|
Pamiętnik
"I Dzień
Mój drogi pamiętniku... Ale mi wyszedł kretyński początek... No cóż, to nie moja wina, że nigdy wcześniej nie pisałem pamiętnika. Po prostu nie odczuwałem takiej potrzeby. Ale teraz... To, co się dzieje teraz, z pewnością warte jest opisania. Może ktoś kiedyś to przeczyta i będę sławny? Niestety, wydaje mi się, że to nastąpi dopiero po mojej śmierci (tzn. przeczytanie)...
Chyba najlepiej będzie, jeśli zacznę od początku. Otóż obecnie mamy rok 3954 od pokonania Serpentora Niszczyciela przez Wybrańca. Kawał czasu... Pochodzę z planety Maick, której kiedyś groziło przeludnienie. Obecnie zaraza dziesiątkuje mieszkańców. Jestem członkiem ekipy badawczej wysłanej w kosmos celem odkrycia jakiejś planety, na której istnieją warunki do życia. Kim dokładniej jestem? Ci, którzy organizowali całą tą imprezę założyli, że w złowrogim i tajemniczym kosmosie mogą znajdować się jakieś obce i niekoniecznie nastawione pokojowo formy życia. Ja oraz moi koledzy z oddziału jesteśmy tu po to, aby w miarę możliwości... szybko usunąć problem.
Ekipa składa się z pięciu naukowców, trzech pilotów, dziesięciu komandosów (w tym ja oraz nasz dowódca) i jednego kolesia, który nic nie robi, a tylko macha rękami i wrzeszczy. To, zdaje się, "głównodowodzący". Aha, byłbym zapomniał. W skład ekipy wchodzą także dwie sprzątaczki.
Pierwszy dzień na naszym statku "Bronisława" zleciał mi na spacerach po pokładzie. Odwiedziłem skromne sypialnie sprzątaczek, pokoje pilotów z licznymi sklejanymi modelami przestarzałych samolotów i z plakatami gołych... znaczy się, z plakatami rakiet kosmicznych. Pomieszczenia należące do naukowców były zamknięte, ale mimo pancernych drzwi można było usłyszeć liczne wybuchy. Co oni tam robią, ci jajogłowi?
Kiedy przechodziłem obok kabiny głównodowodzącego, ten wąsaty błazen nawrzeszczał na mnie, że szwendam się bez celu i sensu, że obniżam morale żołnierzy i że mam spier... no, iść sobie. Nie speszony wybuchem przełożonego odszedłem w kierunku składu broni.
Tak, to było coś. Półki, na których były wszystkie giwery, o jakich kiedykolwiek słyszałem oraz wiele z tych, o których pojęcia nie miałem, że istnieją. Były tu miotacze plazmy, działa laserowe, "spawarka", (po)ręczne wyrzutnie rakiet, starożytne pukawy na ołów, broń typu "szast prast i przeminęło z wiatrem", a nawet broń biała. Z platyny. Niezwykle lekka. Ostrzona laserowo. Onieśmielony, postanowiłem wziąć jednego z tych "posłańców śmierci (zawsze miałem talent poetycki)". Traf chciał, że był to akurat wspaniały, niesamowity, cudowny... scyzoryk. Pokochałem go od pierwszego wejrzenia. Z czułością włożyłem go do kieszeni moich spodni w śmieszne, zielone plamki (nikt nie chce mi wyjaśnić, po cholerę mi ten kostium z balu przebierańców, kiedy jestem W KOSMOSIE?!). Szczęśliwy ruszyłem do koszar.
To był ciężki dzień. Byłem bardzo zmęczony, więc od razu położyłem się spać, nawet nie myjąc zębów. Wziąłem tylko mojego pluszowego, hiper - męskiego misia. No i włożyłem pod poduszkę mojego przyjaciela, scyzoryka. Nawet nadałem mu imię: Excalibur. Gdzieś kiedyś słyszałem tę nazwę, ale pamiętam dokładnie, co to takiego. W każdym bądź razie, kojarzy mi się ze scyzorykiem. No, to dobranoc.
(...)
III Dzień
Na statku same nudy. Widzieliśmy już jedną, fajną planetkę, ale naukowcy stwierdzili, że nie ma tam warunków do życia. No, może i rzeczywiście, a poza tym nie jestem pewien, czy chciałbym mieszkać na planecie, na której są same kamienie.
Przejrzałem już wszystkie pornole i świerszczyki, nawet w jednym rozwiązałem krzyżówkę. Wąsaty opieprzył mnie już trzy razy. Nauczyłem się imion i ksywek reszty załogi, no i oni nauczyli się, jak ja się nazywam. Nawet głównodowodzący wkuł sobie do łba, nazywam się Ed, a nie Fred albo Red.
Jeden z jajogłowych ma ksywę Plemnik. Z początku nie wiedziałem dlaczego, ale teraz wiem, że jest eunuchem.
Zaprzyjaźniłem się bliżej z jednym z pilotów. Okazało się, że kiedy pakował się na tę wycieczkę, przewidział, jak ważne w życiu codziennym jest potrzeba zbliżenia do swych ust butelki z "gorącą" cieczą. Mówiąc prościej, wziął ze sobą sporo alkoholu. Zaproponował mi, że się trochę napijemy. Powiedział, że mogę zaprosić swoich "kumpli wojaków". Czym prędzej popędziłem powiadomić chłopaków o gościnie pilota (nazywa się Frank) i już wkrótce degustowaliśmy pół litra czystej. Wesoło było. Opowiadaliśmy dowcipasy i dzieliliśmy doświadczeniami życiowymi. Jeden kumpel komandos opowiadał, że miał kiedyś narzeczoną, która była od niego wyższa o głowę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że chłop ma ponad dwa metry wzrostu. Może ona po prostu nosiła buty na wysokich obcasach?
Wraz z kolejnymi litrami alkoholu znikającego w strasznym tempie, robiło się coraz głośniej. Kiedy urządziliśmy zawody w śpiewaniu przyszedł głównodowodzący. Na początku zdziwił się, że go nie zaproszono. Potem zobaczył wódkę i zaczął wrzeszczeć, że pijemy już na drugi dzień. Ktoś poprawił go, że to już trzeci dzień, a za niedługo czwarty. Wtedy dopiero poznaliśmy, co znaczy "gniew dowódcy". Wyzywał nas od pijaków, kilku żołnierzy zlał po mordach, korzystając z ich nietrzeźwości.
Pieprzony służbista.
Później zmęczył się, usiadł i napił się z nami. Warty odnotowania jest fakt, że ten wąsacz śpiewał najgłośniej i pierwszy zasnął. Nim jednak to nastąpiło, opowiedział nam ze szczegółami całą swoją historię życia. To było strasznie nudne, słuchać, jak biła go wałkiem żona, jak zadłużał się u własnego syna, jak teściowa wynajęła go za grosze do sprzątania mieszkania. Wszyscy płakaliśmy, kiedy opowiadał, jak zmarła jego matka...
Coś koło szóstej ruszyliśmy tyłki i poszliśmy do koszar. Znów nie zdążyłem umyć zębów.
(...)
XIV Dzień
Czuję się okropnie... Przez dwa tygodnie nie zaznałem uciech rozkoszy cielesnych! Jakże to tak, spytałem się dowódcy, na wyprawę nie zabrać żadnych kobitek? Ten kretyn tylko zaśmiał się głupio. Hormony buzują? - spytał, sukinsyn. Poradził mi, żebym wziął się za sprzątaczki. Albo został pedałem. Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, czy nie trzasnąć go w szczękę. Albo wyrzucić przez okno. Podzieliłem się moimi frustracjami z Frankiem. On stwierdził, że lepiej nie, bo po otworzeniu okna byłoby tu niezłe piekło. Co on pieprzy, pomyślałem. Jednak poniechałem pomysłów z oknem.
Zrezygnowany udałem się do toalety, celem zaspokojenia mojego pożądania mechanicznie.
Przyłapał mnie głównodowodzący, przypadkiem... wydalający tuż obok. Opieprzył mnie nieziemsko, że niby "onanizuję się na służbie". Za karę kazał mi wyczyścić wszystkie sedesy.
Skurwysyn. On nigdy nie spuszcza wody.
Miałem jeszcze jedną możliwość, mianowicie dwie sprzątaczki (pociągów homoseksualnych nigdy nie miałem). Jedna mogłaby być moją matką. Druga babcią. Postanowiłem spróbować u tej młodszej. Odpowiedziała, że wolałaby pół zdechłą szkapę ode mnie. Nie zrozumiałem aluzji. Dodała też, że wystarczy, że skinie ręką, a u jej stóp padają największe przystojniaki. Przyjrzałem się uważniej jej, nieco przywiędłym już, wdziękom i uznałem, że to blef. Tak czy inaczej zostałem na lodzie.
Starsza sprzątaczka powiedziała mi, że mogę się z nią przespać, byle bym założył ciasną, damską bieliznę. Ewentualnie czarne, skórzane ciuchy. Mówiła też, bym koniecznie wziął pejcz. Grzecznie odmówiłem. W końcu nie mam pejcza.
Frank pokazał mi zdjęcie swojej siostry. Jak na swój wiek (ma 17 lat), to niepłaska. Powiedział, że kiedy wrócimy na Maick, to umówi mnie z nią. Pocieszył mnie koleś. Przynajmniej zasnę spokojnie.
XV Dzień
No, kurwa, nareszcie! Znaleźliśmy jakąś w miarę żywotną planetę. To znaczy, wygląda nie gorzej, niż wysypisko koło mojego domu na Maick.
Dowódca powiedział, żebym przestał wreszcie bazgrać, bo ludzie się śmieją. Chciałem mu odburknąć, że jeżeli się śmieją, to tylko i wyłącznie z niego. Na szczęście się powstrzymałem. Będę pisał dalej, stale relacjonując zdarzenia (tylko, że z dala od wąsatego).
Wylądowaliśmy najwidoczniej na jakiejś pustyni, bo mnóstwo tu piasku. Nasz oddział został wysłany, by zbadać teren. Chodziliśmy długo, nie widząc żadnych śladu życia. Aż nagle... Will, ten wysoki z wielką narzeczoną, krzyknął, że tam, w oddali, jest jakiś budynek. Wyciągnęliśmy broń (uznałem, że mój Excalibur nie będzie przydatny), a Will nadał komunikat, że tam wejdziemy. No, to idziemy.
Budynek jest najwyraźniej opuszczony, wygląda na to, że kiedyś było to laboratorium. Ostrożnie weszliśmy do środka. Mam nadzieję, że to się nie zawali.
Zbadaliśmy dokładnie laboratorium i okazało się, że tu nikogo nie ma (ale niespodzianka). Will zawiadomił o tym dowódcę. Wąsaty zapowiedział, że reszta już nadchodzi. Razem ze sprzątaczkami. Może namówię tę młodszą na szybki numerek (to żart, oczywiście. Już mi przeszło, kiedy zobaczyłem siostrę Franka)? Poszedłem poszukać jakiegoś ustronnego miejsca, by w spokoju pisać.
To miejsce, to chyba biblioteka. W każdym bądź razie, przysłużyłem się do ważnego odkrycia! Będę sławny! A laski na to lecą..."
***
Powietrze na zmianę robiło się coraz gęstsze, to znów rzadsze. Raz było ciężkie, raz lekkie. Z gorącego stawało się zimne i na odwrót.
Później zaczęło się poruszać, ba, szaleć po całym pomieszczeniu, jakby chciało uciec. Wydawało przy tym charakterystyczny, świdrujący uszy świst.
W jednym miejscu powietrze zaczęło coraz bardziej gęstnieć, robić się coraz cieplejsze i zmieniać kolor na czarny. Wyglądało to jak plamka ciemności zawieszona w przestrzeni.
Plamka zaczęła rosnąć i nabierać humanoidalnych kształtów.
Coraz bardziej przypominała postać.
Postać robiła się coraz większa i bardziej umięśniona. Kontury postaci robiły się coraz wyraźniejsze.
W spowitej mrokiem, zrujnowanej łazience, gdzie jeszcze przed chwilą nie było nikogo, stał on. Najsilniejszy, najpotężniejszy.
Sondował budynek w poszukiwaniu najbliżej żywej istoty.
Znalazł.
W spowitej mrokiem, zrujnowanej łazience, gdzie przed chwilą ktoś stał, nie było nikogo.
Ed Burt zakończył pisanie. Odłożył długopis, którym bazgrał przez piętnaście dni podróży. Podróż zakończona, pomyślał. Zamknął swój pamiętnik, który był jedyną kroniką tej niezwykłej wyprawy. Wstał, dumny jak paw.
Nagle, tuż za drzwiami biblioteki, w której się znajdował usłyszał głośny świst.
To nie jest normalne...
Zobaczył, jak drzwi wyrwane z zawiasów przeleciały przez pomieszczenie i uderzyły w regał z książkami, stojący tuż obok niego. Jedna z książek upadła na jego stopie.
Zobaczył, jak do biblioteki wpada Coś. To Coś było wielkie, poruszało się jednak z niesamowitą szybkością i gracją. Jak kot.
Silne uderzenie umięśnionej łapy z pazurami cisnęło nim o ścianę. Krew powoli spływała mu na oczy.
Chyba jednak nie umówię się z siostrą Franka, pomyślał Ed. W następnej chwili potwór zmiażdżył mu głowę uderzeniem o ścianę.
Willow
aq151@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|