Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Homek Toft ::::

Przebudzenia



Dzień połknęła fabryka, maszyny wyssały z ludzkich mięśni tyle sił, ile im było potrzeba. Dzień, nie pozostawiając śladu, został wykreślony z ludzkiego życia; człowiek zbliżył się o jeden znowu krok do grobu, ale cieszył się na myśl o czekającym go za chwilę odpoczynku, o zadymionej szynkowni i - był zadowolony.
Nagromadzone od lat zmęczenie odbierało ludziom apetyt. Żeby móc jeść, pili dużo, drażniąc żołądek piekącą wódką. Spotykając się, mówili o fabryce, o maszynach, przeklinali majstrów, rozmawiali i myśleli tylko o tym, co miało jakiś związek z pracą. W nudnej jednostajności dni ledwie migotały pojedyncze iskierki nieudolnej i bezsilnej myśli. Po powrocie do domu kłócili się z żonami i często bili je, nie szczędząc pięści. Młodzież przesiadywała w szynkach albo urządzała po domach wieczorynki, grała na harmonii, śpiewała sprośne piosenki i brzydkie pieśni, tańczyła, opowiadała ordynarne dowcipy i piła. Ludzie, wyczerpani pracą, upijali się szybko, i budziło się wówczas we wszystkich niezrozumiałe, chorobliwe rozdrażnienie, które domagało się ujścia. Skwapliwie chwytając każdą okazję do wyładowania tego niepokojącego uczucia, jak rozwścieczone zwierzęta rzucali się na siebie o byle głupstwo. Wybuchały krwawe bójki. Niekiedy kończyły się ciężkim okaleczeniem, a niekiedy zabójstwem.
W stosunkach między ludźmi dominującym uczuciem była utajona złość. Była ona tak samo zastarzała jak nieuleczalne zmęczenie mięśni. Ludzie rodzili się z tą chorobą duszy, odziedziczoną po ojcach, i jak czarny cień towarzyszyła im ona aż do grobu, pobudzając w ciągu całego życia do postępków odrażających w swym bezsilnym okrucieństwie.
W święta młodzi zjawiali się domu późną nocą, w podartej odzieży, zabłoceni i zakurzeni, z pokaleczonymi twarzami, złośliwie przechwalający się, że pobili kolegów, albo skrzywdzeni i wściekli, ze łzami obrazy w oczach, pijani, budzący litość, nieszczęśliwi i wstrętni. Niekiedy chłopców przyprowadzały do domu matki albo ojcowie. Znajdowali ich gdzieś pod płotem na ulicy lub w szynku, pijanych do nieprzytomności; ohydnie przeklinali, bili pięściami miękkie, zwiotczałe od wódki ciała swych dzieci, a potem mniej lub bardziej troskliwie układali je do snu, aby rankiem obudzić je znowu do pracy.
Przeklinali swe dzieci i bili je, ale pijaństwo i bójki młodzieży ludzie starsi uważali za zjawisko zupełnie normalne - kiedy ojcowie byli młodzi, tak samo pili i tak samo bili się, i ich tak samo bili ojcowie i matki. Życie było zawsze takie samo - równo i wolno płynęło dokądś mętnym strumieniem, rok za rokiem, omotane przez nawyk myślenia zawsze o tych samych sprawach i wykonywania dzień w dzień tych samych czynności. I nikomu nie chciało się podjąć próby jakichkolwiek zmian na lepsze.


Gdzieś w odległym od twojego miasta mieście żyli ludzie tak bardzo podobni do ludzi, których znasz z widzenia. Pracowali i jedli, jak w tej książce, której fragment możesz przeczytać wyżej. Młodzi chłopcy wracając z kin i patrząc nieobecnym wzrokiem na małpie gaje pragnęli zmian w swoim życiu. Pragnęli, by nagle w ich los uderzył meteoryt, może chcieli pokazać, że są mężczyznami, że mają siłę charakteru i ciała. Dlatego też bluźnili na wszystko, czasem przebąkiwali w tramwajach, że ich marzeniem jest nagły wybuch wojny. Chcieliby odrobiny możliwości, żeby móc coś udowodnić. Że nie są jakimiś śmieciami, nie można ich lekceważyć. Że mogliby wiele, gdyby zaszła potrzeba. Jednak potrzeba nie nadchodziła. Czasy były takie, że jedynym ich miernikiem stały się ogromne, ciężkie chmury podobne słodkowodnym żółwiom. Ciężkie, powolne, gnane przez jakiś gorący prąd, noszące w sobie kwaśny deszcz i blady poblask zakrytego szylkretami słońca. W opuszczonych mieszkaniach na przedmieściach miast żyły kobiety załamane swoim życiem. Gdy ich mężczyźni odeszli, kiedy jeszcze były dziewczynami siedziały łkając w kuchniach. W swoich małych królestwach żyjąc życie silnymi pięściami ścierały się z podłogami do krwi. Samotne wyspy w oceanie szarości, zamaskowani ludzie krążyli w bezpiecznym tłumie i na chwilę podrywali go do biegu swoim szeptem. Pracowali samotnie, czasem tylko błyskając do siebie przelotnie zębami i machając z daleka rękoma. Gdzieś tam kochali, gdzieś też nienawidzili, wspominali i umierali po przetrwaniu przepisowej inkarnacji. W latach, które opisuje przytoczona wyżej książka było ciężko, bo nic nie można było zmienić, nic a nic. A może można było, ale nikt nie chciał tego zrobić. Irracjonalnie każdy dążył do własnej śmierci. Każdy trwał w morzu ropy będąc identyczną tłustą kroplą, jak jego sąsiedzi i przyjaciele z ławicy. Ciężkie słodkowodne żółwie nigdy nie przemijają, wiatr niesie je z jednej strony świata na drugą. Tym razem, wiosłując swoimi szerokimi burzowymi płetwami, nadpłynęły i tutaj. Nikt nie zauważył ich nadejścia, choć wszystko już od dawno aż wrzało zwiastunami przybycia tych posłańców machiny szarości. Popiołowe niebo pełne rubinowych ptaków, błyskających oczami jak paciorkami otchłani, pełnej gwiazd i zagubionych galaktyk, zasnuło podwórka, zasnuło place zabaw, łóżka i stronice tajemniczych ksiąg, położyło się na dachach, na nocy, na dniu i przeciwpowodziowych wałach odgradzających życie od życia. W ich cieniu znalazły się bramy, place i kościoły. Prognozy przewidywały ich odejście na wtorek, co było absolutnie nierozsądnym przewidywaniem, zupełnie nierozsądnym, bo ich odejścia nic nie jest w stanie spowodować, a tym bardziej przewidzieć. W ten sposób dobry kawałek miasta został pozbawiony słońca, wstał ciepły, szumiący wiatr niosący ze sobą drobny, biały piasek i kropelki znad wzburzonego morza. Na falochronach mewy ledwie trzymały się betonu zsiniałymi łapkami, a ludzie musieli trzymać włosy, by wicher nie zrujnował ich fryzur. Drzewa trzeszczały ostrzegając i przepraszając telefoniczne druty, które nijak nie mogły usunąć się z drogi upadających koron. Pogodzone ze sobą i swoim losem zwisały od domu do domu przekazując niepewne impulsy cichych rozmów toczonych w przedpokojach, przy zakrytych dłonią słuchawkach, z dala od rodzin. Ludzie jakby omawiali zdrady, jakby potajemnie zbierali siły przeciwko żółwiom. Żółwiom, których przegnać nie potrafił nawet wiatr. Żółwiom przebudzenia.

Młody chłopak osunął się na fotel. Zapadł się z mimowolnym jękiem w jego ciepłe i miękkie ramiona. Plecak upadł mu do stóp. W oczach majaczyły kształty pokoju, cicha muzyka jego ojca, smętna i pełna dziwnych zdań, czasem żywa i zupełnie pozbawiona sensu. Prawie, że zasnął, gdy nagle skończyła się piosenka. Cisza. Ciche westchnięcie i szelest kartek. Przeklął słysząc te dźwięki. Stary znowu miał doła i czytał nędzną poezję. Albo przeglądał swoje opowiadania i felietony zbyt trudne dla jego prostych odbiorców i przypominał sobie kim był. A wystarczyło spojrzeć w lustro. Nie wiadomo, ale raczej wcale się nie zmienił. Raczej nie. Czasem mu imponował, ale czasem był tak bardzo miękki, pełen tego gównianego romantyzmu. Szkoda gadać. Nie był aż taki stary, mógł sobie znaleźć żonę, ale nie, gdzie tam. Wolał się umartwiać, patrząc w niebo, pisząc coś, czytając i mówiąc. Ach, jak było mu dobrze, zmęczenie powoli ulatywało z jego ciała. Jedną z tych rzeczy, które stary potrafił dobrze zrobić była kawa z mlekiem. Była wprost i po prostu dobra. Wieczorem, gdy spadł niemrawy deszcz musiał iść z psem. Ojciec poszedł z nim, jeszcze w drzwiach nie do końca zdecydowany, ale na pierwszym schodku bloku już tak. Pewnym krokiem szli obok siebie w milczeniu. Pies znikał gdzieś między drzewami i błyskał ślepiami na drodze. Byli do siebie podobni, ojciec i syn. Ojciec trochę wyższy, może kiedyś trochę władczy, wyniosły, teraz spokojny, opanowany, snujący się łagodnie, taki pacyfista, co to nawet siebie samego nie potrafi zaciąć przy goleniu. Jak jakiś chrzaniony buddysta. Jego syn. Teraz spojrzał nieśmiało w jego młode oczy. Uśmiechnął się pobłażliwie i trochę tak jakby widział w nich oczy jego matki. W oczach jego matki... Wysoko nad nimi niebo zasnuwało się chmurami stając się bliźniaczym morzu tworem, nieskończenie doskonałym. Matka Noc powoli zasnuwała swoją suknią świat i bezlitosne żółwie stawały się niewidoczne. Nie przysłaniały bowiem gwiazd, nie ukrywały księżyca. Ludzie często nie widzą wroga dopóki ten im czegoś nie zabierze. Teraz też tak było. Żółwie cicho skradały się po kosmosie, zacierając granice między wiekami i rozdziałami starych rękopisów pełnych nut na marginesach i wierszy na okładkach. Ojciec wiedział już, co teraz się stanie. Znał te tropy. Piach drogi mlecznej był tak samo poryty jak dwadzieścia lat temu. Dwadzieścia lat temu spojrzał w niebo i spojrzał inaczej obniżając głowę. Tak w duszy jego syna działo się teraz, na co pomóc nie mógł i nie chciał. Przebudzenie wiązało się z ogromnym cierpieniem i bólem. Pamiętał dobrze, jak bardzo sam był słaby i zapłakany, jak mały. Nie potrafił kochać, nie potrafił cieszyć się i myślał o śmierci, prezentował swoje cierpienia, nie pozwalał się zbliżyć. Pamiętał to dobrze. Tak będzie i tym razem. Przebudzenia zawsze były takie... takie niewytłumaczalne. Stany duchowe poprzedzające je były bardzo dziwne, wymykały się wszystkim testom i kiedy chciał określić sam siebie psychologicznymi regułami nie udało mu się niestety. Szybko poprawił się w myślach: na szczęście. W oczach matki jego syna...

... tkwiła podłoga. Starła się z nią kolejny raz tak daleko od samej siebie. W wargach trzymała stal, zębami gryzła myśli, których wciąż nie mogła się pozbyć, chciała uciekać, biec, nie mogła, wszędzie ściany, białe kafelki jak w salach do badania kosmitów, pełno krzesełek metalowych, o które przewracała się raniąc golenie. Gdzie jesteś, gdzie się schowałeś? Gdzie znowu uciekłeś? Proszę cię, wyjdź już, błagam, nie trzymaj mnie w takim stanie. To uwłacza mojej godności, mojej cholernej kobiecej dumie, rozumiesz? Wyłaź! Proszę... Wyłaź, bo jak nie to pożałujesz! Proszę, wyjdź, proszę, nie chowaj się już przede mną. Wstała z klęczek i wyprostowała się trzeszcząc kręgosłupem. Na ścianie na poziomie jej oczu wisiała tablica pełna zdjęć i wesołych, kolorowych notatek. Większość z nich ozdobiona był serduszkami. Widząc je, czytając pobieżnie, cofnęła się o kilka kroków aż w jej nogi wbiła się kanapa sadzając na sobie. Obojętnym dotykiem gładził jej nogi miękki pled. Kot wypełzł spod ciężkiej, zdobionej siermiężnie szafy i wskoczył jej na kolana. Pogłaskała go wciąż patrząc w fotografie. Słodkowodne żółwie przepływały za oknami powolnymi machnięciami płetw wzniecającymi pożary oceanów. Wszystko oddalało się, gdy spojrzało się w to niebo, niebo szare, ziarniste, jakby pokruszone. Niektórzy ludzie siedzieli teraz w domach na twardych niewygodnych krzesłach i wpatrywali się w świat za oknem. Mieli nadzieję na przylot ufo, że w końcu zobaczą prawdę. W momencie, w którym wszystko już miało się wyjaśnić pies prosił o spacer, żona prosiła o umycie kibla, synek miał kłopoty z matematyką... Odchodzili od okien, ufo przelatywało, a oni wracali na swoje miejsca przed oknami i dalej go wypatrywali. Dalej, choć jego przelot zdarza się tylko raz w życiu człowieka. Nikt nie wie, co sprawia większe cierpienie, większy powoduje ból - przebudzenie, czy jego brak. Siedziała tak nieruchomo, myśląc o tym wszystkim i gładząc grzbiet kota, w którego rozumnych oczach odbijała się wielka magia tej chwili. Zamknęła gdzieś głęboko w mózgu wszystkie swoje myśli, odgrodziła je od reszty wszystkiego. W małym, zamkniętym obszarze tłoczyły się wszystkie wspomnienia, całe jej życie, a pozostałe miejsce, całą resztę zajmowała tablica z fotografiami, które teraz ospale się zmieniały. Zdawało się, że to nie ona przesuwa po nich wzrok, ale że to sama tablica przesuwała się po ścianie na niewidzialnych szynach, w górę, w dół, na lewo, prawo, na ukos...

... w jego stronę i z powrotem. W dal i coraz bliżej. Wracała i oddalała się. Jego mała córeczka, kochana wariatka. Wiedział, jak bardzo jest jej ciężko, ale nie potrafił pomóc, chyba nie mógł nic zrobić. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę papierosów. Wyciągnął jednego i powoli zapalił. Dym wypełnił jego płuca. Rozlał się po jego umyśle ten widok. Mówi się, że nie istnieje nałóg tytoniu, nałóg nikotyny. Jedynym prawdziwym nałogiem jest nałóg dymu, jego kształtów. Pod tym szarym niebem tylko on wydawał się być na miejscu. Ten niestały, elastyczny, tak bardzo podatny na siłę wiatru, siłę oddechu, tak bardzo silny, niepokonany. Wracała śmiejąc się ironicznie, patrząc w jego oczy jasno i buntowniczo. Odchodziła tłumiąc łzy, z drżącymi ramionami, tak bardzo dumna i wolna. Tak bardzo piękna. Wiedział, że jeżeli jego dziewczynka teraz przetrwa, przetrwa atak tych chmur, nie pamiętał jak je nazywał, kiedy sam zobaczył je po raz pierwszy, stanie się kimś zupełnie innym, będzie jej trudniej. O wiele trudniej. Pokręcił ze smutkiem głową, gdy odchodziła w milczeniu. Znowu wracała tupiąc głośno po deskach pomostu i wrzeszcząc głośno, gestykulując, jak zza ściany ze szkła. Nie słyszał jej słów, nie obchodziły go. Tylko w ten sposób mógł wytrzymać nie uderzając jej, nie pouczając, nie mówiąc nic. Żona jego... Nieważne. Była złą kobietą, która całkowicie pogrzebała jego dotenczasowy spokój. Teraz modlił się, by jego córka przetrwała przebudzenie, żeby się z nim zaprzyjaźniła, nie walczyła, nie zastanawiała się zbyt wiele nad życiem swoim - tak bardzo trudnym, i życiem niektórych koleżanek - tak bardzo, bardzo łatwym i przyjemnym. Musi uwierzyć, że jest dzięki temu wyjątkowa, że nic nie szkodzi, że jest piękna. I, choć nie był wcale mężczyzną w jej oczach, mimo, że cały czas chciała mu to pokazać, wyszedł jej trochę naprzeciw, gdy wracała i przytulił mocno. Objął jej głowę, przycisnął do piersi rozgorączkowane czoło i wycisnął z niej łzy ulgi, słone i targające się w sentymentalnej padaczce słowa. Szybkie, ciche, wstydliwe, przyznające się do słabości, do tych wszystkich myśli i widoków. Wiedział, jak to jest, więc siłą rzeczy, siłą wspomnień musiała spłynąć mu po policzku ta cholerna łza. Na szczęście zaczął padać deszcz, więc jej nie zauważy. Ojcowie, muszą być twardzi, nie mogą płakać, kiedy ich dzieci ronią łzy - pomyślał. Pojedyncza, szara kropla z brzucha żółwia leciała w dół. Z ołowianego, pokrytego tytanowymi guzami podbrzusza spadały ich setki - dziwnych, wilgotnych włóczni, czy to gniewu, czy litości, chłodzące, czy może drażniące wrażliwą skórę duszy. Ta szara, pojedyncza kropla, tak podobna do innych jak inna od podobnych spadała i spadała. W końcu z siłą, o jaką sama siebie nie podejrzewała, upadła na końcówkę jego papierosa. Na jego oczach setki drobnych pyłków zmieszanych z odłamkami ciała kropli wzleciały w górę i na boki. Na jej sweter, na jego spracowane dłonie i jej włosy pod nimi. Przedostał się żar między jego palcami do jej duszy. Żar, który na zawsze miał już w niej się tlić. Ojciec uniósł oczy ku górze i z pewnym podziwem, z odrobiną zazdrości, a może i zawiści, kto wie czy także i nie z wdzięcznością, spojrzał na żółwie, które ospale przebierały płetwami w słodkowodnym morzu niebios, teraz złączonych z otchłaniami tej słonej zatoki. Patrzał tym potworom prosto w ich nudne, przysłonięte rzęsami pyski i wyliczał im każdy tydzień, każdy miesiąc i w końcu każdą najmniejszą sekundę cierpienia, jaką doznał od swojej śpiącej żony, nie przebudzonej. Wyliczał za każdym spojrzeniem wszystkie te minuty, w których trzyma swoją córkę i ją rozumie, dziękował, bo w jej oczach widział miłość. Miłość. Tak wielką, że aż na jej oczach na jego twarz upadł deszcz. W telewizji widział wiele już rzeczy, niektórym nie dziwił się wcale, inne wyśmiewał albo opłakiwał ich głupotę, ale w oczach swojej córki...

... w jej oczach, gdy patrzała na te fotografie widać było wspomnienie mężczyzn. Jej ojca i jej męża, który teraz zapewne trzymał w ramionach jej syna, dawał mu na Boże Narodzenie dwulitrową Coca Colę z Mikołajem na etykiecie i chodził na wywiadówki, słuchał tych wszystkich skarg, pochwał, cichych szeptów z sąsiedniego pokoju, słuchał z nim, z jej synem. Tak bardzo go teraz kochała, tak bardzo, że gdyby się teraz tu pojawił to nie potrafiłaby chyba nic zrobić. Tylko na niego patrzeć. Na tego swojego męża. Na tego swojego męża, który tyle rzeczy wiedział i znał, w jego oczach...

... w jego oczach widniała niepewność i bezradność, gdy ich syn patrzył w szalejące fale. Szare i spienione, jak morze. Jak oddech żółwi wypluwających wciąż nowe przebudzenia i rozsyłające je po całym tym obszarze. Po podwórkach latały godząc w małe dzieci i każąc im widzieć, każąc im słyszeć i myśleć, kiedy są tak bardzo niewinne, niestworzone jeszcze do percepcji duchowej. Myślał o nich wszystkich, o tych biedakach, żałosnych, małych ciałkach wstrząsanych szlochem zrozumienia, zbyt wczesnego niestety. Spojrzał na plecy swego syna, prawie dorosłego i stanął obok niego. Pod szarymi chmurami, w podmuchach tego wiatru, który niósł tą jego ukochaną ezoterykę opowiedział mu wszystko to, czego jeszcze nikomu nie mówił. Opowiedział mu o swoim przebudzeniu, o tym, kiedy na niebie pojawiły się żółwie, o tym, jak uciekał, jak ukrywał się potem w domach przyjaciół, jak spacerował i rozmawiał, by w końcu zrozumieć, że nie może zbiec przed swoim umysłem. Przed swoimi myślami, które nakazywały sobie samym się rodzić, kolejnym szeregom i kolejnym. Opowiadał mu, jak zaczął wypisywać bzdurne opowiadania, których potem nikt nie rozumiał, nikt nie przyjmował... Opowiadał mu o swojej miłości, o grze, którą podjął... O wszystkim, co sprawiało mu wielki ból przez dwadzieścia bez mała lat. To, jak bardzo bolała go głowa, jak mocno chciał zatopić swoje pięści w krwi pewnych osób, jak płakał i wlewał do wnętrza swego wszystkie łzy. Mówił długo i smutno o tym, jak nienawiść w jego sercu się przepełniła i jak pewnego dnia odszedł. Opowiadał mu o wszystkich swoich myślach, o całej swojej młodości i o tym, jak bardzo, bardzo było mu ciężko, a nikt mu nie pomagał, prawie nikt. Opowiadał o lasach, morzach, ludziach, ulicach... kolejnych bezsennych nocach i dniach bez słońca ani deszczu, o dniach nijakich, które stały się udziałem jego życia. W końcu ustały zaprzeczenia syna, jego niechęć słyszenia takich historii. Żółwie wściekłe były, tak bardzo, że zaczęły walić piorunami w czarne wody morza, w czarne morza nieba, na którym same bytowały. Przebudzenia tego dnia nastawały jedno po drugim, bolesne wyrwy w doskonałych puzzlach ludzkiej nieświadomości. W tramwajach pękały setki serc, na plażach roiło się od filozofów i zgwałconych. W lasach przesiadywali malarze śledząc oniemiałym wzrokiem falujące wierzchołki sosen. Na polnych pejzażach ich obrazów babuszki w chustach zatrzymywały się w codziennym pieleniu grządek. Wzrok wszystkich, czy to nienawidzących, czy to szanujących je, wędrował ku żółwiom, ku słodkowodnym, popiołowym gadom na sklepieniu nieba. W nocy, która niespostrzeżenie zapadła lśniły jeszcze długo gwiazdy i wyświetlacze telefonów. Zieleń, fosforescencja, każde światło jakie tej nocy mogło zostać zaświecone zostało zaświecone. Wszyscy bali się, że przygniotą ich ciężkie, szylkretowe skorupy, że zmiażdżą domy ogromne, kolczaste ogony i tytanowe podbrzusza, że wzdłuż wilgotnych rynien do telewizorów, komputerów i discmanów pobiegnie prąd z piorunów i spali im cały świat, cały świat nie przebudzonych, głuchych na dzisiejszą noc, głuchych nie tak jak ona, bo w jej uszach...

... w jej uszach zagnieździł się zgiełk. Stare hymny buntu wiodły jej oczy ku górze, smętne piosenki wiodły je ku dołowi, niektóre wesołe przywracały poziom. Tak wiele znowu dziś straciłem / A może by tak... [skip] I znów mój duch połyka lęk [search] Stworzony by biec / Nie może zatrzymać się / Na zawsze zostać chcę / By dalej żyć... [skip] Czy kiedyś będę mógł być białym aniołem / I godzić noce z dniem / Na swe pióra przyjął krew / A na zmysły... [skip] [search] Ukryta twarz oznacza, że wiesz coś... [skip] [skip] Znowu świt / Wyczerpana noc / Oczy gwiazd dawno zamknął wiatr... [skip] [skip] Jesteśmy jak czarny dym... [skip] [search] Ty tak wielki i tak skończyłeś... [skip] Spójrz w lustro / Zerwij twarz... [skip] W nicości morza trwam / Wzruszenia ciągły brak / Szare niebo pełne ludzkich dusz / Chyba chciałbym już tam być / Rozkołysany dzień / Opuścił ziemski brzeg / Moja głowa pełna myśli jest / Jak nabrzmiały z ptaków krzew / Podobny chmurom zbieg / Prowadzi wszędzie mnie / Gdzie zmysły gubią sens / Gdzie czarny pada śnieg / Powoli tracę wzrok / Co mogę zrobić to / Żyć do utraty tchu / Zawrócić zdążę wiem / Zaskoczę światłem zmierzch / Gdzieś na końcu świata odnajdę się / Chyba chciałbym już tam być / Podobny chmurom... [search] Nie wiem czy zdążę... To znów ja [search] Miałem kiedyś plan / Oszukać własny strach / Bez okien kupić dom / Pod drzwi podstawić stół / Lecz zrozumiałem że... [skip] [search] Ocean drży / Srebrnym klejnotem jesteś w nim... [skip] [search] A do nikąd jadę z Tobą, gdy powietrza męczy głód... [battery low] [battery...

... wyczerpana wyciągnęła nogi i spojrzała w szary sufit. Nagle wiedziona jakąś nadzieją zerwała się i wyszła na dwór. Błękitne niebo. To kolejny dzień już wstał. Cichym szeptem powtórzyła sobie szybko Z rozmyślań przy śniadaniu i wróciła do domu. Jak każdy tego świtu, jak każdy tej wyczerpanej już nocy po starych mostach, które stały tam, gdzie zawsze stały. Ojcowie ze swymi synami i córkami, z pamięcią swoich córek i żon. Pusty szept zalał pusty park...

Epilog: Głodne słodkowodne żółwie odpływają na dźwięk ptasich treli, na odgłos pękających od rozgrzania skorup. Nikt nie wie, gdzie teraz są, gdzie toczą swoje ciężkie, szare cielska. Lecz bądź pewien, że jeżeli tu jesteś, siedzisz tam, gdzie teraz jesteś, to masz szansę znaleźć się w kręgu ich zainteresowania. Pamiętaj jednak, że przebudzenie nie będzie tylko twoje. Wokół ciebie, po tobie i przez ciebie będzie ich więcej. A niebo było kiedyś tak słoneczne i wolne od chmur... Słodkowodne żółwie wiecznie głodne... słodkowodne żółwie odbierając sen darują myśli i ból. Słodkowodne żółwie leniwie wiosłując szerokimi płetwami burzowych chmur odpływają gdzieś, gdzie nie dosięgniesz ich. Ech, tak bardzo, bardzo... ciężko... Nie chcę już pisać nic. To koniec, nieodwołalnie... koniec tego zdania. Żółwie są niewypowiedziane. A ja wam mówię, że jest nadzieja, że wkrótce nastanie przebudzenie. Oto cała moja wiara, tylko tyle mi trzeba, oto cała moja wiara, i tak nie pójdę do nieba... I jeszcze mocno w to wierzę, że w chwili, gdy zasnę, nie ogarnie mnie ciemność, wszystko nie zgaśnie...


Homek Toft

podobny-chmurom-zbieg@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||