Działo się to zeszłej zimy, kiedy śniegi
sięgały kostek a mróz sprawiał, że kałuże zamarzały. Ponure ulice miasta
wydawały mi się wtedy inne, nieco bardziej kolorowe, szczególnie tuż przed Świętami.
Wracając do domu często widywałem jaskrawe witryny zapraszające niczego
nieświadomych przechodniów do szaleństwa zakupów. O jakże byłem wtedy naiwny!
Sądziłem, że to tylko nachalność sprzedawców, nie wiedziałem, że to tylko
przykrywka rzeczywistości straszliwszej niż najmroczniejsze wyobrażenia z
zakamarków ludzkiego szaleństwa.
Piszę te słowa, by zachować choć resztki
człowieczeństwa ulatującego ze mnie z każdym dniem i z każdą godziną. Wiem, że
niewiele mi czasu zostało. Obłęd otacza mnie niczym mroczna mgła, kryjąca
bluźnierczą prawdę.
Ten kto mnie zna wie, że od jakiegoś czasu
zajmowałem się dziwnymi zjawiskami w naszym życiu, dziejącymi się tuż za
naszymi plecami. W moim domu zgromadziłem dziesiątki notatek, dotyczących moich
obserwacji i przemyśleń. Jednak w głębi duszy byłem świadom, że nawet o krok
nie zbliżyłem się do sedna tajemnicy.
Któregoś jednak dnia, gdy przekraczałem próg
mojego domu, znalazłem w skrzynce na listy zwykłą pożółkłą kartkę. Kiedy
rozłożyłem ją i przeczytałem znajdujące się na niej słowa, serce zabiło mi
szybciej a krew uderzyła do skroni. Pamiętam każde słowo tej wiiadomości:
Wiem to co ty a nawet więcej. Prawda jest
tym, co ukryte przed wzrokiem śmiertelnych. Chcąc dostąpić poznania tajemnicy,
zjaw się na mostku w parku na Bydgoskiej dziś wieczorem.
C.
Nie zastanowiłem się wtedy, kim mógł być ten
C. Dziś, obarczony ciężarem bluźnierczej wiedzy zdaję sobie sprawę, że
przyjęcie zaproszenia było aktem czystego szaleństwa.
Kiedy nadszedł wieczór, udałem się we
wskazane miejsce. Światła miasta przesłaniały tam drzewa, mrok rozjaśniała
jedynie rdzawa łuna odbita od chmur. Poszarpane kontury drzew przyprawiały mnie
o ciarki. Nie należę do ludzi strachliwych, ale kiedy coś zabulgotało pod moimi
nogami wzdrygnąłem się mimowolnie. Siłą woli zmusiłem się do powiedzenia „To
tylko woda bulgocze”.
Zanim jeszcze moje słowa umilkły w ciemności,
na mostku rozległy się kroki. Zbliżała się do mnie jakaś postać w obwisłych
szatach, z resztkami wodorostów, zwisającymi wokół kostek.
-Brywiczór
- wymamrotał człowiek. Modliłem się w duchu aby nim był. Obwisłe szaty okazały
się zimowym paltem a wodorosty rozpiętym paskiem. Ale nie uspokoiłem się.
Pozdrowiłem go cicho.
-Proszę
wibaczić mi, że pana niepokoiłem w ten sposób, ale proszę mi wierzić, nie
miałem innej możliwości - uderzył mnie jego dziwny akcent. Mężczyzna cuchnął
śmietnikiem i tygodniowymi śledziami.
-Słucham
- mój głos brzmiał niepewnie.
-Wiem,
że szuka pan odpowiedzi na różne pitania. Poszukuje ich pan w dość dziwny
sposób. Obserwowałem pana od długiego czasu i doszedłem do wniosku, że
najwiższy czas pokazać panu rąbek wiedzi, z którą żiję od... - tu przerwał na
chwilę - długiego czasu.
-Kim pan
jest?- zapytałem wtedy, starając ustawić się możliwie po nawietrznej stronie.
Niestety, noc była bezwietrzna.
-To bez
znaczenia - uciął. - Teraz niech pan patrzi.
To powiedziawszy uniósł prawe ramię. Mogę
przysiąc że nie było zakończone dłonią. A w każdym razie ludzką dłonią. Kiedy
rozejrzałem się, drzewa parkowe zniknęły a oczom moim ukazała się rozległa
perspektywa mokradeł, z których wyrastały w mroczne budowle o bluźnierczo
fallicznych kształtach. Wśród rozlicznych ogni, rozpalonych na setkach platform
tańczyły w szaleńczym rytmie istoty o wyglądzie tak przeczącym wszelkiemu
zdrowemu rozsądkowi, jak to tylko jest możliwe. Dziesiątki poplątanych ramion,
w których nie mogłem dopatrzyć się bodaj najmniejszego podobieństwa do ludzkich
kształtów, powyginane spazmatycznie ciała, zbudowane z gigantycznych odwłoków i
galaretowatej substancji, cała ta masa pląsała w obrzydliwym rytmie
ogłuszającej muzyki bębnów i piszczałek. Te straszliwe istoty wchłaniały
spływającą po ścianach brudnobrązową ciecz. Na szczycie najwyższej budowli,
niczym plugawy bożek powoli obracał się krwawy dysk z niezrozumiałym dla mnie
napisem dawno zapomnianym alfabecie. Tańczący tłum jęczał w jednostajny sposób.
Dzięki te układały się w bluźnierczą modlitwę, brzmiącą jak: olłeyss’
kokakola.
Nie wiem ile czasu trwała wizja. Kiedy w
końcu oderwałem wzrok od hipnotycznego dysku, znowu stałem na mostku. Mężczyzna
obok mnie odezwał się cichym głosem:
-To
jedynie wąski skrawek tajemnicy. Wiesz z własnych badań, że zanim nastała era
ludzi, na tym globie panowały starsze, obce rasy - początkowo nie zauważyłem,
że przeszedł na „ty”.- Przybyły z otchłani kosmosu i chociaż dziś pozostały po
nich cienie legend i podań, może nadejść dzień, że pradawne zło powstanie i
upomni się o swe dziedzictwo. Teraz ty również jesteś strażnikiem wiedzy.
Posiadłeś ją jednak nie po to, by o niej mówić, lecz by jej strzec. Pamiętaj o
tym.
Postać zaczęła się rozpływać, tracić kontury.
Chociaż była zaledwie na wyciągnięcie ramienia wydawało mi się, że dzieli nas
odległość tysięcy mil. Mężczyzna zaczął się oddalać, bezszelestnie schodząc z
mostku. Przez zaciśnięte gardło wyszeptałem jedynie:
-Co piły
te istoty? Czy to była krew?
-Nie -
odpowiedział mi cień.- Kiedyś nazywano ją Łzami Wielkiego Przedwiecznego. Do
dziś, w zapadłych i zapomnianych regionach ziemi żyją istoty wierzące, że kiedy
zostanie wypita wystarczająca jej ilość, Wielki Przedwieczny powstanie z
miejsca swego spoczynku w Mieście pod Wodą...
Ostatnie słowa zamieniły się w niewyraźny
szum gałęzi targanych zimowym wiatrem. Owiało mnie mroźne powietrze. Szybkim
krokiem ruszyłem do domu.
Dziś wiem, że tamta noc nie była jedynie
snem. Jednak rzeczywistość powoli stała się gorsza od snów. Zaczęło dręczyć
mnie pytanie: Ile Łez Cthulhu musi zostać wypitych, aby pradawne zło
przebudziło się? To pytanie zawsze powraca do mnie, gdy mijam witryny sklepowe
z białym napisem na tle krwawego dysku.