die das, ani dwudziestu czasów. HURA!
Apropos treści i formy. I treść przekazuje odbiorcy informację, i forma przekazuje ją również. A treści dzielą się na dosłowne i ukryte. A treści ukryte dzielą się na nadane i odczytane. A treści ukryte nadane dzielą się na zamierzone i niezamierzone. I mogą być odczytane, bądź nie. Anderstend? (-starszny bajzer, ale nie posprzątam) For instens jak kobita mówi "Nie", treści dosłowna i ukryta nadana są sobie równe, czyli po prostu oznacza to "NIE". Gorzej z odczytem tej treści w przypadku samców. Albo, jak słyszę taki bałach: "Dzisiaj miałam piling i manikjur, jutro idę na solarium, jaki dzisiaj upał, ach, te korki i bolą mnie nogi", to dla mnie treścią ukrytą odczytaną będzie: "UWAGA, NUDZIARA!" Wniosek taki, że słowo nie jest tylko rodzajem hałasu (Slaviku, to był Thornton Wilder), ponieważ zawsze przekazuje nam jakąś informację o nadawcy wiadomości.
Tak na ostatek o twórczym słów wymyślaniu. Ja tam lubię wymyślać. Same mi do głowy się schodzą i cisną na usta. Np. przymiotnik "ciżuwaty". Jeszcze nie wykombinowałam, co mógłby oznaczać, jednak otwieram się na propozycje. A z literatury badzo wielkiej i bardzo światowej i znanej i kochanej polecam "Alicję w krainie czarów" i "Alicję po drugiej stronie lustra" (Lewisa Carrolla). W tej drugiej znajduje się pewien bomba wierszyk "Jabberwocky" (spolszeczenie "Żabrołaki"), którego treść jest nie dla pucu, a ryji horror szoł! No i oczywiście de best najlepsze cudo i na maksa horror szoł nad szołami "Nakręcana Pomarańcza" (Anthony'ego Burgessa). Miodkom polecam nie czytać.
[Eddie: A ja polecam czytać, ale nie polecam ślepo naśladować, jak to mamy na tym przykładzie, który widzimy w tym tekście.]
Żeby temat wyczerpać. Słyszeliście kiedyś taki zestaw słow jak: Lisa Gerrard??? Być może stało się tak za sprawą pewnej holiłódzkiej chlapstory, zwanej "Gladiator". Otóż dla tej nieziemskiej kobiety treść dosłowna jej utworów zależna jest przede wszystkim od nastroju muzyki (bądź treści muzyki), w której tworzeniu zresztą uczestniczy. Wynikiem są "teksty" śpiewane w nieistniejącym języku. Niby-język plus mocny i piękny głos Lisy daje nam taki efekt, że horror szoł. Nie trzeba być medium, żeby odczytać z jej piosenek jakieś treści. Ich charakter zależeć będzie zarówno od nadawcy, jak i odbiorcy. Każdy słuchający może poczuć coś innego, wyjątkowego. Oto i prawdziwa, uniwersalna istota muzyki.
pe es 1: Słuchałam BAUHAUS (to taki zespół muzyczny).
pe es 2: Dla chcących do mnie skrobnąć (znaczy: paznokciami
po klawiaturze) mesydż: surfuję tylko w kafe.
don baj
:::::::DŻABINA:::::::