KSIĘŻNICZKA, A PECH
Czyli krótka historyja baśniowa z małą dozą czarnego humoru
Za typowymi siedmioma górami, za typowymi siedmioma lasami było sobie kiedyś typowe typowe królestwo. Nie za duże, nie za małe – takie w sam raz. Król owego państewka był już niestety, żeby nie nadużywać poprawności politycznej, mężczyzną nie pierwszej już młodości. Ale nie o tym miała być ta rozprawa krótka, lecz jak sama jej nazwa wskazuje o księżniczkach. A konkretnie jednej księżniczce. Tak, dobrze w tym momencie domyślasz się drogi czytelniku, iż król ów miał córkę...
Rzecz z księżniczkami miała się generalnie tak. A to sukienka była nie taka, a to jedzenie było niedostatecznie zrekormofiroserwane (cokolwiek by to oczywiście nie znaczyło), a to jeszcze masa innych rzeczy. Ponadto księżniczki miały tendencje do bycia upartymi, pazernymi i zazwyczaj ładnymi, co jednak ni cholery nie chciało iść w parze z inteligencją wyższą, niż inteligencja kury wiszącej pod powałą w pozycji „na nietoperza”.
Ta księżniczka była jednak całkowicie inna. Ładna, miła, inteligentna, powabna, kobieca, elegancka, niezbyt gruba, a zarazem niezbyt szczupła, o niesamowitym kocim spojrzeniu niebieskich jak niebo oczu, o śmiechu tak perlistym, że małże powinny się wstydzić, a jej czarne włosy były czarniejsze niż noc, węgiel i pieprz. Był tylko jeden problem... Niewiastę ową prześladował pech. Nie, nie... Nie mówimy tu o takim zwykłym pechu. Mówimy tutaj, natomiast, o Pechu. I to na dodatek takim, który się udzielał wszystkim dookoła.
Nie dziwota, więc, że nasza biedna bohaterka nie zdołała do tej pory znaleźć sobie swojego rycerza w lśniącej zbroi. Prawdę mówiąc to zalotników nie brakowało tylko... Właśnie. Książętom mianowicie przydarzały się różnorakie przedziwne wypadki. Ostatni z nich podczas jednego z polowań zapatrzony na księżniczkę nie zauważył zbliżającej się gałęzi, po czym wywinął malowniczego fikołka w tył. Niestety noga ugrzęzła mu w strzemieniu, a koń poniósł. Połamał się biedak niemiłosiernie. Zmarł trzy dni później. Wykrwawił się na śmierć po tym jak przypadkowo uciął się w policzek podczas golenia, kiedy to trzymał brzytwę w ręce z trzema połamanymi palcami. Cóż, wypadki chodzą po ludziach, czyż nie? Hemofilia też...
Pewnego dnia zdarzył się cud. Do zamku przybył kolejny panicz starający się o rękę przyszłej Królowej i Władczyni. Na czym polegał ów cud? Już wyjaśniam... Otóż królewicz ów okazał się mieć niezwykłe szczęście. Na pierwszym polowaniu nie spadł z konia jak to się działo onegdaj, na jouscie ku czci pięknej panny nie oberwał tępą kopią tak, że ta nie dość, że przebiła się przez grube płyty pancerza to jeszcze uszkodziła płuco i żebra powodując rychłą śmierć. Nie mniejsze było zdziwienie gawiedzi zebranej na ślubie zacnej pary, kiedy to pan młody nie udławił się Bożym Ciałem pod postacią chleba, ani nie zakrztusił chrystusową krwią pod postacią wina. Takoż samo weselny kobierzec okazał się być wielce łaskaw i młody król nie zabił się ani podczas dzikich tańców na stole, ani podczas późniejszego dzikiego gonu przez las mającego oznaczać ostatnie chwile wolności panicza. Ba! Udało się nawet odratować jednego z biesiadników, starego felczera Droździka, który to niefortunnie zakrztusił się jedną z gotowanych ostryg i niechybnie ducha by oddał, gdyby nie rychła interwencja pana młodego.
Nie ma jednak tego dobrego co by na złe nie wyszło...
Noc była bardzo spokojna. Państwo młodzi mieli w końcu czas dla siebie. Skończył się tydzień hulanek i pijaństwa, a cała domena zaczęła wracać do normalnego trybu życia. Książę po raz pierwszy w swym niezbyt długim życiu zawitał do komnat branki. Pokój pełen był świec. Królewna siedziała właśnie przy prowizorycznej toaletce, rozczesując swoje przepięknie lśniące włosy. Pokój pachniał lawendą... Panicz znał ponadto zamiłowanie swojej królowej do rzeźbiarstwa, więc miał chwilkę czasu by napawać swe oczy prawdziwymi dziełami sztuki, które wyszły spod tych szczupłych i delikatnych kobiecych dłoni. W kącie, w niewielkiej wnęce stała mała rzeźba kształtem przypominająca drewniany miecz. Złośliwi mówili, że za każdym razem, gdy któryś z zalotników ginął w tragicznym wypadku księżniczka robiła na rzeźbie nacięcie. Królewicz nie doliczył jeszcze się 55 nacięcia, kiedy to potknąwszy się o zagięty róg perskiego dywanu runął jak długi, po czym wyrżnął o kant niewielkiego stolika, na którym stało kilka świec. Włosy zajęły się praktycznie od razu... Zdezorientowany książę zerwał się z podłogi i nic nie widząc przez gryzący w oczy dym, po raz kolejny zahaczył, tym razem o stojący przy oknie zydel, by chwilę później z jękiem tłuczonego szkła wylecieć przez okienna framugę. Krótkie pluśniecie wody oznajmiło o zetknięciu się nieszczęśnika z taflą wody w fosie.
Księżniczka cały czas obserwowała wszystko w lustrzanym odbiciu, przerwawszy wielce pochłaniające zajęcie czesania.
- Cholera! – skwitowała krótko.
KONIEC
Thilus
|