Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Pan Troglodythes ::::

Profesor



W sanatorium podano właśnie obiad. Starszy człowiek skrzywił się nieznacznie na widok owsianki, której szczerze nie znosił. Wiedział jednak, że przy stanie jego zdrowia nawet płatki owsiane na mleku są luksusem. Jadł więc, powoli i w milczeniu, gdy do jego stołu przysiadł się inny z pacjentów, dużo młodszy.
- Dzień dobry, smacznego - rzucił zwyczajowo.
- Dziękuję - odrzekł starszy pan i podniósł twarz. Młodzieniec spojrzał i ciarki przeszły mu po plecach. Jezu, to jakiś koszmar, pomyślał. Za chwilę jednak skarcił się w myślach za dziecinną i przekorną reakcję.
- Pan profesor! - powiedział z na wpół udawaną, na wpół rzeczywistą radością. Jak zdrowie?
- Dziękuję, dobrze - odparł zagadnięty, po czym uniósł do ust kolejny łyk owsianki. Tylko kiepsko tu karmią...
- Rzeczywiście - zgodził się młody. Jego sąsiad nie krył zdziwienia, na jego twarzy można też było odczytać jakieś dziwne zadowolenie.
- Proszę wybaczyć ciekawość, ale dlaczego pan się tutaj znalazł? - zapytał. Młodzieniec uśmiechnął się pod wąsem. "Nie myliłem się co do niego" - pomyślał, po czym odpowiedział:
- Lekarze polecili mi sanatorium po przeżyciach z ostatniego półrocza.
- Mam nadzieję że to nie przez uczelnię...
- Nie, przecież pana na egzaminach nie było - pozwolił sobie na bezczelny i dość okrutny żart. Po prostu nie mógł się powstrzymać, może to okoliczności zdały się go przerastać, jak zwykło się dziać w niektórych przypadkach. A może znalazł właśnie znakomite ujście dla niektórych mniej miłych cech... Profesor nie zareagował jednak, próbował pytać dalej:
- Więc co sprawiło że się pan tu znalazł?
- Młody człowiek nie miał już siły się uśmiechać. Wszystko co myślał o swoim wykładowcy, gdy spotykali się na uczelni, zdawało się być prawdą. I to właśnie sprawiło, że postanowił opowiedzieć mu wszystko, ze szczegółami. Nawet jeśli zakrawało to na duże okrucieństwo. Młody student bardzo nie lubił pewnej kategorii ludzi, do której profesor bezsprzecznie należał. Przez następne dwadzieścia minut raczył go urozmaiconą opowieścią rodem miejscami z Masłowskiej, miejscami z Byrona, miejscami ze Staszewskiego. Gdy skończył, jego rozmówca był dziwnie milczący.
- I dlatego tu trafiłem - zakończył ostatecznie młodzieniec.
- Zaawansowana nerwica żołądka, napady depresji. Mam się uspokoić. Ale tak naprawdę to nigdy jeszcze w tym regionie nie byłem, dlatego tu przyjechałem. Sanatorium mi nie pomoże. Gdzie bym nie był, będzie tak samo. Ale także gdzie bym nie był, nie poddam się.
- I dobrze - profesor rzucił tylko te dwa słowa.

Następnego dnia znów spotkali się przy obiedzie. Stary uczony wyglądał bardzo źle, gdy młodzik dosiadł się do niego.
- Czekałem na pana...
- Na mnie? - udał zdziwienie młody, choć tak naprawdę jego ego było wniebowzięte. Podejrzewał, że ich rozmowa może zacząć się podobnie.
- Tak, na pana. Jak się pan nazywa? Jakoś nie zapamiętałem...
- Mam na imię Adrian.
- No więc, panie Adrianie... przez całą noc zastanawiałem się nad tym, co mi pan wczoraj powiedział.
- I jakie wnioski? - zapytał, znów bezczelnie Adrian.
- Niech... niech pan nadaje ton rozmowie. Jest pan bezlitosny... - rzekł starzec. Adrian nie wiedział co powiedzieć.
- Niech pan nie przeprasza - rzucił profesor. Pamiętam pana z wykładów. Potrafię obserwować ludzi. Zawsze siadał pan na tym samym miejscu, zawsze śmiał się pan z moich żartów...
- A zatem zacznę tutaj, proszę wybaczyć że przerywam - wtrącił się młodzieniec - cyniczne były to żarty. Bardzo cyniczne. To dawało dużo do myślenia. A mnie się cynizm zawsze podobał. I chyba panu także, panie profesorze. Naukowiec milczał.
- Jakiś rok temu otworzyły mi się oczy i zacząłem rzeczywiście dostrzegać w ludziach rozmaite cechy charakteru. I pan mnie fascynował od początku. Niech mi pan powie, tak między nami - zaczął, nie wiedząc czy to właściwy moment na to pytanie, choć niechybnie by je zadał owego dnia - brał pan te łapówki?
- To już szczyt bezczelności! - niemal oburzył się profesor. Ale dobrze, uznajmy że w tych okolicznościach i po tym co mi pan powiedział, wolno było panu zadać to pytanie. Co do odpowiedzi - ani potwierdzam ani zaprzeczam...
- A jednak cenniki krążące między studentami skądś się wzięły. Uznajmy jednak że to tylko plotki - Adrian dał sobie wreszcie na wstrzymanie, nie chcąc już męczyć starego, schorowanego człowieka - potrafi pan powiedzieć, kiedy stał się pan cynikiem?
- Dawno... od początku studiów coraz bardziej się dawałem cynizmowi. Gubiłem się. Dużo myślałem, jak mówiłem, nad pańskimi... Ja w tym co mi pan powiedział... ja w tym siebie zobaczyłem, siebie z młodych lat. I jeszcze o kobietach myślałem... i dotąd myślę... tak samo jak pan. Raz i na zawsze...
- To dużo tłumaczy. Ale w pewnym momencie przestał pan walczyć. Schował pan głęboko w sobie chęć do życia i zdecydował się pan wycofać, panie profesorze - młodzieniec w swojej złośliwości i bezczelności uznał, że wolno mu wysłuchać spowiedzi tak skomplikowanej osobowości, jaką bez wątpienia był profesor psychologii, uznany w kraju i za granicą autorytet naukowy.
- Upraszcza pan, niebezpiecznie pan upraszcza - zaczął się złościć starszy człowiek - ale nie będę się denerwował. Jest pan bardzo inteligentny i zapewne domyśliłby się pan sam wielu rzeczy, więc będę szczery. Ja się nad tym nigdy nie zastanawiałem. Ma pan rację, nie walczyłem. Nie uchwyciłem tego bardzo ważnego momentu w życiu, momentu w którym chłopiec staje się mężczyzną. Nie zerwałem z dziecięcym egoizmem i naiwnością. Potem, gdy przyszedł czas, aby stracić niektóre złudzenia, nie zrobiłem tego po męsku. Tak jak każdy mężczyzna powinien to zrobić. Nie zgodziłem się na świat taki, jakim on naprawdę jest, z jego rozczarowaniami... I stałem się cynikiem, tak było bezpiecznie. Pozwoliło mi to uniknąć wielu rozczarowań i - jak mi się wydawało - niepotrzebnych bojów z samym sobą, z własnym sumieniem. Do tego jeszcze te kobiety... No i ta profesja. A to wszystko uświadomiłem sobie dziś w nocy, pod wpływem pańskiego wywodu, młodzieńczego, szczerego, poniekąd szalonego, ale tak dojrzałego! Ja bym się na to nie zdobył...
- Ma pan rację, panie profesorze, psychologia, podobnie jak każdy humanistyczny kierunek, wypala człowieka, jeśli człowiek nie jest dostatecznie silny - Adrian przeszedł do porządku dziennego nad wszystkimi komplementami zasłyszanymi z ust naukowca - te nauki za dużo mają wspólnego z samym życiem, żeby nie zostawiły w psychice śladu. Literatura, filozofia, prawo, one wszystkie walą nam w oczy brutalną prawdę. I łatwo się pogubić. Sam coś o tym wiem.
- I ze mną tak właśnie się stało - przyznał smutno profesor - Ale ja na początku też myślałem ze moja dziedzina to jakaś idea, że "psychologia" coś znaczy. Potem myślałem już inaczej. I nie potrafiłem spojrzeć tej myśli w oczy... Poświęciłem się pracy bez reszty, myślałem że nie ma nic ważniejszego na świecie niż na przykład jaźń głęboka... I uciekłem w psychologię. Zamiast żyć życiem, żyłem profesją...
- Proszę się nie załamywać - Adrian zaczął pocieszać - przecież jest pan twardy i obaj to wiemy. Jeszcze nie jest za późno.
- Nie będę przeczył - odrzekł starzec - ale czy po tylu latach znajdę w sobie jeszcze tę siłę? Tę, która emanowała z pańskiego wczorajszego monologu? To przekonanie że nie wolno się wycofać i przeżyć, gdyż to najzwyklejsza w świecie obraza życia? Boże, jak łatwo jest się wyłożyć! Czytuje pan Łysiaka, zna pan jego definicję mężczyzny? Mężczyzną jest się według niego tylko wtedy, gdy się nie jest kurwą. A ja? Czym byłem?
- Teraz to nieważne kim lub czym pan był - bezczelność Adriana wzniosła się na wyżyny, ale wiedział że ma przyzwolenie - ważne kim pan jeszcze może być.
- To wydaje się proste gdy ma się dwadzieścia lat, nie gdy ma się lat osiemdziesiąt.
- Ale jak pan widzi i dwudziestolatek może się znaleźć w sanatorium.
- Rzeczywiście. Może jednak warto spróbować? - zamyślił się profesor - nie myślałem że jest jeszcze ktoś, kto po tylu latach zajmowania się psychologią nauczy mnie jeszcze czegoś o życiu. A już na pewno nie myślałem ze będzie to mój student. Jutro nie będzie mnie na obiedzie, wracam do domu. Miło się z panem rozmawiało. Chciałbym panu życzyć, żeby pan tej młodzieńczej świeżości nigdy nie zgubił. Żeby ona panu towarzyszyła przez całe życie i karierę naukową. Mnie niestety się to nie udało. Ale lepiej późno niż wcale. Dziękuję...
- Nie ma za co, przecież pan o tym wszystkim doskonale wiedział, panie profesorze - powiedział młodzieniec ściskając mu rękę.


Pan Troglodythes

visotzky@tlen.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||