MENU
Ostatnimi czasy polski futbol zaczyna trawić bardzo poważna choroba. Zainfekowani gracze (nierzadko również trenerzy) stają się oporni na polecenia swoich przełożonych. Kilka dobrych meczów w ich wykonaniu sprawia, że uznają siebie za gwiazdy światowego formatu, uważają, że mogą dyktować warunki i liczyć na nieprawdopodobne kontrakty w najlepszy klubach zachodniej Europy. Nikt im nie broni marzeń, jednakże trzeba zapatrywać się realnie w przyszłość.

Zacznę od przypadku ostatniego. Otóż prawy pomocnik krakowskiej Wisły, imć Kalu Uche, reprezentant Nigerii zastrajkował przed spotkaniem eliminacji Ligi Mistrzów z Omonią Nikozja. Kilka dni wcześniej, podczas obozu we Francji, do kierownictwa klubu nadeszła oferta transferowa z Ajaksu Amsterdam. Kalu od razu zwietrzył okazję i postanowił za wszelką cenę wynieść się z Krakowa. Podczas zajęć treningowych wykonywał jedynie ćwiczenia biegowe. W ten sposób chciał złamać "Białą Gwiazdę", która "blokuje mu przejście do lepszego, zagranicznego klubu". Wymysłem okazało się, że w kontrakcie ma klauzulę pozwalającą sprzedać go za półtora miliona euro. Wydawało się już, że konflikt zostanie zażegnany. Zawodnik był kilkukrotnie na spotkaniach w gabinecie prezesa klubu. Tymczasem w przededniu meczu gruchnęła wieść, że odmówił gry. Tym samym otrzymał karę pół roku bezwzględnej dyskwalifikacji, nie ma prawa uczestniczyć w meczach ligowych i pucharowych. Wiedząc, że ma kontrakt z Wisłą ważny do 30.06.2006, chciał zakończyć swoją polską przygodę. Puchar UEFA, a dokładnie jego edycja 2002/2003 uczyniła z niego cenionego zawodnika, nie tylko w Polsce. Nie dziwię mu się, że w takiej sytuacji chciał odejść, ale żeby od razu swoją złość wyładowywać na szefach? Przypomnę tylko, że ten sam Kalu Uche motywując swoją chęć zmiany klubu powiedział, że "Wisła w obecnym składzie ma nikłe szanse na awans do fazy grupowej Champions League, ponieważ straciła swoje gwiazdy". Dla mnie jest to trochę zabawne, bo sam siebie przekreślił jako gwiazdę, a stwierdzenie to mogło być policzkiem także dla klubowych kolegów. To, co czują teraz krakowscy kibice w stosunku do Kalu Uche można podsumować napisem z transparentu: "Uche go home!".

Na prawdziwy syndrom gwiazdy cierpi nasz najlepszy zawodnik w historii, czyli Wojciech Kowalczyk. Jego wspomnienia, okraszone sporą dawką specyficznego humoru (czasem też specyficznego chamstwa) możecie znaleźć w dziale Prasa. Piłkarz ten jawił się jako wielki talent polskiej piłki, a teraz jest talentem niespełnionym. Po udanych Igrzyskach Olimpijskich w 1992 roku był wielkim idolem młodzieży. Niedługo potem został piłkarzem roku, a później przeniósł się do Sewilli, aby grać w tamtejszym Betisie. W trakcie pierwszych trzech sezonów wystąpił w 62 spotkaniach i zdobył zaledwie czternaście bramek. Kolejne dwa lata spędził na zasadzie wypożyczenia w drugoligowym UD Las Palmas, gdzie też nie wiodło mu się za dobrze. Na krótko powrócił do Sewilli, ale nie zagrał tam ani minuty, rozwiązał swój kontrakt i wrócił do Polski. Przygarnęła go warszawska Legia. Kowal miał wielkie nadzieje, liczył, że znów będzie gwiazdą zespołu. Przeliczył się, bo trener Dragomir Okuka wpuszczał go tylko na ostatnie minuty meczów. Po półtora roku sprzedano go do cypryjskiego Anorthosisu Famagusta Larnaka. Tam stało się to, na co liczył od dawna - stał się prawdziwą gwiazdą ligi. Jego drużyna nieznacznie przegrała tytuł mistrzowski, a on po perfekcyjnym występie w ostatnim meczu (pięć bramek) zdobył miano króla strzelców. Kiedy czas biegł nieubłaganie w stronę Mundialu, Wojtuś na łamach Przeglądu Sportowego, w swoim felietonie, oświadczył, że nie rozumie trenera Engela, który nie zabrał jego oraz polskich kompanów z Anorthosisu (Majak, Michalski) na mistrzostwa, bo na pewno by wstydu nie przynieśli. Tak to już jest, jak ktoś poczuje się gwiazdorem... Nie trzeba było długo czekać, by dla Kowalczyka ponownie nadeszły złe czasy. Trenerem został Polak, Edward Lorens, który (podobno) namawiał prezesów, by rozwiązali kontrakty z Polakami grającymi w klubie. W tym z Kowalczykiem. Pełen złości gwiazdor powrócił do Polski, ale znów zobaczył siebie, mającego wysoki kontrakt w kieszeni i zarazem ciepłą posadkę, więc skusił się na ofertę klubu z Nikozji - APOEL-u. Kowalczyk stracił swój, niewątpliwie, duży talent w budkach z piwem. Jak sam przyznał, sympatyzuje z Janem Tomaszewskim i trzyma kciuki za jego poczynania. Tak więc za kilkanaście lat możemy mieć kolejnego domorosłego krytyka poczynań szefów PZPN-u. Nie wątpię, że kiedy nasz awans do ME 2004 zostanie już przekreślony oficjalnie, posypią się gromy m.in. od Tomaszewskiego czy Kowalczyka. Tomaszewski powie, że to na skutek nieudolnych rzadów Listkiewicza, a Kowalczyk wyjawi nam ogromną tajemnicę: przegraliśmy, ponieważ on nie grał w meczach reprezentacji!

Piotr Świerczewski to bez wątpienia dobry zawodnik. Jednak dopóki mógł liczyć na regularne występy w drużynie klubowej czy też reprezentacyjnej, nie miał żadnych powodów do narzekań. Ale i na niego przyszła kiedyś kolej. Pierwszym meczem, kiedy prawdziwie kierował grą polskiej reprezentacji było spotkanie Szwecja-Polska (2:0) w eliminacjach ME 2000. Po ostatnich mistrzostwach świata powinien sam zrezygnować z tej funkcji. Nadchodzi młode, zdolne pokolenie, tymczasem on i jemu podobni (jak np. Hajto czy Iwan) twierdzą, że zrobili dużo dla tej reprezentacji, i że mają jeszcze coś do pokazania. Nie przeczę, że tak jest ,jednak przypomnijcie sobie jakiś wybitny mecz Świerczewskiego, Hajty czy Iwana w reprezentacji. I co? Przypomnieliście sobie? Bo ja nie. Czas ustąpić pola młodszej generacji. Reprezentacja to nie jest hermetyczny twór. Pewien krok do przodu zrobił Paweł Janas, stawiając zdecydowanie na młodszych zawodników, ale szkoda, że docenia najbardziej graczy Amiki. Jeszcze za czasów Engela graliśmy z Irlandią Północną, wtedy z dobrej strony pokazał się Euzebiusz Smolarek. P.Ś., mający wtedy silną pozycję w zespole, stwierdził na łamach prasy, że bierzemy Smolarka do Korei, bo jest młody i dobry, a takich graczy potrzebujemy teraz, kiedy nie jest już pewniakiem u Janasa, atakuje, mówiąc, że szkoda wpusczać na zmiany Burkhardta, bo reprezentacja to nie poligon doświadczalny i z jego gry byłoby więcej pożytku. Nawet się z tym zgadzam, ale nie do końca. Bo gdzie taki Burkhardt i masa jemu podobnych ma się uczyć prawdziwej piłki. Nasza liga nie jest najlepsza, więc ile mogą dać mecze z Górnikiem Zabrze czy Polonią Warszawa? Kiedy jesteśmy na straconej pozycji w eliminacjach, warto wpuścić choćby na te piętnaście minut Burkhardta, żeby sobie trochę pograł przeciw Larssonowi czy innemu Ljungbergowi. Poza tym próbkę umiejętności Świerszcza mogliśmy zaobserwować w meczu z Węgrami. Jego ostatnie "występy" klubowe podsumowałem w innym artykule, więc ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że nie gra, dlatego, że trener go nie lubi, że stawia na swoich rodaków.

Dobrze jest widzieć winę wszędzie, tylko nie u siebie.


design by Adam Matysiak