Niszczyciel
Gromph,gromphh@o2.pl
[Wizja religii zawarta w opowiadaniu nie ma na celu dokładnie odzwierciedlać chrześcijaństwa, choć pewne cechy są podobne... Jeśli ktoś poczuje się urażony, trudno! W tytule nie chodzi o postać, lecz o żywioł.]
*******
W głębi kniei, w której wielu przepadło, żył pewien samotny człowiek. Był stary całą swą osobą. Miał niewielką drewnianą chatę. W środku mieścił się jeden pokój z krzesłem, stołem, łóżkiem i książkami. Wokół chaty nie było drzew. Kilkadziesiąt metrów za polaną szemrał zimny strumyk z czystą wodą. Stary człowiek był mężczyzną średniego wzrostu, lecz po wielu latach sylwetkę miał zgarbioną. Skórę miał siną i pomarszczoną, bardzo starą. Czasem mawiał do siebie w myślach, że już brak mu smaru w pożółkłych z upływem czasu kościach. Jednakże wielu zdziwiłoby się jego żywotnością i spokojem jaki z niego emanował. Co dziwne, staruch wciąż miał ciemne włosy i próżno by w nich szukać choć pasma siwizny. Nad orlim nosem zrastały się grube, krzaczaste brwi. Włosy miał długie, a całą twarz okalała broda. Znad wysokich kości policzkowych patrzały szare oczy.
Dobrze znał drzewa i powietrze. Dotknął dłonią jednego z ostatnich liści. Wierzba już dawno przestała dostarczać mu sok, ale uparcie trzymał się gałęzi. Starzec zerwał go i zjadł. Wyczuł, że zima jest bardzo niedaleko.
Często odwiedzał go kruk mający w pobliżu swe gniazdo. Kruk również był niezwykle stary. Jego towarzyszka zdążyła umrzeć przed czterema laty.
Pewnego razu starzec zobaczył tego strasznego ptaka, jak leciał ku niemu z czymś w dziobie, co odbijało światło. Ptaszysko wylądowało starcowi na ramieniu do otwartej dłoni składając swoje znalezisko. Dziwna była to rzecz, jednak stary, mimo że od dawien dawna nie prowadził rozmowy z żadnym człekiem, miał pewne swe domysły. Na srebrnym, solidnym łańcuszku w miejscach pokrytym rdzą zawieszony był osobliwy symbol wyrzeźbiony w białej kości. Był to krzyż, lecz boczne ramiona znajdowały się bardziej w górnej jego części. Coś powodowało starcem, iż zrobił otwór po drugiej stronie i zawiesił na szyi odwrotnie, niż było to na początku. Kruk popatrzył starcowi przenikliwie w oczy i przemówił grzmiącym mądrością „kra”, po czym odleciał, wspaniały czarny pan powietrza.
Innego razu starzec zmęczył się już czytaniem jednej z oprawionych w skórę, grubych ksiąg, które zajmowały trzecią część jego chaty. Po zgaszeniu świecy tak, jak robił zazwyczaj, wyszedł na ganek i z westchnieniem usiadł w swym fotelu. Niezliczoną ilość nocy już kiedyś tak siedział, w bezruchu, niby martwy, wpatrując się w czarne niebo. Czuł wtedy, że rozumie te drzewa, kamienie, las, powietrze, te owady, zwierzęta i ich spoczywające w ściółce szczątki. Tamtej nocy jednak nie było to mu dane. Przesunął spojrzeniem po widocznych gwiazdach, gdy nagle dostrzegł księżyc. Oddech zamarł mu w gardle. Rozchylił w zdziwieniu usta odsłaniając nieludzkie zęby. W maksymalnie rozszerzonych powiekach tkwiły zupełnie czarne oczy.
*******
Budził się radosny dzień. Słońce zalało brukowane uliczki Blutna. Rozpierzchła się ciemność nocy. Lekki, chłodny zefir poruszał nielicznymi w okolicy liśćmi nielicznych drzew. Piały koguty. Wesoło trzeszczały zawiasy otwieranych drzwi i okien. Jasne światło padało na twarze budzących się ludzi. Robaki w trawie pierzchały poganiane strachem do swych kryjówek pod ziemią, w fundamentach głównie drewnianych chałup i pod kamienie. Ćmy zamieniały się w posągi.
Nastał dzień Prosztok, co w języku Rdzawym oznaczało początek. Po pewnym czasie ulice zrobiły się tłoczne od ubranych w jednakowe, białe szaty, idących w uporządkowanych szeregach ludzi. Jedna rodzina stanowiła jedną linię. Starzy szli najbardziej po lewej, a młodzi w prawym brzegu każdego z poszczególnych rzędów.
Tłum zgromadził się o godzinie 7 rano przed ogromną, szklaną budowlą w centrum osady, na środku pokaźnego placu. Budynek był imponujący, zbudowany na planie sześcianu. Z każdego rogu wyrastała 20 metrowa wieża zakończona na czubku iglicy odbijającą promienie kulą. Pod dachem każdej z tych wież znajdował się jedyny mosiężny element – dzwon. Natomiast ze środka budowli wyrastało prawdziwe cudo – w przeciwieństwie do reszty w całości zbudowany z przezroczystego szkła, ogromny krzyż o prostokątnych ramionach.
Po paru chwilach przeciągłej ciszy na szczytach wież (cała wysokość oscylowała gdzieś w granicach 50 m) ukazali się chłopcy o krzywych kręgosłupach i równie powykrzywianych twarzach, za to ubrani w anielski strój ze skrzydełkami i peruką kręconych włosów. Każdy z nich trzykrotnie pociągnął za łańcuchy i powietrzem zatrzęsło uroczyste dzwonienie.
Natychmiast po tym w wielkich drzwiach kościelnych Młot Jutrzenki odsunął dwa stalowe rygle. Dwuczęściowe drzwi stanęły otworem i z czeluści zionęło wodą świeconą. Po chwili ze środka wyszedł istny olbrzym, pan Młot Jutrzenki z bronią przytwierdzoną skórzanymi pasami do pleców. Góry mięśni drgały na odsłoniętych rękach. Był to powszechnie szanowany za swe oddanie Bogu mnich. Przed sobą w wyciągniętych dłoniach jak co dzień niósł metrowe drzewko w donicy, rozkwitłe jednym, nieśmiałym kwiatem. Dostojnym krokiem dotarł do miejsca, gdzie na bloku kamiennym, którymi wyłożony był cały plac, było wyrysowane słońce. Wszyscy z uwagą obserwowali jak stawia doniczkę na samym środku – tak, że pada na nią migotliwy cień znajdującego się naprzeciwko krzyża. Mnich zdjął z pleców swój zardzewiały młot i wciągnął głośno powietrze odginając się do tyłu, niczym kat muszący odciąć toporem w szyi łeb giganta. Potem uderzył z potężną siłą. Drzewko w okamgnieniu uległo doszczętnemu zmiażdżeniu, tracąc każdą gałąź. Duża donica zamieniła się w roztrzaskane odłamki ostrego szkła. Mnich odszedł na bok.
Wtedy każdy z parafian podwinął swą szatę. Następnie klękając jeden za drugim utworzyli kolejkę. Gęsiego na kolanach skierowali się do kościoła, z rdzokrystowską dumą przechodząc przez obszar ze zbitym szkłem.
W środku zostanie odprawiona msza. Księża i biskupi przybyli tu przed 369 laty na dziwnych statkach drogą morską. Od tamtego czasu wszystko zdążyło się zmienić. Przybysze, którzy dziś są uważani za najwartościowsze osoby i są otoczeni czcią, wyraźnie różnią się nie tylko bystrością umysłu, ale też ciałem. Są o głowę niżsi od przeciętnego mężczyzny. Ich nogi i ręce są grubsze. Skóra ma żółty kolor. Na głowach nie rosną im włosy, nie mają też brwi. Co więcej, nikt nie widział wśród nich kobiety. Co jakiś czas wybierają sobie młode dziewczyny, by urodzili się kolejni. Po porodzie kobiety te chorują na dziwną chorobę – żyły występują im na twarz i stają się doskonale widoczne na całym ciele. Trzy są cały czas trzymane w klasztorze. Ale o tym nikt nie mówi. Rodzi się coraz więcej Świętych. Cała wspólnota ochrzczona jest mianem Rdzokrystów. Ich księgą jest Tom Święty, w którym są zawarte niewyobrażalne mądrości oraz historia stworzenia świata i dziejów Dystusa, Syna Bożego. Idee Rdzokrystów to Światłość i Dobroć. Kamienne kręgi popadły w ruinę.
Na mszy każdy spożywa opłatek, który jest ciałem Dystusa (Krystus to tajemne imię, którego nie wolno używać) i choć nikt nie potrafi pojąć w jaki sposób to możliwe, to też i nikt się nie pyta, bowiem wierzący wiedzą, że nie są w stanie zrozumieć pewnych zawiłych kwestii, tak jak Święci. Kapłan odprawia modły i każdy musi trzykrotnie uderzyć czołem w kamienną podłogę. Cały ten ból jest dla parafian zaszczytem. Nie pamiętają, co stało się z ich ojcami 7 pokoleń wstecz. Każde narodzone niemowlę zostaje oddane do klasztoru na Święte Nauki. Kapłan zachęca parafian do rozmnażania się w wolnym czasie. Po mszy rozdawany jest pokarm i wszyscy udają się wypełniać odpowiednie prace. Szkło sprzed Kościoła co jakiś czas jest zbierane i myte pod wiadrem. Odłamki idą do przetworzenia, a zawartość wiader w postaci wody zmieszanej z krwią z kolan jest wylewana do jedynej studni.
W Blutnie rozpoczęto budowę fabryki. Wszyscy się bardzo cieszą, ponieważ to kolejny krok, by upodobnić ich małe państewko do Królestwa Bożego. W tym samym celu niszczone są lasy. Drewna nigdy nie jest za mało. Trzeba budować, no i nadaje się do ogromnych pieców.
W Blaknie nikt nie cierpi na głód, nikt nie jest biedny, każdy ma gdzie spać, nie ma praktycznie podziałów społecznych, każdy ma swoje zajęcie i zna swoje miejsce – nie licząc tych, którzy się sprzeciwiają. Spotyka ich należyta nienawiść.
Osada leży 10 mil od krańca wielkiej puszczy, gdzie jest wybrzeże. Puszcza od zawsze nazywa się Lasem Tartaru. Nie można się oddalać od ostatnich domów więcej niż do granicy ściętych drzew, gdyż to niezgodne z prawami Boskimi. Wszyscy w głębi serca dziękują za te wspaniałe nakazy moralne swemu Stwórcy. Bez nich przecież zachowywaliby się jak głupcy. Kto by nimi pokierował? A więc trzeba dziękować poprzez modlitwy i przestrzeganie co tydzień postu. Starzy mężczyźni i kobiety drżą w strachu przed nicością śmierci, wchodzą na kolanach na schody korząc się przed Okiem Boga, czołgając się i kwiląc psalmy pod nosem, a mimo to umierają z uśmiechem na ustach – ten fakt wszystkich utwierdza w wierze.
Święci technologicznie doszli do fabryk oraz broni i nie chcą ruszyć się ani kroku dalej, bo to pozwala im utrzymać wiernych. Nie postąpią ani kroku do przodu. To wystarczy im aż za nadto.
Samotne chaty i małe wioski w lesie są eleminowane. Nie było ich dużo, bo człowiek obawia się Puszczy od 369 lat. Puszcza jest zła. Jedyne, co w niej dobre, to drewno.
Podobno nie istnieją żadne inne osady.
*******
3 mile za Blutnem zaczyna się świat rządzony innymi prawami. Pradawna puszcza skrywa w sobie przerażenie tych, którzy już stamtąd nie wrócili. W lesie nigdy nie znika mgła. Tam dach drzew nie przepuszcza słońca i trwa wieczna noc. Większość roślin przestało potrzebować światła dawno temu.
Nieprawdą jest to, w co mieszkańcy tego miasteczka pośród dziczy zawzięcie wierzą. Owszem, puszcza rzeczywiście jest ogromna. Ale też Blutno nie leży w jej środku. Wybrzeże jest na południu. Las roztacza się przede wszystkim na wschód i zachód. Osada leży we wschodniej części, tam, gdzie obszar kniei jest najmniejszy biorąc pod uwagę odległość od południowego do północnego krańca. I tak, gdyby przebyć 9 mil gęstwiny idąc w kierunku, gdzie księżyc unosi się w środku nocy, wyszłoby się na pagórkowaty teren będący stepem. Na zachodzie co prawda jak okiem sięgnąć widoczna by była ciemna linia drzew, lecz sam wędrowiec wydostałby się poza ich zasięg.
Gdyby wejść zaś na jakieś wzniesienie w przejrzysty dzień można by ujrzeć w dali niebotyczne góry, których niższe zbocza zalesione są sosnami...
Hylf oderwał wzrok od widoku bezkresnej przestrzeni drzew i stepu dalej, który rozpościerał się przed nim i pod nim, gdyż stał na skale wysoko ponad ziemią. Na niebie kłębiły się ciemne chmury, ale nie było duszno i nie zanosiło się na deszcz. Było zimno. Mimowolnie jeszcze raz zaczął przyglądać się pochwie i broni, która się w niej mieściła, a którą miał od niedawna, lecz przez cały ten czas nie rozstał się z mieczem ani na chwilę. Na pochwie z obu stron widniał identyczny wizerunek węża. Miecz pokryty był runami doskonale wyżłobionymi w srebrze ostrza. Widział w nim swoje przeznaczenie.
Obrócił się i ujrzał, jak z mroku wyłaniają się sylwetki wilków. Powróciły z łowów. Ror na kłach wciąż miał ślady krwi. Nie przełknął wszystkiego i zachował jej smak przy sobie.
Hylf nagle znów się znalazł w lesie, tamtej nocy, znów biegł wraz z nimi goniąc jakiegoś rozwrzeszczanego człowieka, który dziwnym trafem znalazł się aż tutaj... księżyc w pełni prześwitywał między wierzchołkami drzew. Jego widok wywoływał w nim odtąd nieopisaną tęsknotę. Czerń nie stanowiła problemu dla wzroku, gdy w nie dającym wytchnienia tempie przedzierał się przez las. Ale potem... skok przez rozpadlinę i dopadł ofiarę rozdzierając pazurami skórę. Wściekłość, krew, ciągła krew... ale to była tylko jedna noc. Wrathur powiedział, że Hylf nie może obrać ścieżki wilków. Słowo Wrathura jest nieodwracalne i tak oczywiste jak noc, czy dno na głębinach jeziora. Ale musiał się dowiedzieć, ten jeden raz wraz z nimi, w ciele silnej bestii od przyjścia do odejścia księżyca. To była tylko jedna noc, ale zapadła jak ciemność w jego duszę i nigdy tego nie wygoni. Czuł żal. Odwrócił się od wilka. Ror chyba rozumiał, bo odbiegł ku jaskini.
Hylf zbiegł ze zbocza na większą połać równego terenu. Kamienie sypały się w dół, po drodze zabierając ze sobą kolejne. Szedł w zamyśleniu, tylko na wpół zdając sobie sprawę z tego, co robi. Bardzo dawno o tym nie myślał, ale oto, nieoczekiwanie, wspomnienia uderzyły ze zdwojoną siłą robiąc wyrwę w murze odgradzającym go od przeszłości.
Nie widział zarośniętej ścieżki i mijającej po bokach gęstwiny, lecz tlące się czarnym dymem popioły swojej wioski. Rdzokryści krzyczeli słowa w obcym języku. Z nieba spadł kwas i ogień. Wojownicy zostali wystrzeleni z dział, potem spalono kobiety. Wszystkie starsze dzieci poświęcono ochlapując cieczą ich życia jakiś ołtarz. Robił to za pomocą noża tylko jeden kapłan. Wszyscy inni odeszli. Została jeszcze dwójka najmłodszych, on - ubrudzony w sadzy, boleśnie rzucony na ziemię i jakaś wijąca się w szmatach mała postać obok niego. Ale wtedy przed ołtarzem zamanifestował swą obecność demon, któremu kapłan dawał krew. Był cały ze światła, a w łapie miał granatową włócznię. Potem w umyśle Hylfa jest już czarna plama.
Jako dziecko zawsze był traktowany niczym ktoś gorszy. Pamiętał twarz matki o ostrych rysach, ale wciąż młodą, z jasnymi włosami, które, powiązane w warkocze, zwisały prawie do ziemi. Ojciec nie poświęcał mu ani krztyny uwagi; był silny i pogardzany ze względu na zamiłowanie do okrucieństwa, jednocześnie obawiano się jego złości, choć zawsze stawał po oczywistej stronie. Aż do dnia zgonu.
Gdy działo się to wszystko, Hylf od roku potrafił mówić. Męczy go, że nie wie, jakie miał imię. Może to dziwne, że zapamiętał aż tyle, lecz ta pamięć pojawiła się dopiero po jednej z rozmów z Nim. Jeśli chodzi o dzieciństwo, potem była puszcza i wilki. To wśród nich się wychował.
Choć tak naprawdę to nie one go wychowały. W głębi ziemi żyje Wrathur, ktoś, kogo kiedyś czczono. Bowiem lata wcześniej ludzie składali cześć pradawnym istotom i bogom ognia, wody, powietrza, ziemi, pustki i ciemności. Duchy lasu były szanowane i żyły z człowiekiem w zgodzie. Teraz ich kult zanikł, a jeśli gdzieś jeszcze istnieje, z czasem zostanie wytępiony jako bluźnierstwo. Ziemia jęczy. Hylf zaczyna rozumieć, dlaczego ta istota prowadząc z nim rozmowy za pomocą mentalnego głosu gdzieś z głębi mroku przyjęła rolę jego nauczyciela.
Gdyby nie On, Hylf byłby wilkiem w ludzkim ciele i poza ciałem nic nie zostałoby w nim ludzkiego. Zapewne brzmi to banalnie, lecz to dzięki naukom chodzi na dwóch nogach. Tylko dzięki Wrathurowi zna Stary Język i pismo, potrafi rozmawiać z duchami i odczytywać myśli z podgniłych czaszek. Stwór przelał na jego umysł tyle wiedzy, ile w nim mogło się pomieścić. Ale przede wszystkim Hylf został nauczony walczyć i zabijać. Czasem do nauki nie była nawet potrzebna świadomość ucznia. Czasem potrzebny był niewyobrażalny wysiłek i ból.
Nigdy nie widział Wrathura, który żyje głęboko, prawie cały czas śniąc wśród wzgórz kości. Nie może się stamtąd wycofać, gdyż najmniejsze nawet światło, które uderzyłoby w jego oczy usmażyłoby mózg. Wrathur prawdziwie nie zna nic poza pierwotną ciemnością. Wszystko inne to obrazy z umysłu Hylfa. Za sługi i sprzymierzeńców ma wilki.
Nikt nie byłby w stanie okazać mu współczucia mając pojęcie, czym jest. Obłęd dla ludzi oznacza tylko chorobę psychiczną innego człowieka, więc chyba żaden nie potrafiłby zrozumieć istoty, która pochodzi bardziej z Otchłani Obłędu niż z tego świata; nawet, jeśli ten świat nie jest zdominowany tylko przez ludzi.
Hylf nie zna nikogo poza swym mistrzem. Oswoił się z obcością, która w kimkolwiek innym budziłaby przerażenie i zasiewała ziarna szaleństwa.
Nastała prawdziwa zima. Ten fakt podniósł Hylfa na duchu, a wilki także były zadowolone. Pewnego dnia, gdy warstwa śniegu nie była zbyt gruba i sam mógł zdecydować o swym czasie, postanowił wyruszyć na północ. Akurat tamtędy wiodła najdogodniejsza droga wyjścia spośród gór, poza tym nigdy nie zbadał tych terenów. Wcześniej dostrzegał tylko suchsze od południowych obszarów, pagórzyste ziemie porośnięte żółtą trawą. Gdy czteronożni przyjaciele zniknęli wziął ze sobą topór, którym jeszcze nie władał tak doskonale, jak mieczem oraz gruby płaszcz z kapturem z futra pewnych leniwych mięsożerców. Nawet chmury szczelnie wzbraniające swymi oparami dostępu promieniom słońca nie mogły zmienić tego, że śnieg odbijał wszystkie światło i niemiłosiernie raził oczy. Mróz szczypał w policzki. W jednym miejscu zaczął przeklinać swoje roztargnienie, gdyż mało co nie skręcił karku na śliskim i stromym fragmencie zejścia. Gdy był niżej spod nóg pierzchnął mu zgrobas, półmetrowy robal żywiący się padliną. Dalsza droga przebiegała już znacznie spokojniej. Dochodząca do dwu metrowej w dołach, lecz dużo mniejsza na wzniesieniach warstwa białego puchu prawie nie skrzypiała pod butami; oddech na powietrzu zamieniał się w chmury białej pary. Co jakiś czas przenikał go powiew lodowatego wiatru. Wkoło panowała całkowita cisza. Miejsce promieniowało sennością.
Mijał czas, a on wciąż parł do przodu i wciąż nie było nic poza pagórkami. Później pojawiła się w nim jakaś dziwna wściekłość, przyspieszył kroku i postanowił nie zawracać.
Zatrzymał się dopiero, gdy robiło się ciemno. W jednym z dołów, we w miarę trzymającym się kupy śniegu wykopał coś w rodzaju nory. Aby uniknąć odmrożeń, roztarł odrobinę specyfiku z ziół, który nie pokrywając ciała szybko zasychał jak wosk. Zjadł i wypił bez mała wszystko, co miał ze sobą. Po tym wszystkim ponad godzinę nie mógł usnąć. W końcu zwyciężyło zmęczenie.
Obudził się jeszcze bardziej zmęczony – czarnymi koszmarami. Znikły z pamięci, gdy tylko powrócił do stanu normalnej świadomości, lecz przez pierwsze chwile czuł, jakby wcale nie odeszły.
W nocy spadło więcej śniegu. Mimo, że wciąż było ciemno zebrał się w sobie i ponownie ruszył w drogę. Mgła tak często spowijająca las, występowała i tutaj, choć bardziej przejrzysta. Widział na jakieś 7 kroków przed się. Naraz spostrzegł, ze teren się wyrównuje. W narastającym napięciu szedł dalej.
Przez moment, gdy rozsunęły się mgły, w dali zamajaczyły wysokie i dziwne kształty obcych budowli. Więc cała droga jednak nie okazała się bezsensowna. Powinno już świtać, lecz wciąż nie można było niczego zobaczyć w normalnym kolorze. Hylf spojrzał na swój oszroniony topór.
Po około półgodzinie drogi zobaczył granicę śniegu. Nagle po prostu się kończył, znikał. Dalej było twardo ubite, zupełnie suche podłoże przykryte warstwą drobnego, ciemnego piasku... i pyłu.
Ruiny. Błądził między alejami miasta zapomnianego przez śmiertelników. Szczątki ścian o niedorzecznych kątach, chwiejnie trzymające się budowle i wieże zbudowane z dziwnego kamienia – wąskie, obłędnie wysokie, kolcami rozdzierające przestrzeń nieba ponad nimi. Ze zdziwieniem zauważył, że ziemia jest ciepła. Zbliżył się do szerokich, inkrustowanych drzwi. Gdy pchnął z całych sił, wreszcie ruszyły z głośnym dźwiękiem ocierania się kamienia o kamień. Przecisnął się do środka, by napotkać oślepiającą ciemność. Przez chwilę stał nieruchomo, wdychając zapach przesyconego starością powietrza. Potem zaczął iść do przodu, mogąc tylko się domyślać, gdzie powinny być ściany, z wyciągniętymi przed sobą rękami, jak ślepiec. Przy dziewiątym kroku natrafił na coś lewą dłonią. Kleista maź pokrywająca jakąś część szkieletu... czaszkę czegoś...i kolejne... biegiem wrócił się do ściany. Otumaniony adrenaliną nie mógł znaleźć wyjścia. W końcu.
Ale oto ujrzał postać stojącą 3 metry przed nim. Gruby stwór w czarnej szacie o skórze wyglądającej jak stopiona świeca. Natomiast na twarzy nie miał skóry, lecz żywe mięso. Oczy zbudowane tylko z białek i obwisłe, zielone wargi.
rfhaw wis kbontr – odezwał się gardłowym głosem brzmiącym, jakby ktoś chciał krzyczeć szeptem – endertssobh.
Hylf stał jak skamieniały. Twarz mu napuchła. Nie mógł zrobić czegokolwiek.
Istota podniosła szponiastą łapę. Pomiędzy siedmioma palcami tkwiły błony. Ręka szybko upadła w dół w geście rozdarcia. Mimo, że to coś machnęło 3 metry przed nim, Hylf poczuł jak z piersi tryska mu krew. Niezdarnie wyszarpnął topór. W tym czasie na jego lewym policzku pojawiła się głęboka pręga. Desperacko rzucił się na stwora zataczając krąg toporem. Wróg zaczął się cofać, choć Hylf poczuł, że ma już rozwarte żyły na przegubach obu rąk trzymających topór. Dogonił i ciął z góry. Stal z ohydnym mlaśnięciem przez bark zagłębiła się w ciele czegoś aż do brzucha. Szpony jeszcze raz machnęły w powietrzu i człowiekowi z 3 szram na podbródku pociekł szkarłat. Na ziemi zasyczał przedśmiertnie wypluty kwas. Hylf jak opętany wyszarpnął topór z cielska i brudnym cięciem odciął stworowi potworny łeb.
Nienawidzę – wyszeptał.
W odpowiedzi dobiegło go tak dobrze znane wycie wiatru. Zemdlał z upływu krwi.
We śnie wciąż nie uwolnił się od odczuwanego długo strachu – patrzył na koszmarne niebo, na którym widoczna była niebieska planeta. Ponad nią, daleko po lewej były dwa świecące złoto księżyce; pomiędzy tym wszystkim widział wiele dziwnie ułożonych gwiazd. Całe niebo zdawało się mieć barwę dokładnie odpowiadającą bezkresnej próżni kosmosu. Gdy odwrócił spojrzenie od tego widoku spostrzegł, że... nie żadnej ziemi, a on nie ma żadnego ciała – jest świadomością zawieszoną pośród nieprzeniknionej ciemności, która w końcu zgasi światło każdej z gwiazd.
Gdy się obudził, był pewien, że jest tylko ten nieskończony mrok. Ale nie. Czołgając się znalazł pokryte śluzem, pożółkłe szczątki jakiś odpychających istot. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że wszystkie jego rany były przypalone. Ból nagle zaczął potężnie wżerać się w nerwy. Miał wrażenie, jakby do głębokich rozcięć na klatce piersiowej, przegubach, podbródku i po prawej stronie twarzy, wciąż przykładany był ogień. Obolałe miał również żebra i płuca. Lecz jego siła woli była wyćwiczona.
Nieraz to mu się zdarzało, więc wyczuł, że musi być gdzieś głęboko pod powierzchnią. Głęboko jak jeszcze nigdy. Oczy na nic nie mogły mu się zdać. Zwyczajnie zaczął iść w kierunku, w którym akurat był zwrócony. Powietrze było nieruchome. Poczucie czasu znikło. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak czas? Błądził w ciemności z grozą skradająca się pod gardło jak pająk. Nadszedł głód, stając się w końcu zwierzęcy i nie do wytrzymania. Wciąż błądził po niezliczonych korytarzach, komnatach, których rozmiary były trudne do określenia, kilkakrotnie odnalazł schody – zawsze prowadzące w dół. 3 razy natrafił na bardzo długi ich ciąg, raz po bokach ani przez chwilę nie było ścian. Otchłań czerni kusiła... rzucił kamień i nie usłyszał, żeby o coś uderzył, choć słuchał długo... Dalej były kolejne labirynty. Stawały się coraz bardziej ciasne. Nie było w nich już grobów, najczęściej tylko ściany i najczęściej już nie pokryte odrażającymi w kształtach płaskorzeźbami – te spotykał wszak tylko w otoczeniu grobów. Niektóre były puste. Ale je już zostawił daleko za sobą. Z tego, że wciąż schodził w dół, nie wynikało już nic, bo nie odnalazł innej drogi, a wracanie się byłoby teraz pozbawione namiastki sensu. Wkrótce nadeszła potworna dezorientacja. Widok się rozdwajał i zakrywały go brązowe robaki. Hylf zaczął myśleć o znajomym sobie księżycu, w który przez swe lata bardzo długo się wpatrywał. Nawet go nie obchodziło, czy minęły dni, czy wieki. Ciemność...
Gdy znów otworzył oczy nie czuł głodu, lecz bał się przełknąć śliny – wnętrzności i gardło miał jakby oblepione trocinami...Wstał i szedł dalej.
Mrok był gęsty, labirynt nieskończony. Nie zależało mu już nawet, czy zostanie tu na zawsze. Chodziły po nim pająki. Ściany były od niedawna zimne i kamienne.
Potem wyczuł ledwie chłodny i ledwie zauważalny, gdyby nie fetor, wiatr.
*******
Święty Przyjaciel Teodor jak co dzień odbywał wędrówkę ulicami Blutna odwiedzając wiernych
- Niechaj Rdza obejmie wszystko – przywitał się rytualnie z budowniczym
- - I niech zapanuje nasze królestwo – odparł na to on
Przyjaciel Każdego minął przykładnego rdzokrysta. Zbliżał się do domu, który miał dziś odwiedzić jako ostatni.
W domu tym było ukrywane jedyne w Blutnie dziecko nie oddane na pranie mózgu do klasztoru. Pan Teodor miał tego dnia usłyszeć jego płacz w odległym pokoju i nic nie dać znać po sobie.
Po ogłuszeniu dziecko i ojciec zostaną spaleni w piecu.
W dalszej przyszłości - Święty Bonifacy czołgał się wzdłuż szarego dywanu do tronu na końcu wysokiego pomieszczenia. Ściany i podłoga były czarne, sufit podparty na czterech filarach pokrytych Dystusowymi płaskorzeźbami. Na tronie siedział żywy trup. Na jego czaszce pozostały tylko strzępy cienkiej skóry. Szkielet był okryty przytwierdzonym klamrami do kręgosłupa szatunem sytyńskim, gdyż tak zwała się rytualna szata Pierwszego – przed - Bogiem. Na czole miał coś w rodzaju hełmu – tylko na wysokość brwi, ze stali koloru rdzy, z którego wychodził w górę gruby krzyż. Kościste palce ozdabiały dwa sygnety.
- P-panie...
- Taaak?
Starzec uderza głową o ziemię, wbija kciuki w skronie. Wiruje chaos i czas, który nie jest niczym poza złudzeniem żywych...
*******
Hylf wyczołgał się z tunelu, w którym ledwie starczyło dla niego miejsca, by się czołgać. Czując, jakby z jego ciała wyciekło wszelkie życie, legł ciężko dysząc na gęsto zaścielonym pyłem podłożu. Topór musiał na ścianach za nim zostawić grube rysy. Pogodził się ze śmiercią, był nawet wesoły na myśl o jej nadejściu. Nie myślał, że jeszcze ruszy się z miejsca, w którym padł, połową ciała wydostając się z tunelu. Wtedy w powietrzu rozbrzmiał nienaturalne niski głos:
- Dotarłeś, człowieku
Hylf z twarzą w kurzu był pewien, że to jakaś mara, twór jego obłąkanego umysłu. Ale wtedy jakieś ręce o półmetrowych, cienkich palcach złapały go za fraki. Chwilę potem stał trzymany przez 3 metrową kreaturę. Potężne humanoidalne ciało bestii obrośnięte szarym futrem spod którego prześwitywała jasna skóra, to jedyne, co widział na początku. Później zbierając siły uniósł twarz i zobaczył wielki wilczy pysk z błoniastymi uszyma jak u nietoperzy, kły długie na półtora decymetra i dwoje wpatrzonych w niego, czerwonych oczu. Ich widok zapamiętał na zawsze – głębokie oczy pełne starej mądrości, a jednocześnie zawierające w sobie dziwny błysk, coś wzbudzającego trwogę.
- ...kto?
- Uwięziono mię tu na wieczność, lecz przez ten okropnie ciasny tunel mogę wysyłać swe niematerialne służki. Mam pilnować tego miasta, by nie uległo profanacji. Nie pytaj, człowieku, nie wiem kim jestem.
Ciężko sobie wyobrazić jak równie mało racjonalna sytuacja potrafi otrzeźwić. Hylf stał już sam, chwiejąc się lekko. Próbował przełknąć ślinę, ale gardło było suche. Jego rozmówca uczynił jakiś gest ręką o nieproporcjonalnie długich, kilku-stawowych palcach nieodgadniony gest, odwrócił się i począł chodzić po komnacie. Jej rozmiary mogły przyprawić o obłęd. Tym bardziej, że oprócz podłogi wszystkie ściany pokryte były wspaniałymi rzeźbami, przedstawiającymi najpewniej dzieje rasy podobnej temu... wilkołakowi? Często przewijał się motyw śmierci; otoczenie było niesamowite, ale zawsze czy to wewnątrz nieograniczonych budowli, czy pod niebem, na którym gościł księżyc. Lecz mężczyzna nie mógł się skupić i właściwie odczytać galimatiasów, niewątpliwie ponad poziomem sztuki, którą mógł poznać do tej pory.
- Co się stało z innymi?
- Przenieśli się w gwiazdy... na niebieską planetę (Hylf drgnął czując ciarki na plecach). Czasem śnię o niej.
- Więc chyba podzieliłeś się ze mną swym snem... ale jak to możliwe, że znasz mój język?
- Księgi...
Istotnie, w sali było ich tysiące. Czy jednak mogły sięgać w przyszłość?
Widząc zakłopotanie człowieka, kreatura, siedząc teraz na ogromnym krześle, rzekła:
- Mów mi Gardwamal
- Gardwamalu – odparł Hylf prawie swoim dawnym, pewnym głosem – Kogo spotkałem na zewnątrz? Kto tu żył? Jak długo tu jesteś? Jak obywasz się bez pokarmu? Jak...
Przerwał mu upiorny chichot. Człowiek zamilkł, strapiony.
- Całe wieki nie słyszałem innego głosu. Wiedz, że czuję głód. Większy niż zdołałbyś pojąć. Ale nie mogę umrzeć. Jak długo tu jestem? Od początku czasu? Znam treść każdej z tych ksiąg na pamięć, z wyjątkiem kilku wszystkie doskonale – odchrząknął, co wzbudziło pojedyncze echo, a brzmiało jak schrupana kość – ale to wszystko niedługo stanie się nieważne.
- Dlaczego?
- Wpierw sobie uświadom: średni wiek zgonu wśród mych pobratymców, którzy skazali mnie na wieki w samotności, na tej ziemi wynosił dwadzieścia lat.
Hylf zrozumiał, z jakiego powodu na ścianach widnieją wizerunki przede wszystkim śmierci.
- Teraz spójrz tam.
We wskazanym miejscu był ledwo widoczny zarys obszernych, kamiennych drzwi. Po bokach w ścianie były zagłębienia.
- Jeśli wleje się tam krew drzwi staną otworem.
Wojownik cofnął się nagle drżącą dłonią sięgając po topór.
- Pchachacha! Głupcze, otworzą się tylko, jeśli tej krwi będzie tyle, ile w moim ciele...
Gdyby nie wysyłane przeze mnie duchy nawet ze swą wytrzymałością nigdy byś tu nie dotarł. To ja w twej nieświadomości lekko kierowałem twoimi krokami. A podziemia nie są zupełnie puste!
- Rozumiem, czego ode mnie oczekujesz, ale nie zrobię tego.
Gardwamal powstał
- Oczywiście, że tak! Wszakże to jedyny sposób, byś ocalał, nie łudź się!
- Ten sposób pozbawi miasta strażnika
Na te słowa bestia wyszeptała złośliwie jakieś gardłowe, ledwie możliwe do wypowiedzenia słowo, jednocześnie krzyżując w osobliwym znaku palce. Potworny ból wybuchł człowiekowi w głowie. Z głuchym jękiem, przyciskając ręce do oczu, osunął się na kolana.
Nastała cisza.
Przerwał ją głos gruby jak kamienne ściany tego grobowca
- Tylko rany zadane mi obcą ręką nie ulegną zagojeniu. Możesz nie pojmować tego, że tą najgorszą ranę, narastającą zbyt długo, ranę życia jest w stanie uleczyć jedynie śmierć. Nie pojmujesz, ale musisz wyzwolić mnie wreszcie, bo duszę się oplątany ohydnymi granicami ziemskiego żywota od stuleci.
*******
Ciemną leśną ścieżką wędrował słaniający się na nogach wojownik i groteskowa postać do złudzenia przypominająca wizerunek wilkołaka z dawnych wierzeń. Wrota zostały otwarte w połączeniu krwi ich obu, a człowiek przeżył jedynie dzięki temu, iż Gardwamal poświęcił dusze swych eteralnych sług by przywrócić mu energie życiową. Ze względu na Lupina wędrowali tylko nocą – inaczej słońce oprócz zadawanego bólu odbierało mu siły, aż stałby się jeszcze słabszy niż towarzysz. Jego rasa nie była absolutnie przystosowana do życia za dnia.
Księżyc wzeszedł przed dwiema godzinami. Śnieg niemałym ciężarem oblegał gałęzie iglastych drzew.
- Masz Hylfie jakiś cel, by za jego osiągnięcie umrzeć? Pomimo tego, co zrobiłeś, wciąż spieszno mi do śmierci.
Człowiek popatrzył z powagą na kreaturę
- Mieszkają obcy w Lesie Tartaru, którzy wtargnęli tu w imię ohydnego boga. Stare czasy odeszły. Tną drzewa. Całkowicie zmienili lud, który kiedyś czcił bogów żywiołów. Mają maszyny, zatruwają glebę i rzeki rdzą. Od ognia z ich dział zginęło dwóch ze stada. Mój pan pragnie, by ziemia spłynęła ich krwią.
3 kilometry dalej na powitanie wyszły im wilki, z początku groźnie warczące na Gardwamala, potem wciąż nieufne mimo rozbawienia z jego strony, iż spotkał kogoś podobnego sobie. Hylf legł w swym namiocie, by pogrążyć się w letargu na 3 dni. Wilki z Ror’em i Ythroną na czele oraz Gardwamal udali się do jaskini.
Minął 1 cykl księżyca. Wrathur i wilkołak mogliby rozmawiać jeszcze przez lata. Zorganizowali napaść na wóz jadący od brzegu, kierowany przez jakiegoś ważnego świętego. Wiadomość Wrathur pozyskał od zwierzęcego zwiadowcy. Zdziwił się, że to jednoosobowa wyprawa. Po co kapłan tam jechał pozostało tajemnicą, ale w drodze powrotnej poganiał dwie 5 metrowe ćmy bez skrzydeł, jakby goniły go diabły. Po bokach przytwierdzone były pochodnie z osłonami przeciwko wiatru, rozpraszające z małym powodzeniem mroki nocy. Za rydwanem, do którego były zaprzęgnięte potwory, ciągnęła się prawdziwa dziwaczność – kilka połączonych łańcuchami cienkich, niezmiernie lekkich płaszczyzn na szerokość leśnej drogi, a na długość 6 m. każda. Pod spodem płaszczyzny, jadące 20 cm nad ziemią, były gęste od niezliczonych, małych kół na sprężynach. Jednak coś musiało przerwać tą radosną harmonię i trzaskanie biczem.
Ze szczytu ogromnego dębu, doskonale wyczuwszy moment jak cień spadł na świętego Gardwamal, nieomal wgniatając rydwan w ziemię. Rozdarł rdzokrysta na pół. Nie wiedział jednak, że wcześniej ten wczepił w jego skórę kleszcza. I tak by pewnie dostał zawału serca, lecz lupin oszczędził mu tej przyjemności rwąc ciało jak śliwkę. Zdezorientowane ćmy zwolniły, by w końcu się zatrzymać.
Z pewnością zasadzka nie była wyrafinowana, ale cała sytuacja przedstawiała się równie dziwnie jak fakt, że tak łatwo się powiodło. Spomiędzy drzew wyłonił się Hylf i 3 wilki, którzy w ogóle nie okazali się przydatni. Ujrzeli skąpanego w cudzej krwi kompana.
Wóz z jedną „przyczepą” posłużyć miał do przewiezienia części ksiąg z pradawnego miasta.
Nieco później wydarzyło się coś dziwnego. Hylf znalazł w lesie norę zamieszkaną przez najpewniej człowieka. W środku było palenisko i niewielki kocioł. Na posłaniu ze skór leżały rozrzucone kości humanoida. Na półkach zaś były poukładane księgi i czaszki. Pomieszczenie musiało być bocznym tunelem jakiegoś dawno zapomnianego grobowca. Jako, że była późna noc, postanowił zaczekać kilka godzin, licząc na spotkanie mieszkańca tej samotni. Drzewa stanowiły jego kryjówkę. Tuż przed świtem jakiś skrajnie cichy szelest zwrócił jego uwagę. Potem, przez chwilę, w bladych promieniach odchodzącego księżyca dostrzegł kobiecą postać.
Wtedy wszystko skryła nienaturalna ciemność, w której jego niecierpliwe oczy nie mogły odnaleźć niczego poza bardziej ciemnymi konarami drzew. Nagle stracił świadomość od uderzenia czymś tępym w tym głowy. W chwilę później znajdował się już gdzie indziej, gdzie - nie mógł określić. Wszystkie jego zmysły działały w chory sposób. Widział przed sobą jakiś czarny słup w szarym dymie, słup głosem bagiennego ducha wymawiający sylaby, których on nie potrafił poskładać w normalne słowa. Potem pamięta jedynie jak otworzył oczy ok. 1000m. od jaskini, u podnóża gór. Nigdy nie odnalazł więcej tamtego miejsca. Na pamiątkę nie została mu nawet rana na głowie.
Tymczasem w najgłębszej sali klasztoru, w najciemniejszym podziemnym pomieszczeniu siedział Pan Kleszcz, o ogromnej, łysej głowie, przywodzącej na myśl napojonego i tłustego pasożyta. Jego złośliwe oczy były skryte za szczelnie zamkniętymi, drgającymi powiekami. Siedział zgarbiony na pojedynczym, żelaznym krześle w małym pokoju o poplamionych ścianach. Obłaziły go setki kleszczy, ale piły tylko te, które zmieściły się na nadgarstkach. Niektóre wylewały się z nosa i wchodziły do ust. Reszta skóry Pana Kleszcza była obrośnięta gęstym, czarnym owłosieniem. Siedział tak pośród ciszy, zimna i mroku, skoncentrowany do czerwoności. Odbierał fale skrawków obrazów, dźwięków i przeczuć, jakie przysyłał mu jego mały sługa wczepiony w wilkołaka.
A on, absolutnie nieświadomy, że ktoś może widzieć jego poczynania, pewnej nocy udał się z powrotem do miejsca, w którym tak długo był uwięziony. Uzgadniał to i przewiezienie części ksiąg miało być dokonane właśnie wtedy. Wzrok Wrathura wcale nie uniemożliwiał mu pochłaniania zapisanej wiedzy. Kalectwo oczu nie było całkowite. Ciemność pozostawała tak samo czarna – a mimo to widział w niej, na czymkolwiek skupił spojrzenie.
Zima wciąż trwała. Gardwamal skończył przedzierać się przez gęsty, ciemny las, w którym nawet za dnia panował zupełny mrok. Prędko nawet jak na siebie dotarł do wrót, za którymi była tak dobrze znana mu komnata. Nawet węch nie pozwolił mu wyczuć, że nie jest sam. I w jednym momencie nie wiadomo skąd pojawiły się proste machiny, z wielką siłą rzygające kwasem. Przepalał skórę i wrzynał się aż do kości. Nie zważając na ból, Gardwamal rzucił się w stronę, skąd uderzała w niego wyniszczająca ciecz. Jego ciało zaczęło się deformować, gdy wydarł skądś skuloną postać świętego Krytiofszana i łapą odrąbał mu tłustą głowę. Wtedy z zarośli wypadły niektóre wilki i rzuciły się na pozostałych. Skrywały ich jakieś cuchnące moce, które blokowały możliwość wyśledzenia po zapachu. Niektórzy zdążyli zapaść się pod ziemię... Na śniegu leżał konający Gardwamal i wciąż broczące krwią trupy. Jego głód śmierci wkrótce miał być zaspokojony.
*******
Spokój... Wiedza została spalona, Gardwamala już nie ma. Hylf zamglonymi oczyma spoglądał na odbicie płomieni ogniska na ostrzu jego miecza. To od początku musiało się stać. Tak po prostu. To po to żył. To po to umrze. Wrathur jest wściekły. Zawsze chciał wykorzystać swego wychowanka w ten sposób. Ostatni opór. Desperacki atak, aby zachować honor, atak wcale nie skazany na niepowodzenie, gdyż z założenia będący ofiarą. Właśnie tego Hylf zaczynał się domyślać. I rozumiał.
Myślał również o wydarzeniach sprzed stu godzin, gdzie zszedł w głąb podziemnych jaskiń i spożył zioła, które pozwoliły mu dobrze widzieć bez najmniejszego światła. Wśród kości odnalazł za przewodnictwem głosu materialną postać swego pana.
Był dziesięciokrotnie większy od zmarłego wilkołaka. Jego skóra była zupełnie czarna, i choć ciało w większej części kojarzyło się z gigantycznym wężem, pozbawiona była łusek. Z wężowatego odwłoku wyrastał szeroki, kościsty korpus, z którego wychodziło 7 rąk. Potworny pysk był demonicznego kształtu, choć oczy w nim tkwiły wielkie jak oczy muchy względem jej głowy. Pokrywały go skórne zgarbienia. Pod szerokimi nozdrzami Hylf widział parę wielkich kłów i rozdwojony język. Z głowy wyrastały dwie pary rogów – pierwsze, po bokach, niewielkie proste – drugie, kręcone, masywne i godnie wieńczące koszmarne oblicze. Taka był postać Wrathura. Po części przykrywały go setki czaszek. W umyśle Hylfa przemówił kilkoma tylko słowy.
Ognisko wygasło na długo przed odejściem mroku. Następnego dnia, który był już trzecim, odkąd wyruszył, ujrzał wielkie jezioro o ciemnych wodach. Z opowieści Wrathura wynikałoby, że to właśnie jezioro Bezsen. Kiedyś wierzono, że w nim rodzą się koszmary wyrywające ze snu. W tym jeziorze zdawały się także rodzić wszystkie spowijające tak ogromny obszar, gęste mgły. Snując się z rytmem wiatru przy ziemi, przywodziły mu na myśl potępione dusze z pewnej historii o dawnych czasach. Szedł w pewnej odległości od brzegu, gdyż bliżej mróz i wilgoć były bardzo intensywne. Za nim cichym, miękkim biegiem podążali Ror i Ythrona... podejrzewał, że zdecydowali się nie opuścić go do końca. Żałował ich doskonałości, tak jak od dawna im zazdrościł, a jednak wiedział, że nie jest w stanie odwrócić ich od żadnego postanowienia. Sami decydowali o swoim losie.
Mimo, iż ostatnio przywykł do nocy, nie mógł przekładać podróży na jej czas, bowiem pochodnie szybko wygasały, zimno było zbyt wielkie i droga stawała się niemożliwie uciążliwa. Czwartego dnia spotkał starego kruka, a niedługo potem oszalałego starca, który oczy miał całkiem czarne i rzucał się wciąż na niego z ostrymi zębami, aż zmuszony był go zabić. Znalazł przy nim odwrócony krzyż. Wówczas kruk zaczął go śledzić i miał go nie opuścić aż do końca, kiedy to on sam zanurzy się na wieczność i w doskonałej Pustce.
*******
Hylf wylazł na oszpecającą Las Tartaru, ogromną, wyciętą dziurę i zobaczył Blutno.
Na jego ulicach niósł ból i śmierć. Miecz ciął, a wtórowały mu wilki. Był zbryzgany krwią, w małej części własną i wciąż szybkimi ciosami broni utaczał nowej.
Młot Jutrzenki poczuł smak stali sunącej wzdłuż jego twarzy, lecz chwilę później jego czaszka została strzaskana. Święci wychynęli z klasztoru na zewnątrz. W oszklonym pojeździe jechał Pierwszy – przed – Bogiem, a obok niego święty Bonifacy. Zasuwy były wprawiane w ruch, broń wyciągana na zewnątrz, ale tam szalał strach przed diabelską postacią, jej kosą i jej wilkami. Cierpienie odbierało życie. Życie kończyło się cierpieniem. Hylf nie był zupełnie sobą. Odkąd przedarł się do nich i pod jego stopami padło pierwsze, martwe ciało chciał, by umarło wszystko wokół niego. Zabijał. Była noc. Chcieli światła, ale nieroztropnością wywołali pożar. Blutno zbudowane było z grubych bel drewna. Trup krzyczał i ugasił jednak żywioł zniszczenia, ale kosztowało go to wybuch czaszki.
W końcu bezradność się skończyła, ale Hylf myślał, że to nie jego krew i w istocie wciąż w ziemię wsiąkała jucha najeźdźców. Wyznawcy Dystusa opanowali swe szeregi. Stawili czoła oczywistemu obłędowi, jakim było przerażenie przed jednostką.
Jednak zanim go poskromili minęło wiele żyć. Ujrzał jakąś kobietę o wyglądzie diabła, okaleczoną i przywiązaną do stosu. Miano ją spalić, gdy wtargnął w oazę szczęścia. Odzyskała świadomość, wyrwała się z więzów i przyzwała pioruny, ale to był koniec jej siły wyczerpanej na torturach. Hylf Usłyszał skowyt Ythrony i ujrzał palące się, odsłonięte mięso na śmiertelnych ranach Rora, który był cały czas u jego boku. Nienawiść i zapomniana wiedza, wtedy już stracona, nadawała mu plugawą moc. Miecz świszczał w powietrzu i rozkrajał. Blutno spławiło się purpurze.
Wtedy sprzeczne z logiką przestało istnieć - wojownika dosięgnął ogień wrogów. Wtedy poczuł, że to płynie jego krew. Poczuł własny ból i słodycz ich krwi na ustach, gdy odszedł ku Próżni.
Zostało 30 świętych. Zginęło 29 mieszkańców.
Dziura w Lesie miała dalej się rozrastać.
Daleko stamtąd, w absolutnej ciemności, był słyszalny trzęsący ziemią ryk bluźnierczej bestii. W absolutnej ciemności Wrathur wyłupił swe oczy i po raz pierwszy od wieków wychynął na powierzchnię. Śmierć była w nim; miał ostatnie zadanie.
Niszczyciel jest we wszystkim, co trwa. Zna jednocześnie Nicość, jak i życie, które jest obszarem jego szaleńczego grasowania – nawet w ciszy. Wszystko, co umiera, w ostatnim momencie widzi Niszczyciela – Kwintesencję.
Nie ma odpowiedzi na żadne pytanie.
Daleko od osady, która stała się przez moment epicentrum piekielnego zniszczenia chmury wciąż płynęły nad uśpionym w harmonii z wiatrem, ciemnym lasem.
|