MENU
Na samym początku napiszę, że jestem wiernym kibicem reprezentacji na dobre i na złe. Zakochałem się w kadrze wraz z objęciem jej sterów przez Janusza Wójcika, czyli 6 lat temu. Dlatego zaznaczam, że jakiekolwiek obrazy czy ironia użyta poniżej lub w kolejnych textach o reprezentacji są zamierzone i nie są znakiem mojej nieprzychylności kadrze.
Za Wójcika kadra grała dobrze w meczach towarzyskich, wygrywała wtedy z Rosją, Ukrainą, Czechami, ale w najważniejszych meczach zawodziła, delikatnie mówiąc. Dość powiedzieć, że w eliminacjach EURO 2000 z dwoma silniejszymi zespołami w grupie (Szwecja i Anglia) w 4 meczach zdobyliśmy 1 (słownie: jeden) punkt. A wcale nie były to zespoły najwyższej półki, gdyż w finałach tamtej imprezy obie nie wyszły ze swoich grup. Utarło się wtedy powiedzenie "Kasa, Misiu, kasa", co było znakiem, że wiele rzeczy, które wtedy działo się w kadrze było nie całkiem honorowych i patriotycznych. Nie chcę się za dużo wypowiadać w tej kwestii, gdyż oczywiście nie znam szczegółów, ale faktem jest, że dużej szansy na awans do EURO nie wykorzystano i niesmak pozostał.
Potem nastał czas Engela. Początkowo piłkarze mówili, że szkoda, że Wójcik odszedł (tak samo będą mówić po odejściu Engela), ale do nowego selekcjonera musieli się przyzwyczaić. A nie było łatwo, bo to właśnie za Engela trwała najdłuższa passa w historii reprezentacji bez strzelonego gola - aż 672 minuty! (w tym 274 jeszcze za Wójcika), czyli 6 pełnych meczów plus 2 niecałe! Jak się okazało był to typowy falstart, a Władysław Jerzy Engel miał wszystko pod kontrolą. Przede wszystkim miał silne plecy w osobie prezesa Listkiewicza. I tak w pierwszych sześciu meczach AD 2000 Polacy odnieśli kolejno 2 porażki (0:3 Hiszpania, 0:1 Francja) i 2 remisy (po 0:0 Węgry i Finlandia) w bardzo złym stylu oraz porażkę (1:3 Holandia) i remis (1:1 Rumunia) w stylu całkiem obiecującym. Tak Engel przepracował 8 miesięcy i nastały eliminacje World Cup 2002. Pierwszego meczu w Kijowie wszyscy oczekiwali pełni niepokoju. Słusznego zresztą. A tu taka niespodzianka, taki piękny mecz! 3:1 i nokaut Ukrainy! W opinii wielu - najlepszy mecz Polski od ładnych kilku lat. Prawdziwa eksplozja talentu Olego w drugim jego występie dla Polski. Nie będę komentował przyznania mu polskiego obywatelstwa, przyjdzie jeszcze na to czas; powiem tylko, że jestem w sumie na tak. Tak pięknego początku eliminacji nikt nawet nie wyśnił! Potem koncert Kałużnego (jeszcze z Wisły, bo potem nigdy już nie wrócił do tejże świetności) z Białorusią (3:1) i lekkie rozczarowanie z Walią (0:0). Po 3 meczach bylo 7 punktów i fotel lidera grupy! A przede wszystkim - jak obiecywał WJE - futbol na tak! W listopadzie jeszcze zwycięstwo nad Islandią (1:0) na pożegnanie ostatniego roku milenium, jakże obiecującego.
Rok 2001 był najlepszym rokiem polskiej reprezentacji od kiedy pamiętam. Na początku świetna gra w sparingu ze Szwajcarią w lutym (4:0) jako zapowiedź wielkiego roku. Potem prawdziwa próba charakteru ze słabo rozpoczynającą eliminacje Norwegią. Koniec marca, stadion w Oslo, tragiczna murawa. Ale genialna gra biało-czerwonych i do przerwy 2:0! Fenomenalnie bronił Matysek, co przypłacił poważną kontuzją, która była gwoździem do trumny jego kariery. Po przerwie Wikingowie wzięli się do roboty i zrobiło się 2:2. Wyśmienitą zmianę dał Karwan, który w końcówce udowodnił, kto tamtego dnia był lepszy. 3:2 dla Polski w jednym z najlepszych meczów Polaków za Engela. Trzy dni później, jakby z rozpędu gładkie 4:0 nad Armenią i Żewłakow-show. W kwietniu był nijaki sprawdzian ze Szkotami (1:1), by w czerwcu znów dać Polską szkołę gry. Tym razem Walia. Na robiącym dobre wrażenie stadionie Polacy pierwszy raz w tych eliminacjach przegrywali. Ale udowodnili, że są już dojrzałą i ukształtowaną drużyną wygrywając zdecydowanie 2:1. Nasza przewaga w grupie rosła. Z Walii przenosiny do Armenii i wielka nerwówka. 4 czerwone kartki, w tym 1 dla Polaka (dla J. Bąka, za to, że kopał nerkami po butach Ormian). W końcówce doszło nawet do rękoczynów, toteż jak najszybciej zapomniano o tym remisie (1:1). W sierpniu remis po słabej grze z Islandią (1:1). 1 września 2001 roku reprezentacja Polski jako pierwsza z Europy awansowała do finałów MŚ. Po rozjechaniu Norwegów 3:0 w CHorzowie przed 40 tys. widzów euforii nie było końca. Jedziemy na mistrzostwa!!! Był to 13 kolejny mecz Polski bez porażki (rekord!). I to niestety był początek końca, o czym nikt jeszcze nie wiedział. Pierwszym symptomem złego była kompromitacja z Białorusią 3 dni później po 4 bramkach Wasiliuka (1:4). Engel wystawił wtedy tą samą zwycięską 11-stkę z Chorzowa, a mógł dać szansę dublerom w meczu, nota bene, o pietruszkę. W tym roku były jeszcze 2 remisy - z Ukrainą 1:1 na koniec zwycięskich eliminacji i 0:0 z Kamerunem - pierwszym finalistą ze strefy Afryki (mistrzem tego kontynentu). Po tym roku wielu członków tej wielkiej drużyny nagradzano: trener roku: Engel, piłkarz roku: Olisadebe przed Dudkiem. Bo był i za co. Pierwszy po 16 latach awans do światowej elity to było coś! Pomyśleć, że to już dwa lata temu! Ja ciągle żyję wspomnieniami z tamtego pięknego okresu... Awansowaliśmy jako pierwsi z Europy, prasa pisała, że w wielkim stylu, ale kto miał oczy i łeb na karku - spostrzegł, że nasz bilans wcale nie był najlepszy! 10 meczów, 6-3-1, bramki 21:11. Taka np. Szwecja miała bilans 10, 8-2-0!
Losowanie grup finałów MŚ. Przeżywałem tą imprezę, pierwszą tego rodzaju w moim życiu, jak małe dziecko. Polska dostała się do grupy D (rozlosowana jako ostatnia z Europy) z Koreą, Portugalią i USA. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka. Ale wszyscy się cieszyli. Najprostsza grupa MŚ - mówiono. Ja też tak myślałem, ale byłem raczej realistą, gdyż szybko stało się jasne, że nie będzie tak prosto.
Kilka tygodni później rozlosowano eliminacje EURO 2004 i tu istotnie trafiła się grupa najprostsza z możliwych. Ale nie mówiło się o tym wtedy za dużo, gdyż najpierw czekał World Cup.
Rok 2002 był to dziwny rok. Rozpoczynany wielkimi nadziejami. W lutym 2 mecze na Cyprze - kadra złożona z samych ligowców pokonała Wyspy Owcze 2:1, a 2 dni później już właściwa repra dała pokaz gry pokonując Irlandczyków z Północy 4:1. Potem było już tylko gorzej. 0:2 z Japonią w fatalnym stylu, 1:2 z Rumunią w stylu niewiele lepszym. O ile pół roku wcześniej bała się nas Europa, tak teraz już nie było tak różowo. Engel ciągle stawiał na sprawdzonych zawodników, nie dokonując praktycznie żadnych zmian w składzie. Tuż przed wylotem do Korei był jeszcze towarzyski mecz z Estonią, gdzie wystąpili wszyscy najlepsi - cała kadra na Mistrzostwa. Tylko 1:0 i lekka nadzieja na lepsze w Azji.
Kadra była w sumie optymalna, może poza Kosowskim, który ostatecznie nie pojechał (choć wtedy nie wygrałbty pewnie rywalizacji z Krzynówkiem). Już na miejscu ostatni sparing i biedne 2:1 z zespołem klubowym z Korei. Jedna uwaga: zespół Engela grywał słabo w meczach bez stawki, gdyż brakowało motywacji i nierzadko podstawowych zawodników. Za to w meczach o punkty grali fantastycznie i na to liczyła cała Polska przed meczem z Koreą, z selekcjonerem na czele. Mógłbym i chciałbym opisać całe mistrzostwa i postawy poszczególnych drużyn, ale to było już ponad rok temu, więc dochodzę do wniosku, że nie ma sensu. Innym razem.
4 czerwca 2002, Busan, Korea-Polska. Oryginalny hymn p. Górniak, którą dotąd nawet lubiłem był złym znakiem. Jak mawia Marcin Daniec - ten hymn zaskoczył nawet Żółtków, bo myśleli że to ich... Pamiętam jak byłem nabuzowany przed tym historycznym meczem. Przybiegłem ze szkoły na styk, zasiadłem w fotelu i oglądałem. Zawiodłem się. Tym razem to Korea dała popis gry. Wynik 2:0 w pełni oddawał to, co działo się na murawie. Gdyby na początku Krzynówek strzelił gola.. Bohaterowie eliminacji dali dupy. Gorące kubki dały dupy. Engel dał dupy. Później sam przyznał się, że to właśnie Korei nie docenił i to był jeg największy błąd za kadencji. Pamiętam, jak następnego dnia koleżanka powiedziała Łyso Ci, nie? Bo wiedziała, jak bardzo emocjonowałem się tą imprezą. Fucktycznie, było mi łyso. Ale wierzyłem jeszcze - jak zawsze. Były jeszcze szanse. Portugalia 0:4. Wszystko było jeszcze dobrze - do stanu 0:2. Potem wszystko padło. Wielka drużyna umarła śmioercią naturalną. Mistrzostwa dla nas stały się historią. Jak ten Pauleta kręcił Hajtą! Dodam tu tylko, że Portugalczycy zawiedli na tych mistrzostwach najbardziej, prócz Francji i Argentyny. Trzeci mecz, z USA, wyjątkowo dobrze grającymi. Wygrana 3:1 na otarcie łez. I jeszcze zmarnowany karny Żurawia - cienia siebie samego wtedy (jedyny karny nie-trafiony przez niego od dobrych paru lat!) To był ostatni dobry mecz Polski. A wcześniej dopiero 3:0 z Norwegią. Świetny początek, druga najszybsza bramka mistrzostw Olego (pobił go dopiero Sukur w meczu o 3. miejsce). Engel wystawił rezerwę (odwrotnie niż z Białorusią w 2001) i nie zawiódł się. Każdy zagrał b. dobrze. Naród wołał: dlaczego tak późno, panie Engel? Szkoda. Szkoda, że tak późno, ale trudno. Nakręcono film "Prawda o Korei", który ponoć pokazuje, jak to było naprawdę, tam w Azji. Nie widziałem tego filmu, ale bardzo chciałbym. Engel mówił, że drugiego tak dobrego meczu Polacy już by nie zagrali i ja niesty mu wierzę. Ostatecznie zajęliśmy 26 miejsce, prawie najlepsze z ostatnich zespołów w grupach (za Ekwadorem). Engel natychmiast został wywalony ze stanowiska, a jego miejsce zajął jego wielki kompan - Zibi Boniek. "Et tu, Brutus, contra me?" Piłkarze znów wypowiadali się, że niepotrzebnie zdymisjonowano WJE, ja też do końca byłem za tym, żeby został, wyciągnał wnioski i budował nowy zespół. Teraz już wiem, że niedobrze się stało, że zwolniono Engela. Wiem też jedno: że gdy na boisko wychodziła repra Engela i słuchałem hymnu to przechodził mnie dreszcz. To było święto. Byłem pewien, że za kilka minut zobaczę prawdziwą walkę i wielki mecz. Przeżyję wspaniałe emocje i nawet po porażce będę dumny. Tak było nawet na końcu końców - z Koreą, z Portugalią, z USA. Teraz już nie mam tej dawnej pewności.
To była większa część mojego arta, gdyż jak już napisałem, wtedy naprawdę żyłem tą reprezentacją. Nawet mimo nieopowodzeń w moim życiu miałem pogodne usposobienie, gdyż ciągle myślami byłem z kadrą. Potem nastała era Bońka i teraz era Janasa. Z najłatwiejszej grupy w historii nie potrafimy wyjść. Z silnego finalisty MŚ, który pokonuje Norwegię, Ukrainę i USA mamy chojraka, który męczy się z Łotwą i Węgrami a dostaje baty od słabych Szwedów. Wierzyłem w kadry Bońka i Janasa. I mimo wszystko nadal wierzę w cud nad Wisłą i awans do EURO 04 (teraz jest 15 sierpnia). Wiem, że z wielkich zapowiedzi Bońka nie zostało nic, zrujnowana reprezentacja. Miał grać jednym systemem, a w 5 meczach zagrał aż 3-ma. Mam szacunek dla jego osoby, ale trener to z niego jak z koziej dupy trąbka. Janas podjął się arcy-trudnego zadania - awansu do EURO. Na początku wyglądało na to, że sam nie wie, o co mu za bardzo chodzi. Efekt? 0:0 z Węgrami i 0:3 ze Szwecją. Teraz ponoć znów ma entuzjazm i wierzy w lepsze. Oby! Najwyższy czas, by nawiązać do wielkich wyczynów kadry Engela i Wisły z ubiegłego sezonu! Tylko czy tego czasu Janosikowi starczy? Listkiewicz przekonuje, że Janas ma silną pozycję, ale z Engelem mówił tak samo.
Kibice reprezentacji Polski z całego świata - łączcie się! Bo właśnie teraz kadrze potrzeba wsparcia narodu. Uwierzmy w cuda, a przynajmniej w poprawę gry kadry i budowę reprezentacji (przez Janasa!) na World Cup 2006. Bo awans ten jest no zrobienia, czego dowodzą wyniki Engela 2000-01, Wisły 2002-03 i repr. olimpijskiej. Wiara czyni cuda.


design by Adam Matysiak