|
Profesor
W sanatorium podano właśnie obiad. Starszy człowiek skrzywił się
nieznacznie na widok owsianki, której szczerze nie znosił. Wiedział
jednak, że przy stanie jego zdrowia nawet płatki owsiane na mleku są
luksusem. Jadł więc, powoli i w milczeniu, gdy do jego stołu przysiadł
się inny z pacjentów, dużo młodszy.
- Dzień dobry, smacznego - rzucił zwyczajowo.
- Dziękuję - odrzekł starszy pan i podniósł twarz. Młodzieniec spojrzał
i ciarki przeszły mu po plecach. Jezu, to jakiś koszmar, pomyślał. Za
chwilę jednak skarcił się w myślach za dziecinną i przekorną reakcję.
- Pan profesor! - powiedział z na wpół udawaną, na wpół rzeczywistą
radością. Jak zdrowie?
- Dziękuję, dobrze - odparł zagadnięty, po czym uniósł do ust kolejny
łyk owsianki. Tylko kiepsko tu karmią...
- Rzeczywiście - zgodził się młody. Jego sąsiad nie krył zdziwienia, na
jego twarzy można też było odczytać jakieś dziwne zadowolenie.
- Proszę wybaczyć ciekawość, ale dlaczego pan się tutaj znalazł? -
zapytał. Młodzieniec uśmiechnął się pod wąsem. "Nie myliłem się co do
niego" - pomyślał, po czym odpowiedział:
- Lekarze polecili mi sanatorium po przeżyciach z ostatniego półrocza.
- Mam nadzieję że to nie przez uczelnię...
- Nie, przecież pana na egzaminach nie było - pozwolił sobie na bezczelny
i dość okrutny żart. Po prostu nie mógł się powstrzymać, może to
okoliczności zdały się go przerastać, jak zwykło się dziać w niektórych
przypadkach. A może znalazł właśnie znakomite ujście dla niektórych
mniej miłych cech... Profesor nie zareagował jednak, próbował pytać
dalej:
- Więc co sprawiło że się pan tu znalazł?
- Młody człowiek nie miał już siły się uśmiechać. Wszystko co myślał o
swoim wykładowcy, gdy spotykali się na uczelni, zdawało się być prawdą.
I to właśnie sprawiło, że postanowił opowiedzieć mu wszystko, ze
szczegółami. Nawet jeśli zakrawało to na duże okrucieństwo. Młody
student bardzo nie lubił pewnej kategorii ludzi, do której profesor
bezsprzecznie należał. Przez następne dwadzieścia minut raczył go
urozmaiconą opowieścią rodem miejscami z Masłowskiej, miejscami z
Byrona, miejscami ze Staszewskiego. Gdy skończył, jego rozmówca był
dziwnie milczący.
- I dlatego tu trafiłem - zakończył ostatecznie młodzieniec.
- Zaawansowana nerwica żołądka, napady depresji. Mam się uspokoić. Ale
tak naprawdę to nigdy jeszcze w tym regionie nie byłem, dlatego tu
przyjechałem. Sanatorium mi nie pomoże. Gdzie bym nie był, będzie tak
samo. Ale także gdzie bym nie był, nie poddam się.
- I dobrze - profesor rzucił tylko te dwa słowa.
Następnego dnia znów spotkali się przy obiedzie. Stary uczony
wyglądał bardzo źle, gdy młodzik dosiadł się do niego.
- Czekałem na pana...
- Na mnie? - udał zdziwienie młody, choć tak naprawdę jego ego było
wniebowzięte. Podejrzewał, że ich rozmowa może zacząć się podobnie.
- Tak, na pana. Jak się pan nazywa? Jakoś nie zapamiętałem...
- Mam na imię Adrian.
- No więc, panie Adrianie... przez całą noc zastanawiałem się nad tym,
co mi pan wczoraj powiedział.
- I jakie wnioski? - zapytał, znów bezczelnie Adrian.
- Niech... niech pan nadaje ton rozmowie. Jest pan bezlitosny... - rzekł
starzec. Adrian nie wiedział co powiedzieć.
- Niech pan nie przeprasza - rzucił profesor. Pamiętam pana z wykładów.
Potrafię obserwować ludzi. Zawsze siadał pan na tym samym miejscu,
zawsze śmiał się pan z moich żartów...
- A zatem zacznę tutaj, proszę wybaczyć że przerywam - wtrącił się
młodzieniec - cyniczne były to żarty. Bardzo cyniczne. To dawało dużo
do myślenia. A mnie się cynizm zawsze podobał. I chyba panu także,
panie profesorze. Naukowiec milczał.
- Jakiś rok temu otworzyły mi się oczy i zacząłem rzeczywiście
dostrzegać w ludziach rozmaite cechy charakteru. I pan mnie fascynował
od początku. Niech mi pan powie, tak między nami - zaczął, nie wiedząc
czy to właściwy moment na to pytanie, choć niechybnie by je zadał owego
dnia - brał pan te łapówki?
- To już szczyt bezczelności! - niemal oburzył się profesor. Ale dobrze,
uznajmy że w tych okolicznościach i po tym co mi pan powiedział, wolno
było panu zadać to pytanie. Co do odpowiedzi - ani potwierdzam ani
zaprzeczam...
- A jednak cenniki krążące między studentami skądś się wzięły. Uznajmy
jednak że to tylko plotki - Adrian dał sobie wreszcie na wstrzymanie,
nie chcąc już męczyć starego, schorowanego człowieka - potrafi pan
powiedzieć, kiedy stał się pan cynikiem?
- Dawno... od początku studiów coraz bardziej się dawałem cynizmowi.
Gubiłem się. Dużo myślałem, jak mówiłem, nad pańskimi... Ja w tym co mi
pan powiedział... ja w tym siebie zobaczyłem, siebie z młodych lat.
I jeszcze o kobietach myślałem... i dotąd myślę... tak samo jak pan.
Raz i na zawsze...
- To dużo tłumaczy. Ale w pewnym momencie przestał pan walczyć. Schował
pan głęboko w sobie chęć do życia i zdecydował się pan wycofać, panie
profesorze - młodzieniec w swojej złośliwości i bezczelności uznał, że
wolno mu wysłuchać spowiedzi tak skomplikowanej osobowości, jaką bez
wątpienia był profesor psychologii, uznany w kraju i za granicą autorytet naukowy.
- Upraszcza pan, niebezpiecznie pan upraszcza - zaczął się złościć
starszy człowiek - ale nie będę się denerwował. Jest pan bardzo
inteligentny i zapewne domyśliłby się pan sam wielu rzeczy, więc
będę szczery. Ja się nad tym nigdy nie zastanawiałem. Ma pan rację,
nie walczyłem. Nie uchwyciłem tego bardzo ważnego momentu w życiu,
momentu w którym chłopiec staje się mężczyzną. Nie zerwałem
z dziecięcym egoizmem i naiwnością. Potem, gdy przyszedł czas,
aby stracić niektóre złudzenia, nie zrobiłem tego po męsku. Tak jak
każdy mężczyzna powinien to zrobić. Nie zgodziłem się na świat taki,
jakim on naprawdę jest, z jego rozczarowaniami... I stałem się
cynikiem, tak było bezpiecznie. Pozwoliło mi to uniknąć wielu
rozczarowań i - jak mi się wydawało - niepotrzebnych bojów z samym
sobą, z własnym sumieniem. Do tego jeszcze te kobiety... No i ta
profesja. A to wszystko uświadomiłem sobie dziś w nocy, pod wpływem
pańskiego wywodu, młodzieńczego, szczerego, poniekąd szalonego, ale
tak dojrzałego! Ja bym się na to nie zdobył...
- Ma pan rację, panie profesorze, psychologia, podobnie jak każdy
humanistyczny kierunek, wypala człowieka, jeśli człowiek nie jest
dostatecznie silny - Adrian przeszedł do porządku dziennego nad
wszystkimi komplementami zasłyszanymi z ust naukowca - te nauki
za dużo mają wspólnego z samym życiem, żeby nie zostawiły w psychice
śladu. Literatura, filozofia, prawo, one wszystkie walą nam w oczy
brutalną prawdę. I łatwo się pogubić. Sam coś o tym wiem.
- I ze mną tak właśnie się stało - przyznał smutno profesor - Ale ja
na początku też myślałem ze moja dziedzina to jakaś idea, że
"psychologia" coś znaczy. Potem myślałem już inaczej. I nie
potrafiłem spojrzeć tej myśli w oczy... Poświęciłem się pracy bez
reszty, myślałem że nie ma nic ważniejszego na świecie niż na
przykład jaźń głęboka... I uciekłem w psychologię. Zamiast żyć życiem,
żyłem profesją...
- Proszę się nie załamywać - Adrian zaczął pocieszać - przecież jest
pan twardy i obaj to wiemy. Jeszcze nie jest za późno.
- Nie będę przeczył - odrzekł starzec - ale czy po tylu latach
znajdę w sobie jeszcze tę siłę? Tę, która emanowała z pańskiego
wczorajszego monologu? To przekonanie że nie wolno się wycofać
i przeżyć, gdyż to najzwyklejsza w świecie obraza życia? Boże, jak
łatwo jest się wyłożyć! Czytuje pan Łysiaka, zna pan jego definicję
mężczyzny? Mężczyzną jest się według niego tylko wtedy, gdy się nie
jest kurwą. A ja? Czym byłem?
- Teraz to nieważne kim lub czym pan był - bezczelność Adriana
wzniosła się na wyżyny, ale wiedział że ma przyzwolenie - ważne kim
pan jeszcze może być.
- To wydaje się proste gdy ma się dwadzieścia lat, nie gdy ma się
lat osiemdziesiąt.
- Ale jak pan widzi i dwudziestolatek może się znaleźć w sanatorium.
- Rzeczywiście. Może jednak warto spróbować? - zamyślił się profesor -
nie myślałem że jest jeszcze ktoś, kto po tylu latach zajmowania się
psychologią nauczy mnie jeszcze czegoś o życiu. A już na pewno nie
myślałem ze będzie to mój student. Jutro nie będzie mnie na obiedzie,
wracam do domu. Miło się z panem rozmawiało. Chciałbym panu życzyć,
żeby pan tej młodzieńczej świeżości nigdy nie zgubił. Żeby ona
panu towarzyszyła przez całe życie i karierę naukową. Mnie niestety
się to nie udało. Ale lepiej późno niż wcale. Dziękuję...
- Nie ma za co, przecież pan o tym wszystkim doskonale wiedział, panie
profesorze - powiedział młodzieniec ściskając mu rękę.
Pan Troglodythes
visotzky@tlen.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|