
|
WFRPC #5 |
Dhrain
OPIS:
Niezwykle chudy i kościsty krasnolud. Ma białą brodę, choć czarne brwi. Oczy koloru zielonego. Jest dość niski, mrukliwy, skryty i zdziwaczały. Zdarza mu się popaść w okropny gniew, czasami w głęboki smutek. Ma 89 lat, obsesję na punkcie zwłok, śmierci, ciemności, mroku... jego skóra jest blada, a oczy wiecznie podkrążone.
CHARAKTER:
Neutralny- nie ma na celu wykorzystywania swej magii, by czynić zło, lecz uważa ją za swe powołanie i pasję. Tendencje do złego. Z czasem zapewne się zdegeneruje, ale na razie nie zabiłby niewinnego dziecka, by zyskać jego serce.
RODZINA:
Został wyklęty. Dwaj bracia, ojciec i matka wyrzekli się go, choć nie prosto w oczy. Nie utrzymuje z nimi kontaktów. Niewiele dobrego spotkało go z ich strony i nie czuje w stosunku do nich miłości.
UMIEJĘTNOŚCI:
widzenie w ciemności- 30 m EKWIPUNEK:
czarna, prosta szata PSYCHIKA I ZDROWIE:
Nienawiść do goblinów, orków i hobgoblinów. ZNANE JĘZYKI:
Staroświatowy,
POZIOM MOCY: ZAKLĘCIA:
uśpienie, DZIEJÓW STRESZCZENIE:
„Twierdza mych braci, której nazwy znać nie musisz, a i oni tego by nie chcieli, leży w północnej części Gór Szarych. Ojciec był dosyć ważny. Pokładał we mnie pewne nadzieje. Nie mógł mnie zrozumieć, zawiodłem go. Ale też wyrzutów sumienia nie mam. Jestem nekromantą, a nie zbrojmistrzem. Mam na swym kącie 2 łowców czarownic, mnóstwo stronic, wyinkantowanych słów, poświęceń, przyzwanych dusz. Ty też uważasz, że to plugawe? Jesteś głupcem, to jest piękne. Nikt mnie nie rozumie, alem już dawno przestał oczekiwać zrozumienia. Nie zależy mi na nim, pragnę tylko, by nikt nie stawał mi na drodze.
Bracia nie wyrazili żalu, gdy zaczerpnąwszy podstawowych nauk opuszczałem swój dom. Moja droga szła przez las Drakwald. Tutaj poznałem swą nauczycielkę- starą, dobrą wiedźmę Marnę. Była ohydna, lecz potężna. Mieszkała w starym, zapomnianym miejscu w głębi ponurej puszczy; w murowanej wieży. Dobra była dla mnie poczciwa jędza. W zamian z dostarczanie pożywienia, sporządzanie leków i receptur uczyła wszystkiego. Zamieszkałem w okolicznej wsi, w której nikt specjalnie nie zwracał na mnie uwagi. Hehe, chowałem tam zmarłych na zarośniętym cmentarzyku i odprawiałem mszy czasem. Za spokój pomogłem tym ludziom wyjść na prosto, przy mnie nikt ich nie oszukał z płaceniem podatków i gospodarowali siem rozsądnie. A Marna mnie uczyła i uczyła, czerpiąc z tego radość, wiedząc, że niebawem nadejdzie jej koniec. A spóźniał się. Zdechła okropnie- wpierw białe włosy wypadały jej kępami, potem zaczęła jej usychać dłoń, odlatywać skóra... Zakrztusiła siem własną krwią. A ja już poznałem bardzo wiele i wziąłem po niej spadek. Potem żem rozpoczął życie podróżnika, wyrzynając wiele zielonych i innych wraz z pewną kompanią. Jeden naiwniak myślał, że jest bystry i wielce szlachetnie chciał ukrócić mój żywot jako „złego czarnoksiężnika”, ale przyzwane szkieletory naszpikowały jego brzuch swymi pazurami. Tak to się rozpadło. Z tego powodu natrafiłem na pierwsze problemy z łowcami czarownic. Od drugiego mało com nie zginął. Trucizna, ja mu dam truciznę. Taki dobry, myślał, że ratuje świat... a ich dwóch to ja zabiłem. Nie jest mi to wcale potrzebne. Bym studiował i rósł w potęgę w odosobnieniu, ale nie, zawsze się jakieś kurestwo przyczepi. Pluję Solkanowi w twarz! Nie czczę żadnego, choć do krasnoludzkich bogów czuję głęboki szacunek. Wiem jednak, że nie pragną takiego sługi.
Wiele czytam i wiele myślę ostatnio. Jestem w Kislevie. Jestem bibliotekarzem. Odgarniam ze zwojów kurz gdy zapadnie zmrok i pozostaję sam w piwnicach. Odgarniam całuny ze zwłok zmarłych. Wkrótce planuję znaleźć swe miejsce. Wpierw jednak sprawdzić należy prawdziwość tychże map z zaznaczonymi położeniami krypt. Tajemnice są takie wspaniałe! Tylko mrok, tylko mrok i tęsknota do poznania wszystkiego w mej duszy.”
COŚ JESZCZE:
„Żyć znaczy umierać. Nie śmierć, lecz narodziny są końcem”
Gromph (gromph@o2.pl) |