|
Po pierwsze...
"Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela Nieba i Ziemi i wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych"
Grudniowy mróz wyciskał łzy z oczu przechodniów. Jedynie jacyś spóźnialscy przemykali szybko, po zaśnieżonych chodnikach. Gdzieniegdzie dostrzec można było podróżnych z wielkimi torbami. To pewnie krewni z drugiego końca Polski, tradycyjnie przyjeżdżali na święta. Na ulicach panował spokój. Podobnie jak z pieszymi było i z samochodami. Leniwie i powoli sunęły po ulicy. Spod ich kół sypał się śnieg. Zdawały się być lodołamaczami na bezkresnym oceanie lodu. Majestatycznie parły do przodu. Miały zaparowane szyby a ich sternicy byli spragnieni i głodni. Wyczekiwali pojawienia się na horyzoncie swego portu - domu. W większości mieszkań rozpoczęły się już przygotowania do tej szczególnej kolacji. Nikt teraz nie śmiał spojrzeć krzywo na swego współlokatora. Nikt też nie był smutny, nawet ci, którzy byli opuszczeni... Na tę jedną noc mieli towarzystwo. Teraz nie było czasu na smutki. Przez te kilka godzin wyczekiwało się tej magicznej chwili, gdy pierwsza gwiazdka zabłyśnie. W klatkach schodowych unosił się zapach ciepłego barszczu, kapusty, pieczonego karpia i innych zarezerwowanych na tę szczególną okazję potraw. Nawet zwierzętom udzielał się ten szczególny nastrój. Symboliczny opłatek, czytanie Pisma Świętego, wspólny posiłek z wesołymi rozmowami. Wspólne śpiewanie. Wspominanie tych, których już nie ma. Prezenty. Choinka pięknie przybrana. Kolorowe lampki, bombki odbijające okrągłe śmiejące się twarze. Mróz malował swe niepowtarzalne dzieła na szybach domów. Prószył drobny śnieg.
"... i w Jezusa Chrystusa Syna Jego Jedynego a Pana naszego..."
Ostatnie prace przy szopce dobiegały końca. Figurki naturalnej wielkości były ustawiane na samym środku rynku. Jeszcze tylko kilka zabiegów kosmetycznych i wszystko będzie gotowe. Tu troszkę siana, tu przygładzić pióra anioła. Więcej światła na centralną część żłobka. Wysłużone już przez wiele lat posągi były dobrze znane wszystkim mieszkańcom. Jedynie rzeźba Chrystusa była nowa. Doskonale w pamięci zapadł mieszczanom wybryk z zeszłego roku, gdy to ktoś skradł starą figurę... Wtedy w żłobku umieszczono tabliczkę: "Po siódme: Nie kradnij!". Napis ten, tak dobrze znany widziany w miejscu, w którym powinna spoczywać lalka, robił ogromne wrażenie. Ludzie przystawali i kiwali ze zwątpieniem głowami. W ciszy spoglądali na puste miejsce. Któż był tak bezbożny??? Moralność zagubiła się.
"...byłem głodny a wy daliście mi jeść..."
Szczęśliwi a co najważniejsze syci bezdomni rozeszli się z punktu, w którym ludzie dobrej woli zorganizowali dla nich wieczerzę. Choć biedni ubrali się w najlepsze swoje stroje, by choć troszkę uczcić tę chwilę i choć najmniejszym stopniu poczuć się lepiej. Ubrania, na które ze wstrętem spojrzeliby bogacze. Na ile im pozwalały okoliczności na tyle postarali się odświeżyć i udać się w to miejsce. Teraz gdy już było po wszystkim, opuszczali na pozór zwykłą obskurną jadłodajnię. Dla nich na te kilka godzin był to prawdziwy dom. W niejednym oku zakręciła się łza, na wspomnienie czegoś co było dawno temu. Wielu z nich kiedyś miało rodzinę i dom. Teraz szczęśliwi acz w ciszy szli szukać jakiegoś kąta na noc, by dotrwać do jutra. Każdego zaopatrzono w prowiant. Kilka bułek, czekolada, puszka z konserwą. W porównaniu z prezentami, którymi teraz obdarowywali się ich bracia w mieszkaniach było to warte mniej niż zero. Dla nich był to dar największy, te kilka kęsów żywności dawało im nadzieję na dotrwanie do jutra. Nie dla wszystkich jednak starczyło prowiantu. Byli tacy, którzy musieli się obejść smakiem... Smakiem, którego dawno nie czuli. świeże pieczywo było dla nich czymś niezwykle rzadko spotykanym. Choć głodni dzielili się ze swymi towarzyszami niedoli, którym się nie poszczęściło przy rozdziale "prezentów".
"...byłem nagi a wy mnie przyodzialiście... byłem chory..."
Ziąb był nie do zniesienia. Starsze małżeństwo mieszkające na przedmieściach w swoim małym M2, spędzało jak co roku wigilię samotnie. Odkąd dzieci dorosły i założyły rodziny wszystko było inaczej. Już nie śpiewali razem przy choince. Nie odwiedzali się. Co prawda dzwonili do siebie, nawet kartki przesyłali na święta i z okazji urodzin. Jednak to nie było już to co kiedyś. Błędy w wychowaniu wychodzą czasem po wielu latach.
Tym razem miało być inaczej. Pan domu usłyszał ciche pukanie do drzwi. Powolny krokiem zbliżył się do judasza i spojrzał weń. Nikogo nie zobaczył. Uchylił drzwi, nie zdjął jednak łańcucha. Przez szparę dostrzegł małą postać leżącą na wycieraczce. Pod brudnymi i znoszonymi łachmanami ukrywał się chłopiec w podobnym wieku co ich wnuki. Miał około 11 lat. Nie zastanawiając się mężczyzna zdjął łańcuch i wniósł dziecko do domu. Jego ciało nie ciążyło mu. Chłopak był wychudzony i blady.
- Biedaczek... - wyszeptała starsza kobieta.
Okryli go kocem i ułożyli wygodnie na tapczanie. Usiedli obok i wpatrywali się w niego. Widzieli jak jego policzki nabierają rumieńców. Oddech mu się unormował, stał się spokojny i głęboki. Spał na plecach ze splecionymi rękoma na piersi. Jeszcze przed chwilą, gdy był tak przeraźliwie blady - zdawał się być pozbawiony życia. Wyglądał jak nieboszczyk ułożony do wiecznego snu. Teraz gdy jego stan w miarę był znośny, zaczął się wiercić. Podniósł swe kościste rączki do oczu i przetarł je. Spojrzał na swych dobroczyńców i uśmiechnął się.
- Pozwól młody człowieku, że zjemy z tobą wieczerzę... To twoje miejsce. Od lat było puste, teraz czekało właśnie na ciebie. Usiądź obok nas.
- Ja... dziękuję.
Ciepły posiłek ożywił znajdę. Jadł powoli, zdawał się celebrować te chwilę. Pomimo głodu jaki mu doskwierał nie rzucił się naraz do posiłku, jadł z jakimś dostojeństwem. Pomimo tego, że wychowała go ulica, miał w sobie coś nie pasującego do tego miejsca. Po posiłku rozpoczęli we trójkę rozmowę.
- Czy zechcesz nas zaszczycić swoją obecnością przez dłuższy czas? Możesz u nas pozostać ile będziesz chciał.
- Nie sprawię kłopotu?
Na zadane pytanie kobieta odpowiedziała cichym śmiechem i pogłaskała chłopca po zmierzwionej czuprynie. Tak, to oni potrzebowali tej znajdy, tak jak on potrzebował ich. Dzielili się i uzupełniali. Po raz pierwszy od wielu lat oni jak i on nie byli sami.
"...i przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych... a Królestwu Jego nie będzie końca..."
W kościele panował tłok. z racji mrozu ściskającego na zewnątrz wszyscy "wierni" wepchnęli się do środka. Właśnie dobiegało końca kazanie. Ksiądz wezwał wiernych:
- A teraz wyznajmy naszą wiarę.
"Wierzę... w Jezusa Chrystusa Syna Jego Jedynego a Pana naszego... "
W tym momencie zaskrzypiały wrota do świątyni i wszedł przez nie mężczyzna w podartym płaszczu. Był zaniedbany. Jego broda była nierówno przycięta, jeśli w ogóle była strzyżona kiedykolwiek. Włosy miał do ramion. Jego wzrok skierowany był w dal. Zdawał się jakby nie widzieć tego co Go otaczało. Podszedł przed ołtarz. Zapanowała cisza przerywana jedynie kichnięciami. Stanął i przemówił donośnym głosem:
- Oto przyszedłem! Jestem tutaj w dzień mych narodzin!
Po kościele przemknął pomruk i wzmogły się szepty. Niektórzy pokazywali Go palcami.
- A jakie masz dowody, że ty to Ty? - zapytał kapłan.
- "Błogosławieni ci, którzy nie wiedzieli a uwierzyli."
W chwale?
Karetka podjechała pod drzwi szpitala. Niegdyś ten budynek był willą należącą do jakiegoś bogacza, jednak popadł on w długi i musiał oddać tą posiadłość. Odkupił ją lekarz psychiatra, który chciał tutaj otworzyć swoją prywatną klinikę. Tak to powstał szpital. Z wozu wysiadło dwóch krępych mężczyzn w białych uniformach. Otworzyli tylnie drzwi karetki i wyprowadzili człowieka w kamizelce bezpieczeństwa. Pacjent był ogłuszony zastrzykiem uspokajającym. Pielęgniarze zaprowadzili go przed oblicze ordynatora. Otworzyli szklane drzwi, na których znajdował się wielki biały napis: Oddział Psychiatryczny.
- Imię? - zapytał kierownik szpitala.
- Jezus.
Na dźwięk tego imienia ordynator poruszył się w krześle. Zacisnął zęby. Zlustrował przeszywającym wzrokiem pacjenta. Zdawał się nad czymś głęboko zastanawiać.
- Dobrze... Chłopaki wrzućcie go do sali obok Buddy...
- I tak nigdy nie wygrasz. Zawsze na świecie będą dobrzy ludzie. Może tym razem ci się udało, ale zapamiętaj moje słowa: dobro zawsze wygrywa... - spokojnym głosem zadeklamował pacjent.
- Wyprowadzić go natychmiast!!! - krzyknął ordynator.
Drzwi do gabinetu zostały zamknięte i pozostał w nim jedynie właściciel budynku. Podszedł do lustra i spojrzał weń. Wyszczerzył zęby w diabelskim grymasie a oczy zapłonęły mu czerwonym ogniem.
Royal Gryffin
phantazm@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|