Kula
Nieludzkie
ślepia przyglądały mi się z cienia. Ohydny odór bijący od ukrytej istoty był
nie do zniesienia. Rozejrzałem się wokoło. Prawie w całym pomieszczeniu zalegał
mrok. W akcie desperacji wyszarpnąłem pistolet z kabury i wycelowałem w lśniące
nieludzkie oczy. Wtedy bestia po raz pierwszy się odezwała. Wydała z siebie
szereg dźwięków tak potwornych, że nawet gdybym umiał je powtórzyć lub zapisać
to zrobiłbym tego. Mimo iż nie zrozumiałem ani słowa wydawało mi się, że drwi
ze mnie. Zrezygnowany opuściłem broń. Do moich uszu doszła kolejna partia
piekielnych dźwięków, tym razem przypominały świergot ptaka. Potwór postąpił
krok do przodu, smród nasilił się lecz nawet tego nie zauważyłem gdyż w tej
chwili mój mózg przetwarzał obraz jaki dotarł do niego z nerwów wzrokowych
kiedy ów stwór wyłonił się z cienia. Wielkim wysiłkiem woli utrzymałem się na
nogach. Czułem jak resztki zdrowych zmysłów ulatują z mego ciała. Stałem
sparaliżowany, nie potrafiłem się ruszyć a To przybliżało się do mnie. Nawet gdybym
chciał nie opisałbym tego co tej nocy widziałem. Ludzki język nie dysponuje
słownictwem, które mogłoby oddać choć w części bluźnierczy kształt, który przed
sobą ujrzałem. Byłem pewien, że to już koniec. Nieludzkim wysiłkiem podniosłem
pistolet i wycelowałem sobie w skroń. Pomyślałem, że jeśli mam zginąć to
przynajmniej zrobię to sam. Kiedy już naciskałem spust i szykowałem się do
podróży stwór, szybciej niż wskazywałby jego wygląd, skoczył w moją stronę i
wytrącił mi rewolwer. Zamknąłem oczy czekając na śmierć ale ta nie nadeszła.
Poczułem dotyk śliskiej i zimnej w dotyku skóry, na dłoni, w którą coś zostało
mi wciśnięte. Otworzyłem oczy. Serce waliło jak oszalałe. Byłem sam. Osunąłem
się na ziemię i zakryłem twarz dłonią. Starałem się uspokoić, na próżno.
Podniosłem drżącą rękę do światła. Spojrzałem na przedmiot, który został mi
"podarowany". Była to kula wykonana z dziwnego, ciemnozielonego
materiału. Miała jakieś dwa centymetry średnicy. Gładka i zimna. Przerażająca i
fascynująca zarazem.
Byłem tak
wycieńczony, że postanowiłem wrócić do domu, a nie jak powinienem po każdym
patrolu na komendę. Przyrzekłem sobie, że raport napiszę jutro. Jutro także
oddam ten zagadkowy przedmiot do laboratorium. Powoli wstałem na nogi i
słaniając się wyszedłem z labiryntu wąskich uliczek, które o mały włos nie
stały się moim grobem. Złapałem taksówkę i po upływie pół godziny otwierałem
drzwi mieszkania, w którym żyłem od trzech lat wraz z moją żoną Carolyn.
Postanowiłem nic jej nie mówić. Była wystarczająco zestresowana tym, że
pracowałem w policji. Nie chciałem jej dodatkowo martwić. Kiedy nie patrzyła
schowałem "prezent" do szuflady komody stojącej w przedpokoju i
ruszyłem do kuchni gdzie czekała na mnie kolacja. Nie miałem jednak apetytu. Po
chwili ze zdziwieniem stwierdziłem, że moja małżonka nie przyszła by mi
towarzyszyć. Zawołałem, ale nikt nie odpowiedział. Zerwałem się z krzesła i
popędziłem do przedpokoju. Carolyn leżała na podłodze. Wziąłem ją na ręce i
próbowałem ocucić. Bezskutecznie. Zaniosłem ją do sypialni i zadzwoniłem do
doktora LaFayett'a, Amerykanina francuskiego pochodzenia mieszkającego w
okolicy. Ten jednak był bezradny. Nie wiedział co się stało, ani jak przerwać
dziwny sen. Moje czuwanie skończyło się o trzeciej w nocy, wtedy to Carolyn
otworzyła oczy i spojrzała na mnie ze zdziwieniem Nie pamiętała co się stało, ale to nie było ważne. Boże! Ależ
byłem wtedy szczęśliwy. Ułożyłem się obok niej i momentalnie zasnąłem.
Rano
przyrządziłem śniadanie dla nas obojga, gdyż nie chciałem przemęczać żony po
tym co zaszło. Wspomnienia poprzedniego dnia z powodu jej nagłej niedyspozycji
zatarły się trochę w moim umyśle, a zbawienne zapomnienie pozbawiło mnie kilku
szczególnie drastycznych szczegółów. Najedzony ruszyłem do pracy. Zanim jednak
wyszedłem zajrzałem do komody w poszukiwaniu zagadkowej kuli. Jakież było moje
zdziwienie gdy nie znalazłem jej na miejscu, w którym ją zostawiłem.
Przeszukałem wszystko dookoła ale bez rezultatu. Przepadła. Carolyn także nic
takiego nie widziała. Byłem zdezorientowany, zacząłem się nawet zastanawiać nad
prawdziwością moich wspomnień. Czy przypadkiem nie była to zwykła halucynacja
wywołana narkotykami, które mógł mi zostać podane na przykład w kawie. Przed
wyjściem ucałowałem żonę czule i poleciłem żeby udała się do lekarza.
Dzień na
komendzie straszliwie się dłużył. Napisałem raport z wczorajszego patrolu.
Przemilczałem jednak niektóre kwestie, co do zaistnienia których sam zaczynałem
mieć wątpliwości. Podczas pracy jednakże dogłębnie przemyślałem całe zajście.
Zastanawiałem się co mnie podkusiło żeby zapuszczać się w ten niezbadany gąszcz
wąskich przejść. Wtedy poczułem nagłe ukłucie w żołądku i przypływ paniki, gdyż
jeśli się zastanowić nie było żadnych racjonalnych przesłanek mojego działania.
Właściwie nawet nie pamiętałem jak trafiłem do miejsca, w którym spotkałem to
Coś. Wtedy zrozumiałem, że to nie był przypadek. Zostałem tam celowo zwabiony.
Zostałem wykorzystany. Dopiero teraz przyznałem przed sobą, że tajemnicza
niedyspozycja Carolyn zbiegła się w czasie ze zniknięciem kuli. Byłem zbyt
rozgorączkowany by logicznie myśleć a tym bardziej pracować. Zadzwoniłem, że
wrócę wcześniej. Wziąłem wolne popołudnie i pognałem czym prędzej do domu.
Łudziłem się, że teraz znajdę dziwny artefakt. Miałem nadzieję, że moje obawy
okażą się bezzasadne. Oczyma wyobraźni widziałem jak znajduję kulę po stertą
ubrań lub w pokoju obok.
Pierwszą
rzeczą, która powitała mnie na miejscu był wspaniały zapach obiadu. Carolyn
stała w kuchni, gdy do niej podszedłem rzuciła mi się na szyję i szepnęła
- Doktor powiedział że... jestem w ciąży.
Oblał mnie zimny pot. Uśmiechnąłem się do niej i
powiedziałem coś w stylu "to wspaniałe kochanie". Nie
brzmiałem przekonująco. Nie potrafiłem nie wyciągnąć tego potwornego wniosku co
do natury poczęcia. Musiała zobaczyć, że pobladłem. Na nic zdało się
tłumaczenie, że naprawdę się cieszę. Zawiedziona pobiegła do sypialni.
Słyszałem jak płacze. Nie mogłem jednak nic zrobić. Prawda mogłaby ją zabić,
zresztą żyłem nadzieją, że się mylę. Od tego dnia zaczęliśmy się od siebie
oddalać.
Wielogodzinne przetrząsanie całego domu nie przyniosło rezultatów. Kuli
nigdzie nie było.
Dziewięć
miesięcy w oczekiwania na poród. Dziewięć miesięcy codziennego koszmaru i
niepewności. Mimo zapewnień lekarzy, że wszystko jest w porządku, nie mogłem
wyzbyć się niemalże irracjonalnego strachu. Bałem się, że istota w Carolyn nie
jest moim dzieckiem i nigdy nim nie była. W końcu, 9 października 1926 roku
nastąpiło rozwiązanie. Odetchnąłem z ulgą, gdy malec okazał się całkowicie
normalny, a w dodatku wykazywał niezaprzeczalne do mnie podobieństwo. Po raz
pierwszy od długiego czasu byłem szczęśliwy. Mimo iż pewna doza niepewności
pozostawała to jednak byłem przekonany, że koszmar dobiegł końca. Miałem
nadzieję, że teraz znowu między mną a Carolyn zacznie się układać. Przez całą
ciążę prawie ze mną nie rozmawiała. Uważałem, że ma powód do żalu więc nie
naciskałem. Spełniałem też wszystkie jej zachcianki. Prawie codziennie
kursowałem między domem a biblioteką pożyczając lub oddając księgi, którym moja
małżonka oddała się bez reszty. Taki tryb życia przeczył jej żywiołowości i
dynamizmowi ale uważałem, że to normalne. Myślałem, że robi to dla dobra
dziecka. Bardziej martwiłem się gdy udawała się na długie spacery i odrzucała
moje propozycje towarzyszenia jej. Nie chodzi o to, że byłem nieufny. Bałem
się, że coś może się stać i nie będzie mnie przy niej na czas.
Minął rok
od urodzenia Alberta a stosunki z Carolyn stawały się bardziej oziębłe. Coraz
częściej zdarzało jej się pogrążać w lekturze dziwnych ksiąg tak głęboko, że ze
swego pokoju wychodziła tylko na posiłki. Zastanawiałem się czy na jej nagłą
zmianę naprawdę wpłynął tylko mój brak entuzjazmu gdy poinformowała mnie o
ciąży. Zatracałem się w coraz bardziej posępnych myślach. Mimowolnie łączyłem
kolejne fakty w logiczną całość. Kiedy udała się na swój kolejny spacer
postanowiłem ją śledzić. Stałem się od tego czasu jej cieniem. Podążając za nią
zwiedziłem wiele krętych i opuszczonych uliczek. Zbadałem niekończące się
labirynty kanałów. Obserwowałem z zewnątrz starodawne domy zapewne kryjące
wiele tajemnic, w których Carolyn często i długo przebywała. Widziałem wielu
osób, których wygląd przeczył wszelkim normom, a którzy jakimś cudem przykuli
uwagę mojej żony. Właściwie, wtedy już prawie nie miałem złudzeń. To nie była
ta sama osoba.
Nie mogłem
jednak jej odmówić instynktu macierzyńskiego. Dziecku nigdy niczego nie
brakowało. Poświęcała mu wiele czasu. Często słyszałem dochodzącej z jej pokoju
przytłumione odgłosy kiedy czytała coś Albertowi. Nigdy jednak nie byłem w
stanie zrozumieć choć słowa.
Apogeum
dziwne zdarzenia osiągnęły dnia 21 stycznia 1928 roku. Skończyłem pracę trochę
wcześniej. Mimo mroku, który już zdążył już zapaść, idąc do domu zobaczyłem
moją żonę podążającą gdzieś z zawiniątkiem na rękach. Szybko podjąłem decyzję o
podążaniu jej śladem, gdyż miałem straszliwe przeczucie, że wiem co znajduje
się tobołku, który dźwigała. Śnieg dawno już pokrył chodniki co ułatwiło mi
podążanie jej śladem gdy zagłębiła się w praktycznie nieużywane wąskie uliczki.
Śledziłem ją dobre pół godziny nim doszła na miejsce. Jakież było moje
przerażenie, gdy okazało się, że historia zatoczyła tym samym koło. Posuwając
się jej śladem zaszedłem w miejsce, w którym wszedłem w posiadanie dziwnego
przedmiotu. Gdy Carolyn doszła co celu położyła zawiniątko na ziemi Zgodnie z
moimi przypuszczeniami znajdował się w nim Albert. Nakreśliła dookoła jakieś
nieznane mi znaki po czym cofnęła się, uklękła i zaintonowała pieśń, której
słów jednak nie byłem w stanie odróżnić. Wtedy to tylko dzięki sile woli nie
krzyknąłem z przerażenia, nogi się pode mną ugięły a oczy zaszły mgłą. Nie
straciłem jednak przytomności. To powróciło. Spojrzałem na Carolyn, kiedy tylko
pojawił się dziwny stwór zaczęła się dławić. Drgała spazmatycznie aż w końcu
upadła. Po minucie jej ciało całkiem znieruchomiało. Z rozwartych ust wytoczyła
się kula znacząc śnieg na czerwono. Wtedy to istota schwyciła Alberta i
spojrzała w kierunku miejsca, w którym się ukrywałem. Wydała z siebie koszmarny rechot. Wiedziałem, że bestia
naśmiewała się ze mnie. Chwilę potem znikła w mroku unosząc ze sobą mojego
potomka.
Ostatnie co
pamiętam, to widok gwiazd zachodzących czerwienią. Potem wszystko ustąpiło
miejsca zbawiennej czerni.
22 stycznia 1928 w gazetach ukazał się sensacyjny
artykuł, który wstrząsnął opinią publiczną. Policjant, Richard H. został
zatrzymany w labiryncie starych uliczek gdy obijając się od ścian biegł nimi na
oślep wyjąc obłąkańczo.. Niedaleko natknięto się na zwłoki Carolyn H. Przyczyną
śmierci były rozległe obrażenia wewnętrzne, lecz nie wiadomo w jaki sposób
powstały. Trochę światła na sprawę mógłby rzucić przedmiot znaleziony na
miejscu zbrodni, lecz w zagadkowy sposób zniknął on z policyjnego magazynu.
Zatrzymanemu funkcjonariuszowi najprawdopodobniej postawiony zostanie zarzut
zabójstwa żony. Syna, Alberta H. do tej pory nie odnaleziono. Oskarżony nie był
w stanie złożyć żadnych wyjaśnień. Lekarze twierdzą, że popadł w obłęd.