![]() | |
|
|
... I po drafcie
Od dłuższego czasu było
wiadomo, że numerem pierwszym tegorocznego draftu w NBA zostanie
niejaki LeBron James. Ten bliżej mi dotąd nieznany zawodnik
uzyskiwał dobre recenzje za swoją grę w NCAA. Został
okrzyknięty jako następca Michaela Jordana. Nic więc dziwnego,
że pewna firma sportowa podpisała z nim kontrakt reklamowy na
(!) 90 milionów dolarów. Gdy nadszedł czas losowania
kolejności wyboru podczas draftu, zatriumfowali działacze
Cleveland Cavaliers. Okazało się, że to właśnie oni będą
wybierać jako pierwsi i od razu zaczęli rozgłaszać, że
wybiorą James'a. No dobrze, ale przejdę w końcu do polskich zawodników. Przez cały czas, kiedy byliśmy raczeni notowaniami, kto ma szansę na jakiej miejsce podczas draftu, Maciej Lampe znajdował się w pierwszej dziesiątce. Tymczasem został wybrany dopiero jako numer trzydziesty, czyli pierwszy drugiej rundzie (marne to jednak pocieszenie) przez New York Knicks. Na pewno wpływ na tak odległe miejsce miał fakt, iż kontrakt z Realem Madryt obowiązuje go jeszcze przez dwa lata. Będzie więc go trzeba wykupić za większą cenę. Jak wiadomo, klub NBA ma przeznaczone na wykupienie kontraktu jednego zawodnika maksymalnie 450 tysięcy dolarów. W ten sposób musiałby podwyższyć Lampemu kontrakt, aby ten miał fundusze na brakującą resztę. Oba kluby się jednak dogadały i ustaliły kwotę na 1,3 miliona. Najprawdopodobniej Knicks będą musieli rozegrać dodatkowy sparing z "Królewskimi" w Madrycie. Sam Lampe bardzo dobrze prezentuje się podczas rozgrywek tzw. ligi letniej. Grają tam koszykarze, którzy zostali wybrani w drafcie i ci, którym poszczególne kluby ligi się przypatrują. Jeśli w tych rozgrywkach ktoś błyśnie, to wtedy jest pewne, że zostanie zaproponowany mu kontrakt. Poza piewrszym nieudanym występem (zaledwie dwa punkty), Lampe nie schodzi poniżej dobrego poziomu. Wczoraj (tj. 23.07) zdobył w meczu przeciw Dallas Mavericks 25 punktów, będąc najskuteczniejszym i w ogóle najlepszym zawodnikiem swojego zespołu. Tak więc możemy być o niego spokojni. Drugi z Polaków, Szymon Szewczyk, otrzymał numer 35, który był przypisany do Milwaukee Bucks. Polak chciał mieć zagwarantowane miejsce w zespole, więc nie patrzył przychylnym okiem na zmianę głównego menedżera i trenera "Kozłów". Nie mogąc otrzymać obietnicy co do regularności występów, Szewczyk zdecydował się podpisać kontrakt z berlińską Albą. Ma jednak zagwarantowany wyjazd na przyszłoroczną edycję ligi letniej i ewentualny angaż w Milwaukee (jeśli się spodoba). W drafcie uczestniczył jeszcze jeden z naszych rodaków, ale nie został wybrany przez żaden z klubów. Michał Ignerski, bo o nim mowa, nie zdołał zawrzeć żadnej umowy z klubami lig europejskich i na dzień dzisiejszy jest bliski gry we wrocławskim Śląsku. |
|
|
|