![]() | |
|
|
CZĘŚĆ 12 To oni mieli być frajerami Grupa szczecińska Jedziemy do Barcelony DANIA - najgorszy mecz w życiu. Zdobyliśmy komplet punktów w meczach eliminacyjnych, najwięcej w Europie. A tu trzeba było jeszcze grać jakiś baraż o awans na olimpiadę. Padło na Duńczyków. Skoro chcemy się liczyć w świecie, to i Danię trzeba ogrywać. A tu bach, bach, bach, bach. No i jeszcze raz bach. W sumie pięć bramek do przerwy, oczywiście, wszystkie w plecy! To było coś kompletnie niezrozumiałego. Mieliśmy łatwo wygrać, a zrobiono z nas miazgę. Jeszcze się dobrze mecz nie rozpoczął, a już 1:0 dla nich. Po chwili 2:0 i Kłak doznaje kontuzji. To od tego meczu zaczęły się problemy zdrowotne Alka. A więc pech za pechem - nie dość, że spora strata bramkowa, to jeszcze zamieszanie ze zmianą bramkarza. Każdy myślał wtedy: - Ale numer! Tyle punktów, tyle miesięcy pracy i wszystko na nic. A tamci nie ustawali w robieniu z nas coraz większych frajerów. 3:0, 4:0, 5:0. Nawet nie wiem, czy czasem Dania w pierwszej połowie nie oddała tylko tych pięciu strzałów. - Co to ma, kurwa, być? Nie tak się umawialiśmy! Miała być walka, miała być jazda z frajerami! Ale to oni mieli być frajerami!!! Musimy zatrzeć tę kompromitację, musimy strzelić jednego gola! A jak strzelimy jednego, to i drugi wpadnie! A jak drugi wpadnie, to w rewanżu wystarczy nam 3:0! Pomyślcie o tym. To wcale nie jest niemożliwe! - mówił w przerwie meczu piekielnie zagotowany Janusz Wójcik. No i rzeczywiście w drugiej połowie zagraliśmy lepiej. Jednak tylko na tyle, że już nie straciliśmy kolejnych goli. Optycznie mieliśmy przewagę, ale nic z niej nie wynikało. Byliśmy straceni i dobrze o tym wiedzieliśmy - wszystko na nic, kompromitacja, my w rewanżu sześciu nie jesteśmy w stanie strzelić, a Duńczycy stracić. Wtedy zaczęły się jednak kalkulacje. Dziennikarze mówili, że ze względu na punkty być może w rewanżu wystarczy nam remis i jakoś tam się załapiemy na tę olimpiadę, przy odpowiednich wynikach innych spotkań. Gdybyśmy nawet tej szansy nie wykorzystali, to byłby obciach straszliwy. Wykorzystaliśmy, wyniki ułożyły się pod nas - jedziemy! Awans świętowaliśmy później, na zgrupowaniu w Buku. Ale tylko raz i w dodatku niezbyt hucznie. Nie było wtedy ekipy do balowania - sami młodzi, sami przestraszeni. Ja też tam z nikim specjalnie nie trzymałem. Początkowo z Radkiem Majdanem i Darkiem Szubertem. Chyba ze względu na to, że byli z Pogoni, a wiadomo, że Legia z Pogonią dobrze żyje. Wielu kolegów nie miałem z tego względu, że w zasadzie byłem w tej drużynie nowy. Zagrałem kilka minut z Turcją, cały mecz z Irlandią, a później już jeździłem na zgrupowania pierwszej reprezentacji Polski, za kadencji Andrzeja Strejlaua. Jako jedyny młodzieżowiec byłem wtedy powoływany. W Buku atmosfera o tyle nie była taka bardzo wesoła, że nie wszyscy mieli pewność wyjazdu na olimpiadę. Wiadomo było, że ktoś naszą grupę opuści, że dla kogoś zabraknie miejsca w samolocie. Ja akurat się nie martwiłem, bo byłem pewny swego, ale już innym ciągle coś chodziło po głowie. - Myślisz, że kto nie pojedzie? - pytał Grzesiek Lewandowski. Szkoda chłopaka, on nie pojechał. Podobnie jak Jacek Bąk czy Radek Majdan. Ich zabrakło na olimpiadzie, natomiast mnie... na przedolimpijskim zdjęciu. W Warszawie, w hotelu "Solec", przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Buku. Ponieważ byłem jedynym chłopakiem z Warszawy, pozwolono mi przespać się w domu. Rano się budzę - "Zaraz, zaraz. Czy ja gdzieś nie miałem jechać? ". Rzut oka na zegarek - o cholera, poważna obsuwa! Szybko się ubrałem, zabrałem najpotrzebniejsze rzeczy i do hotelu. Wchodzę, a tam trener Paweł Janas. - Dzień dobry, zaspałem - wykrztusiłem, trochę mi było głupio. - Czy ty normalny jesteś? Dobra, jedziemy samochodem, później wszystko wytłumaczysz. Goniliśmy autokar z chłopakami przez jakiś czas, w końcu stali gdzieś na stacji benzynowej i mogłem dołączyć do reszty grupy. Jednak to już było za późno - na fotce mnie nie ma. |
|
|
|