|
Gdy anioły zasługują na śmierć
"Upadek anioła"
Marcin pamiętał, jakby to było wczoraj. Siedział wtedy na kanapie, był bardzo zdenerwowany; miał powody. Ojciec wrócił przed chwilą z wywiadówki i wszedł do dużego pokoju, w którym oczekiwała go matka wraz z przerażonym Marcinem. Usiadł na fotelu i patrzył się przez chwilę na syna.
Marcinowi nie podobało się to spojrzenie, wiedział, że coś się szykuje, ale nie był w stanie przewidzieć co...
Po kilku minutach rozmowy był już zupełnie spokojny. Znowu udało mu się wyłgać z większości złych ocen,
znowu mógł wieść swoje beztroskie życie przez następne parę miesięcy, aż do następnej wywiadówki albo większej wpadki, znowu czuł się lekki i wolny jak ptak...
Właśnie zrywał się z kanapy z zamiarem pójścia do swojego pokoju, gdy nagle ojciec wypowiedział te słowa, dzięki którym Marcin zapamiętał to zdarzanie aż do teraz:
- Synu, ja i mama musimy ci o czymś powiedzieć...
Wiedział, wiedział od samego początku, że coś jest nie tak. Ale skoro nie chodziło o wywiadówkę, to o co?
Może chcieli mu powiedzieć, że będą mieli kolejne dziecko, ale nie, byli na to za starzy. A może chcieli mu przekazać, że umarł ktoś z rodziny, albo że...
- Rozwodzimy się... - powiedział bez uczucia w głosie ojciec, przerywając mu tym samym jego rozmyślania.
Słowa odbijały się w jego głowie głuchym echem. To musi być sen, tak, to na pewno sen, to wszystko mi się śni - myślał. Przecież to było takie nierealne, nierzeczywiste. Mogło przydarzyć się bohaterowi jakiegoś serialu, jego koledze, ale nie jemu. Siedział tak pogrążony we własnych myślach, oszołomiony adrenaliną, nieobecny, niemal nie słysząc dalszych słów ojca. Po chwili poczuł olbrzymią falę rozpaczy, której nie mógł powstrzymać; najwyraźniej zaczęło do niego docierać to, co przed chwilą usłyszał. Gorzkie łzy zaczęły spływać mu po policzkach, najpierw jedna, potem dwie, aż w końcu cały wodospad łez.
Matka przytuliła go mocno, ale nie dodało mu to ani trochę otuchy, łzy dalej spływały mu po twarzy, a on w dalszym ciągu nie mógł otrząsnąć się z szoku. W końcu wstał i bez słowa wyszedł do swojego pokoju; to był chyba najgorszy dzień w jego życiu...
Zawsze gdy leżał w łóżku, nachodziło go na rozmyślanie. Przypominał sobie te wszystkie sytuacje, które wywarły jakiś szczególny wpływ na jego życie. Rozwód rodziców był jedną z tych sytuacji, ale to było dawno; dwa, albo trzy lata temu. Teraz już nie czuł tak wielkiego bólu jak kiedyś, nawet przywykł do tej myśli. Zresztą nie było wcale tak źle. Z ojcem mógł widywać się w weekendy, a na co dzień mieszkał z matką. Cała sytuacja wyglądała dość dziwnie, gdyż ojciec starał się udawać, że nic się nie stało, a swoje całotygodniowe nieobecności rekompensował różnymi drogimi prezentami. Marcin lubił te prezenty, więc nie było problemu.
Problemem natomiast była Natalia, nowa dziewczyna ojca. Nie, że jej nie lubił, po prostu miał wrażenie, że zabiera mu ona tatę. Z drugiej jednak strony, gdyby był na jego miejscu, zrobiłby tak samo, znalazł sobie kogoś, zanim zmarszczy się jak zgniła pomarańcza. I to go chyba najbardziej denerwowało, widział w nim normalnego człowieka, równie przewidywalnego i omylnego co on, a nie tego mądrego i nienaturalnie wszechwiedzącego ojca.
Podobno dzieciaki, których rodzice się rozstali, nie będą potrafiły prawdziwie kochać, ponieważ same nie zaznały rodzinnej miłości. Czy będzie taki sam jak jego ojciec? Czy będzie potrafił prawdziwie kochać? Te pytania przytłaczały go i napełniały smutkiem. Wiedział, że kiedyś pozna na nie odpowiedź, ale jeszcze nie teraz.
- O czym myślisz? - usłyszał przyjemny dla ucha głos nagiej dziewczyny leżącej koło niego.
Nie odpowiedział. Poczuł tylko, jak znowu bardzo siebie nienawidzi. Dlaczego jej to robił? Dlaczego, gdzie tylko się pojawił, sprowadzał cierpienie? Czy ona w ogóle zauważyła, że jest coś nie tak? Czy widzi to jego zamglone spojrzenie, gdy coś do niego mówi? Czy zdaje sobie sprawę z tego, że w ogóle jej nie słucha? Czy zauważyła, że za każdym razem gdy się widzą, lądują w łóżku? Czy zorientowała się, że wszystkie piękne słowa którymi ją karmił, były fałszywe? Czy wiedziała, że znaczy dla niego tak niewiele? Kolejne pytania bez odpowiedzi i kolejne powody, dla których powinien zakończyć swoją egzystencję. To wszystko sprawiało, że nienawidził siebie jeszcze bardziej.
- Spójrz mi się w oczy, czemu nie patrzysz się w moje oczy? - powiedziała swoim delikatnym głosem.
- Patrzę - powiedział pod nosem. Oczywiście kłamał, znowu kłamał...
***
Nie pamiętał już jaki był kiedyś, po prostu nie mógł sobie przypomnieć; mógł tylko zgadywać. Jedno wiedział na pewno - kiedyś potrafił cieszyć się życiem. Teraz kolejne dni przynosiły nowe problemy i zmartwienia. Marcin wiedział, że niedługo nie starczy mu sił, żeby dźwigać je wszystkie, wiedział, że stało się z nim coś niedobrego, że coś w nim umarło, ale nie próbował już z tym walczyć; wolał uciekać, uciekać przed samym sobą. Ucieczki szukał w łatwych dziewczynach i narkotykach, z czego te pierwsze wydawały się wręcz niewinną rozrywką w porównaniu z pogłębiającym się nałogiem. Wiedział, że to "białe gówno" go kiedyś zabije, ale on nie bał się śmierci. Już dawno przestał patrzeć na nią jak na mroczny koniec. Teraz śmierć przybrała obraz wybawienia, ratunku od szarej rzeczywistości.
Jego przygoda z narkotykami zaczęła się stosunkowo niedawno, jakieś pół roku temu, na wycieczce do Warszawy. Wtedy to jeden z jego kolegów pokazał mu małą torebeczkę z białym proszkiem. Oczywiście odmówił, niestety Piotrek nie miał tyle samozaparcia. Potem było tylko kwestią czasu, kiedy i on się skusi.
W przeciągu następnego miesiąca spróbował, to miał być pierwszy i ostatni raz, oczywiście było wręcz przeciwnie. Szybko rozsmakował się w gorzkawym smaku nowego środka na radzenie sobie z problemami.
Zaczął zaniedbywać starych przyjaciół, a na ich miejsce znalazł sobie nowych, bardziej "wyluzowanych".
Od tamtej pory nie miał do kogo zwrócić się po pomoc, mógł tylko spadać, spadać w otchłań...
"Zrodzony z marzeń"
Siedzieli obydwaj w kuchni jednego z łódzkich mieszkań. Piotrek był zajęty jedzeniem bigosu, którego zapach wypełniał całe pomieszczenie, natomiast Marcin z pełnym skupieniem obserwował pyłki kurzu tańczące we wdzierającym się przez okna świetle. To popołudnie nie różniło się niczym od innych. Znowu znajdowali się w tym samym miejscu i zastanawiali się, co będą robić przez resztę dnia.
- Może pójdziemy posiedzieć na przystanku - zagadnął Piotrek, przerywając otaczającą ich ciszę.
- Nie, na przystanku siedzieliśmy wczoraj - odpowiedział znudzonym głosem Marcin.
- To może pójdziemy na Piotrkowską?
- A chce ci się jechać taki kawał?
- W sumie to... nie - wymamrotał Piotrek, jednocześnie szeroko ziewając.
Znowu zapanowała cisza, którą przerywał tylko dźwięk przejeżdżającego w oddali tramwaju.
- A może... no wiesz...
Spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
- Nie, przecież już z tym skończyliśmy - odpowiedzieli niemal równocześnie.
Cisza ogarnęła ich po raz kolejny.
- A wciągnąłbyś?
- ... No... mógłbym... jakbyś ty chciał, to...
- No bo mi to w sumie obojętne...
- To jak, ty przygotujesz rurkę, a ja przyniosę co nieco? - powiedział ożywionym głosem Marcin.
I znowu nie mógł się powstrzymać. Zawsze uważał, że ma silną wolę i może z tym zerwać kiedy tylko będzie chciał - po raz kolejny się mylił. Nie brali już od tygodnia i gdy w końcu zaczęło im się udawać, wszystko trafił szlag.
Przez ostatnie kilka miesięcy ich organizmy uodporniły się na działanie narkotyku, dlatego musieli brać coraz więcej i więcej. Tym razem nie poczuli nawet efektu. Żeby zdobyć towar postanowili podjąć pewne kroki... kroki, które w przyszłości miały ich wiele kosztować...
***
Stali na jednej z mniej uczęszczanych ulic. W oddali jakieś dzieci zbierały strzykawkami wodę z rynsztoku
i polewały się nią nawzajem, głośno się przy tym śmiejąc. Marcinowi nie podobało się to miejsce, nigdy by się tutaj nie zapuścił, a szczególnie po zmroku. Czuł, że ze strachu trzęsą mu się nogi, ale nie mógł nic na to poradzić. Mógł tylko mieć nadzieję, że wszystko pójdzie gładko i będą mogli sobie szybko pójść.
Człowiek, który stał naprzeciwko, był od nich o kilka lat starszy, jego oczy błyszczały dziwnym blaskiem, a twarz była przyozdobiona kilkoma bliznami, prawdopodobnie pamiątkami po licznych bójkach. Obrazu dopełniała czarna skórzana kurtka, którą jegomość miał na sobie. Jesion, tak wszyscy na niego wołali. Był szeroko znany w okolicy i poza nią. Z tego co słyszeli, Jesion miał wielu znajomych, zaczynając od osiedlowych dilerów poprzez policję a na mafii kończąc. Tak czy owak, jedno było pewne - Jesion był potężnym człowiekiem, którego nie można było lekceważyć. I to właśnie przerażało Marcina, człowiek z którym właśnie rozmawiali był nieobliczalny i niebezpieczny, wystarczyłoby jedno jego słowo a pewnie obydwaj byliby martwi.
- To ile tego potrzebujecie? Gram wystarczy? - zapytał z pełnym profesjonalizmem w głosie mężczyzna w skórzanej kurtce.
- Tak, to będzie w sam raz - odparł Piotrek nieudolnie próbując ukryć swoje zdenerwowanie.
- Dajcie pieniądze i poczekajcie tutaj, ja zaraz wrócę - powiedział z dziwnym błyskiem w oku Jesion, po czym odszedł w sobie tylko znanym kierunku.
Czekali dłuższą chwilę w milczeniu. Minuty ciągnęły się jak godziny, a oni wraz z upływem czasu robili się coraz bardziej zdenerwowani i przestraszeni. Uczucie to spotęgował widok zbliżającej się z naprzeciwka grupki kilku chłopaków. Marcina nie obchodziły już ich pieniądze które miał Jesion, chciał się jak najszybciej wydostać z tego miejsca i zapomnieć o wszystkim. Gdy grupka podeszła na odległość kilku metrów, jeden z chłopaków niespodziewanie odezwał się do nich.
- Wiecie, że zgarnęli Jesiona?
- Właśnie łatwił dla was towar i podjechały psy.
- Jak to - wystękał Piotrek.
- Po prostu pomyślałem, że powinniście wiedzieć - mówił jeden z chłopaków, podczas gdy reszta mierzyła Marcina wzrokiem.
- W takim razie my już pójdziemy - skrócił Marcin, zaczynając przepychać się przez gromadkę otaczających ich chłopaków.
- A wy dokąd! - wrzasnął któryś z nich.
- Do domu - Odparł zmieszany Marcin.
- A zapłata?
- Zapłata za co? - wtrącił równie zmieszany Piotrek.
- Za informację! Gdyby nie my, stalibyście tutaj przez bardzo długo.
- Ale my nie mamy pieniędzy...
- To się zaraz okaże - powiedział z szerokim uśmiechem na ustach najwyższy z całej piątki.
Marcin wyrwał do przodu, jednak został szybko obezwładniony kilkoma ciosami przez chłopaków stojących po jego bokach. Momentalnie ogarnęła go fala otępiającego bólu, nawet nie zauważył, kiedy upadł na ziemię. Podczas gdy jedną ręką starał się zasłonić przed spadającymi ze wszystkich stron kopniakami, drugą próbował wyciągnąć gaz z kieszeni. W końcu uderzenia ustały, to była jego szansa. Gdy jeden z napastników nachylił się nad nim żeby go przeszukać, szybko trysnął mu gazem w oczy i z trudem podniósł się na nogi. Kiedy wstawał, dwóch chłopaków próbowało go przewrócić, ale i tych załatwił gazem. Złapał Piotrka za rękę i pomógł mu wstać, jednocześnie mierząc gazem do tych napastników, którzy uciekali właśnie w głąb ulicy.
- Musimy wiać, zanim przyprowadzą kumpli - wycedził przez zakrwawioną wargę Piotrek.
Marcin przytaknął mu kiwnięciem głowy i, najszybciej jak to możliwe, zaczęli zmierzać w kierunku domu.
***
Gdy położył się w nocy do łóżka, wszystko go strasznie bolało, a całe ciało miał pokryte siniakami.
- I na co mi to było - pomyślał.
- Od dzisiaj to już koniec, przysięgam - wyszeptał pod nosem.
Miał już dość wszystkiego, sam siebie napawał obrzydzeniem, nie chciał tak żyć. W jednej chwili ogarnęła go rozpacz. Potrzebował pomocy, kogoś, kto by go wsparł, powiedział parę słów pociechy, ale nie miał nikogo takiego. Był sam pośrodku oceanu zatracenia... Ale z drugiej strony nie takie rzeczy już mu się przytrafiały.
w jednej chwili żal minął i pojawiła się nadzieja na lepsze jutro, światło w tunelu. Nagle poczuł, że może zmienić swoje życie, że nie musi nikogo krzywdzić i brać narkotyków. Tej nocy zrozumiał jak bardzo zbłądził i jak bardzo był głupi, przejrzał na oczy, umarł i narodził się na nowo...
"Patrząc w słonce"
Był wczesny zimowy wieczór, z nieba spadały soczyste płatki śniegu. Na dworze mimo wczesnej godziny było już zupełnie ciemno. Marcin siedział w swoim pokoju i patrzył się przez okno na sylwetki ludzi przemykających ulicą w świetle latarni.
Był z siebie dumny. Nie brał już od kilku miesięcy i wreszcie zaczęło mu się układać. Na początku nie było łatwo, ciągle musiał walczyć z głodem narastającym wewnątrz niego, a teraz wreszcie był wolny.
Wiedział, że nie udałoby mu się, gdyby nie przyjaciele, którzy go wspierali, był im za to wdzięczny...
Zmienił też swój stosunek do płci przeciwnej; może z powodu Moniki, która pojawiła się w jego życiu tak niespodziewanie. Dziewczyna o pięknych niebieskich oczach i wspaniałym usposobieniu. Marcin dzielił dziewczyny na piękne i mądre, tylko piękne, tylko mądre i ani piękne, ani mądre, jednak ona nie pasowała do żadnej z tych grup. Oczywiście była piękna i mądra, ale miała w sobie coś jeszcze, coś, co czyniło ją taką wyjątkową, coś, przez co myślał o niej tak często. Żałował, że nie są parą, że nie chodzą po parku trzymając się razem za ręce i że nie obejmują się czule, ale nie mógł wykonać żadnego większego kroku w tę stronę. Za bardzo bał się zniszczyć to, co było między nimi, miał zbyt wiele do stracenia. Z tego to właśnie powodu przeżywał straszną huśtawkę nastrojów. Z jednej strony był szczęśliwy bo mógł być przy niej, a z drugiej straszliwie cierpiał, musząc ukrywać się ze swymi uczuciami. Czuł się trochę jak małe dziecko zafascynowane blaskiem słońca, starające się dokładnie przyjrzeć obiektowi swojego zainteresowania mimo tego, że jaskrawe promienie rażą je w oczy.
Odszedł na chwilę od okna i włączył światło. Po chwili całe pomieszczenie wypełniło się ciepłym blaskiem.
Usiadł na łóżku i przez pewien czas wsłuchiwał się w ciszę, była taka piękna, głęboka, wszechobecna.
Nagle rozległ się dźwięk domofonu. To dziwne, nie spodziewał się żadnych gości. Podbiegł do domofonu i podniósł klekoczącą słuchawkę:
- Halo?
- Cześć, zejdziesz na dół? - usłyszał nieco "grobowy" głos Piotrka.
- Nie wejdziesz? - zapytał zdziwiony.
- Lepiej będzie, jak ty zejdziesz do mnie - odpowiedział równie przygnębionym głosem niezapowiedziany gość.
Szybko założył buty i zaczął zbiegać po schodach. Co mogło się stać, czemu nie wszedł na górę? - zastanawiał się, mijając kolejne półpiętra. Kiedy zbliżył się do parteru, porażające zimno przypomniało mu o tym, że zapomniał założyć kurtki; nie było czasu, żeby się po nią wracać. Gdy popchnął ciężkie, metalowe drzwi i wyszedł na zewnątrz, zrobiło mu się jeszcze zimniej, a nogi zaczęły się trząść; sam nie widział, czy to z powodu zimna, czy sylwetki, którą ujrzał. Oprócz Piotrka czekał tu także Jesion. Ostatni raz Marcin rozmawiał z Jesionem jakiś miesiąc wcześniej, chodziło o odstraszenie pewnej grupy ludzi, której najwidoczniej naraził się z jakiegoś błahego powodu. Od tamtej pory przestał utrzymywać z nim jakiekolwiek kontakty. Czego mógł chcieć po tak długim czasie?
Jedno było pewne, jego wizyta nie wróżyła nic dobrego.
- Cześć... - powiedział niepewnie Marcin.
- Jest problem - zaczął jak zwykle bez ogródek Jesion. - Chodzi o to, że przez ciebie podpadłem kilku ludziom i teraz wszyscy możemy mieć problem, a ty chyba nie chcesz mieć problemów, prawda?
Marcin nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Cała ta sytuacja wydawała się jakaś nierealna. Wszystko działo się tak nagle i niespodziewanie, że miał wrażenie, iż to jakiś głupi film albo sen, który zaraz się skończy, a on wróci do swoich codziennych zajęć. Tak jednak nie było.
- ...chyba, że zapłacisz. - Zakończył swój wywód Jesion.
- Ja? Zapłacę? Za co? - odpowiedział nieco podirytowany. Wiedział, że igra z ogniem odzywając się w ten sposób, ale został sprowokowany.
- Za to, żeby nie mieć problemów, twój kolega już zapłacił - powiedział wskazując na Piotrka.
- Ile?
- Tylko pięćdziesiąt, to chyba mała cena jak za życie, prawda?
Nie mógł uwierzyć w to co słyszy, po tak długim czasie znajomości ten bezczelny sukinsyn otwarcie mu groził.
- Nie ma mowy, nie zapłacę - wycedził z nadzieją, że blef poskutkuje.
- Przemyśl to, może to ostatnia decyzja w twoim życiu... - kontynuował spokojnym głosem Jesion.
- Kiedyś w końcu trzeba umrzeć - skontrował czując, że balansuje na ostrzu noża.
- Twoja wola... Wiesz, zrobimy tak: przyjdę tu za godzinę, a ty przyniesiesz pieniądze, albo ty i twój kumpel będziecie w gównie po uszy, rozumiemy się?
- Rozumiemy, ale nic nie dam.
- Twoja wola - rzucił, odchodząc w ciemność i jednocześnie ciągnąc za sobą Piotrka.
Nagle zrobiło mu się gorąco. Skąd on weźmie cholerne pięćdziesiąt złotych? Czy jak da pieniądze to się Jesion się odczepi, czy przyjdzie znowu po więcej? Co się stanie z nim i Piotrkiem, jeśli NIE DA pieniędzy? Za dużo pytań i stanowczo za mało czasu. Spojrzał na zegarek, miał równo godzinę...
***
Pobiegł szybko do mieszkania i narzucił na siebie kurtkę. Mógł się tego spodziewać: gdy wszystko zaczyna się wreszcie układać, znowu przychodzi huragan i doszczętnie wszystko niszczy. Na policję nie było po co iść, jeśli nie Jesion, to dopadłby go któryś z jego kumpli. Czuł się jak zamknięty w klatce, z której nie ma wyjścia.
Wyszedł na ulicę i przysiadł na krawężniku, soczyste płatki śniegu spadały z nieba i osiadały mu na włosach i ubraniu, a niska temperatura dawała się we znaki. Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Jeśli już ma iść na dno, pociągnie go ze sobą...
Biegł oblodzoną ulicą co chwilę spoglądając na zegarek, miał jeszcze 45 minut. Gdy dobiegł na miejsce był tak zmęczony, że z trudem nacisnął przycisk na domofonie.
- Słucham? - odezwał się znajomy głos.
- Michał, otwórz, to ja - wysapał.
Po chwili był już w pokoju Michała. Znał się z nim od pierwszej klasy podstawówki, zawsze zwierzali się sobie nawzajem i pomagali, byli przyjaciółmi na dobre i na złe.
- Czemu zawdzięczam twoją wizytę, o książę - powiedział z charakterystycznym dla siebie sarkazmem Michał.
- Nie wygłupiaj się, to poważna sprawa.
- Dobra, więc o co chodzi - powiedział tym razem już zupełnie poważnie.
Marcin opowiedział mu całą historię, możliwie jak najszybciej, po czym czekał na jakąś odpowiedź lub słowa otuchy. Cokolwiek, co mogłoby mu pomóc.
- Mówiłem ci, że to pojeb - podjął Michał.
- Dobra, nie chcę gadki umoralniającej, tylko rady - odpowiedział zdenerwowanym głosem Michał, usadził się wygodniej w fotelu i zaczął kręcić młynki palcami.
- ...Nie wiem... nie wiem... Masz naprawdę przejebane - powiedział po dłuższej chwili namysłu. - Może powinieneś zapłacić?
- To fajnie, ale ja jestem spłukany - powiedział spoglądając nerwowo na zegarek.
Michał sięgnął ręką do małej metalowej puszki stojącej na biurku i zaczął w niej grzebać palcami. Po chwili wyciągnął z niej niebieski banknot.
- Trzymaj, pożyczę ci.
Marcin sięgnął łapczywie po pieniądze, mimo tego, że było mu strasznie wstyd tak oskubywać przyjaciela.
- Dzięki, oddam ci niedługo.
- Oddasz jak będziesz miał - odpowiedział Michał, uśmiechając się serdecznie.
-Dzięki, zrobisz coś jeszcze dla mnie?
- Wal śmiało...
- Gdyby coś mi się stało... Powiedz... Nie, to głupie.
- No śmiało.
- Powiedz Monice, że ją kocham...
- Coś jeszcze?
- Nie tylko to, dzięki.
***
- Jak podejdzie sam, to kamieniem w łeb i nożem go - tłumaczył Piotrek.
- A co potem ? - zapytał Marcin.
- Potem nic. Nie będzie Jesiona i chuj, będą musieli sobie zasadzić kasztany - uśmiechnął się lekko.
- A jak przyjdzie z obstawą?
- Wtedy dajesz mu kasę i mówimy mu żeby się od nas odczepił, bo mój stary pracuje w śledczej i dobierze mu się do tyłka, proste.
Stali tak tylko we dwóch pod jednym z łódzkich bloków. Spadające z nieba płatki śniegu osiadały im na twarzach i po chwili zamieniały się w małe kropelki wody. W oddali dało się dostrzec sylwetki kilku ludzi, zbliżających się w ich stronę. Jednego z nich rozpoznali bez problemu.
- Więc z planu A nici - wyszeptał Piotrek.
Gdy zbliżyli się do nich, Marcina ogarnęło przerażenie. To już nie był zwyczajny strach, to było coś więcej, postać stojąca przed nim urosła w jego oczach do rangi potwora, uosobienia wszelkiego zła.
- Macie pieniądze? - zapytała jedna z postaci stojących za plecami Jesiona.
W odpowiedzi Marcin wyciągnął niepewnie rękę z pogniecionym banknotem.
- No, wiedziałem, że coś wykombinujecie - niemal wykrzyczał z entuzjazmem w głosie Jesion.
- I po co było się tak gorączkować... - dopowiedział któryś z tych z tyłu.
- Jesion, masz... masz się od nas odpierdolić - wykrztusił w końcu Piotrek.
Na chwilę zapanowała cisza, ale nie taka normalna, głucha. Ta była pełna energii, napięcia, czas jakby stanął w miejscu.
Nagle potężny cios powalił Piotrka na ziemię.
- A to tak na przyszłość - rzucił jeden z oprawców.
- Nam nie dyktuje się warunków.
***
Gdy tej nocy Marcin leżał w łóżku cieszył się, że miał już to wszystko za sobą.
Nie wiedział czy zrobił dobrze czy źle, ale jednego był pewien. To była najdłuższa godzina w jego życiu...
"Randka ze śmiercią"
Marcin siedział na krześle, tępo wpatrując się w ścianę. Mimo całego wysiłku jaki w to wkładał, nie mógł wydusić z siebie ani jednej łzy. Ostatnie wydarzenia były dla niego wielkim ciosem, najpierw sama wiadomość o śmierci Piotrka, a teraz pogrzeb i to wszechobecne uczucie bezsilności oraz pustki. Dlaczego? Powtarzał sobie to pytanie. Dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Gdyby wtedy z nim poszedł, gdyby choć raz postąpił tak jak powinien, pewnie nie doszło by do tego wszystkiego. W gazecie napisali, że to był wypadek. Chłopiec potrącony przez samochód, ale co oni tam mogą wiedzieć. Nie widzieli Jesiona, jak obnosił się ze swoją obrzydliwą zbrodnią, jak jego usta wykrzywiały się w sadystycznym uśmiechu. Gdyby tylko Marcin mógł, z pewnością z całej siły zacisnął by ręce na jego szyi i patrzył, jak ten jego uśmieszek rzednie, ustępując miejsca agonicznemu charczeniu. Oczywiście, gdyby mógł. Ale co on mógł zrobić? Był tylko małym pionkiem na szachownicy. Jednym z tych, które poświęca się po to, żeby zbić lepszą figurę. W pewnym momencie poczuł, że jest tym wszystkim zmęczony, zmęczony życiem.
Spojrzał na biurko, leżący na nim pistolet oraz zapisaną kartkę papieru.
- To zadziwiające - wyszeptał sam do siebie.
Wystarczy jeden drobny ruch palca, a osoba znajdująca się na trasie pocisku przestaje istnieć. Nie liczy się wtedy, czy jesteś filantropem, sławnym piosenkarzem, prezydentem czy gwałcicielem i kawałem sukinsyna. Nieważne, czego dokonałeś przez całe swoje życie. Kuli jest to obojętne, po prostu znikasz.
- Ciekawe, jak to jest umrzeć - myślał.
Marcin nigdy nie utożsamiał śmierci z czymś strasznym. Wolał myśleć o niej jak o czymś romantycznym, zmysłowym. Niczym namiętny pocałunek pary kochanków pragnących zatrzymać czas w miejscu. Pocałunek śmierci który wyciągnie z niego wszystkie siły witalne i uwolni od cielesnej powłoki.
- Tylko co potem?
Czy trafi do nieba i będzie w końcu szczęśliwy? Czy może trafi do piekła, gdzie będzie cierpiał przez wieczność, za swoją samobójczą śmierć. A co będzie, jeśli potem nie ma nic, pustka, otchłań? Czy będzie to miało dla niego jakieś znaczenie?
W każdym wypadku wszystko wydawało się być lepsze od przytłaczającego poczucia winy. Zawahał się przez chwilę, czy aby na pewno dobrze robi. W takiej chwili. Gdy wydawało mu się, że klamka już zapadła. W końcu wziął głęboki oddech, po czym chwycił pistolet, odbezpieczył i wsunął sobie lufę do ust. Była zimna. Powoli zaczął naciskać na spust. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie zadzwonił telefon. Marcin stanął przed nowym wyborem... Wybrał życie.
- Halo? - odezwał się niepewnie.
- Dzień dobry panu, Stefan Drzazga, Centralne Biuro Śledcze - odpowiedział znajomy głos w słuchawce.
- Michał, to ty ? - zapytał, parskając śmiechem.
- Pewnie, a co myślałeś, że CBŚ? Pomyślałem, że nie powinieneś teraz siedzieć sam, może wpadniesz?
- W porządku, tylko coś schowam i już u ciebie jestem.
Teraz już wiedział, że jeśli miał zginąć, to na pewno nie w ten sposób. Wyglądało na to, że śmierć będzie musiała poczekać trochę ze swoim pocałunkiem, bo najwyraźniej Marcin nie zamierzał całować się na pierwszej randce.
"Gdy anioły zasługują na śmierć"
Z impetem uderzył o pobliską ścianę, gdy popchnął go wyższy mężczyzna. Z trudem odzyskał równowagę i rozejrzał się po klatce schodowej w poszukiwaniu drogi ucieczki albo chociaż jakiejś osłony przed ciosami. Niestety nie znalazł nic.
- Gdzie pieniądze - powiedział jeden z dwóch mężczyzn stojących za plecami tego wysokiego. .
- Mam tylko tyle, przysięgam - odpowiedział nieco łamiącym się głosem..
- Marne pięćdziesiąt zeta, kpisz sobie z nas!?.
- Za tydzień ma być dwa razy tyle, bo inaczej skończysz tak jak twój kumpel, Piotrek. Słyszałeś... pytam się kurwa, słyszałeś!?.
- Tak, słyszałem - odpowiedział jeszcze bardziej łamiącym się głosem.
- No to do zobaczenia w piątek... Marcin - rzucił ostatni z nich wychodząc przez drzwi prowadzące na ulicę.
Marcin stał tak jeszcze przez kilka minut, próbując opanować nerwy i doprowadzić się do porządku. Tysiące myśli przechodziło mu przez głowę. Gdyby był tu Piotrek, na pewno wiedziałby co robić, ale Piotrka już nie było. Został sam. Sam ze swoimi problemami.
- Cholera, pomyślał, czemu takie rzeczy przytrafiają się właśnie mnie, przecież nikomu nic nie zrobiłem - pomyślał na głos.
- Czemu nie mogę być normalnym nastolatkiem z normalnymi problemami.
Wyszedł na ulicę i spojrzał w wieczorne, rozgwieżdżone niebo.
- Teraz jesteś zadowolony - wybełkotał, patrząc się w górę.
Był wściekły, wściekły na samego siebie za to, że w ogóle poznał Jesiona. Samo rozmawianie z nim było dość niebezpieczne, a co dopiero robienie z nim interesów. Ale to było dawno, był wtedy innym człowiekiem, może trochę nazbyt wyluzowanym i zbyt lekko traktującym życie. Po chwili takiego rozmyślania uznał, że przyda mu się spacer.
Było już dość późno, ale on lubił taką porę, po ulicach chodziło mało ludzi i w dodatku było tak cicho, że mógł usłyszeć stukot swoich butów o chodnik. No i te gwiazdy, mógł w nie patrzeć godzinami zastanawiając się, czy gdzieś na świecie ktoś podobny do niego, z podobnymi problemami patrzy się w tej chwili w ten sam punkt na niebie. Idąc tymi wszystkimi ciemnymi, mało uczęszczanymi łódzkimi ulicami dużo rozmyślał o swojej sytuacji. Mógł uciekać do ojca, do Krakowa, ale z kolei jak wytłumaczy matce, że z dnia na dzień chce porzucić naukę w gimnazjum i wszystkich znajomych z sobie tylko znanego powodu. Mógł też iść na policję, ale ona by nic nie wskórała, za to on pewnie straciłby życie. Nagle poczuł, że coś uwiera go w plecy, tuż za paskiem. Zrezygnowanym ruchem wyciągnął zza spodni pistolet i wsunął go za pasek, ale tym razem z przodu. Kupił go około pół roku temu od jakiegoś gościa na bazarze. Nie mógł sobie tylko przypomnieć, po co.
Zwolnił nieco kroku rozmyślając nad trzecią ewentualnością i nagle go olśniło. Pistolet kupił właśnie po to, żeby uniknąć problemów z takimi osobami jak Jesion. Teraz wszystko wydawało się jasne i przejrzyste, czemu wcześniej na to nie wpadł?
- To takie proste, wystarczy wycelować i nacisnąć spust, pomyślał.
Ale czy pistolet w ogóle działał?
- Jest tylko jeden sposób żeby to sprawdzić - wybełkotał pod nosem.
Przed nim rozpościerała się ciemna pusta ulica, rozświetlona jedynie bladym blaskiem latarni. Wokół panowała głucha cisza, na ulicy stał tylko on. Powoli wycelował w stojący nieopodal kubeł na śmieci i przygotował się do strzału. Nagle potężny huk rozdarł panującą dookoła ciszę. Ale on nie słyszał wystrzału, ani nawet jego echa; był zbyt oszołomiony buzującą w jego żyłach adrenaliną. Stał tak przez moment ze szklistym spojrzeniem i drżącymi z podniecenia rękami, po czym wyrwał przed siebie w dzikim pędzie.
Biegł, dopóki nie zabrakło mu tchu w piersi, dopiero pod domem zdecydował się na odpoczynek. Po chwili spojrzał na zegarek, było już po dziesiątej. Wiedział, że matka wścieknie się dlatego, że znowu się spóźnił, ale ta myśl nie była w stanie przyćmić stanu euforii w jakim niewątpliwie się znajdował...
Dzień 1
Dzień zaczął się zwyczajnie, najpierw pobudka, potem prysznic i szkoła. Teraz siedział w domu swojego przyjaciela, zawsze tu się spotykali, kiedy jeden z nich miał problem. Dom wyglądał normalnie, trzy pokoje, kuchnia, łazienka, telewizor stojący na małej komódce, kanapa, stół, repliki mieczy powieszone na ścianie, jednym słowem - zwyczajne mieszkanie. Siedzieli, a w zasadzie pokładali się na stole naprzeciwko siebie, nie odzywali się. Z miny Michała można było wywnioskować, że intensywnie myśli. Marcin obserwował, jak szczupły brunet siedzący naprzeciwko niego wpatruje się w dwa kieliszki stojące na stole i wystukuje palcami sobie tylko znaną melodię. Marcin nie pił dużo, tylko na specjalne okazje, ale to przecież była specjalna okazja.
- Więc naprawdę chcesz to zrobić - powiedział w końcu, przerywając nieznośną ciszę. - Chcesz zabić człowieka...
- A mam jakiś wybór? Przecież nie dam mu pieniędzy, a na policji nie mam nawet czego szukać - powiedział dość bełkotliwym głosem Marcin.
- Nie boisz się konsekwencji? Katechetka mówiła, że...
- Pamiętam, co powiedziała cholerna katechetka! - przerwał mu Marcin. - I nic mnie to nie obchodzi - dodał po chwili.
- Wiesz, jakbyś musiał się ukryć czy coś, to zawsze możesz na mnie liczyć - zagadnął Michał.
- Prawdziwy z ciebie przyjaciel - odpowiedział Marcin niemal ze łzami w oczach.
***
Gdy wrócił do domu, nie było nikogo. Gdyby matka zobaczyła go w takim stanie, pewnie wyrzuciłaby go z domu. Na szczęście pracowała dziś na druga zmianę i miała wrócić dopiero następnego dnia. Mimo tego, że był wczesny wieczór, przygotował wszystko do spania i po otrzeźwiającym prysznicu położył się do łóżka. I tak nie zamierzał robić lekcji.
Dzień 2
Obudził się nieco wczorajszy, wypił karton mleka, a potem już normalnie - prysznic, szkoła, dom. Cały dzień chodził jakiś rozkojarzony, nie potrafił nawet odbić piłki na lekcji WF-u. Cała sytuacja go przerastała, po głowie ciągle chodziły mu słowa Michała. Jeśli rzeczywiście źle robi, to mógł jeszcze się wycofać zanim zrobi coś głupiego. Z drugiej jednak strony nie miał innego sensownego wyjścia. Tej nocy, zanim poszedł spać, pomodlił się przez chwilę; nie robił tego od czasu, kiedy miał kilka lat. Może nie otrzymał żadnej odpowiedzi, żadnego olśnienia, ale poczuł się oczyszczony.
Dzień 3
Obudził się zlany potem; miał straszy sen. Śniło mu się, że umarł. Widział swój własny pogrzeb. Płaczących rodziców, przyjaciół i... Monikę. Przez to całe zamieszanie zupełnie o niej zapomniał. Nagle poczuł, że musi się z nią spotkać.
***
Stali tylko we dwoje w chłodny, marcowy wieczór, tylko on i Monika. Patrzył się przez chwilę w milczeniu w jej lśniące, niebieskie oczy. Z trudem powstrzymywał ogarniającą go rozpacz.
- Mam nadzieję, że dalej będziemy przyjaciółmi - zakończyła swój monolog "niebieskooka".
- Tak... Nic się nie stało - odrzekł najpewniejszym głosem, na jaki mógł sobie pozwolić.
- Przepraszam, muszę już iść - zakończył rozmowę Marcin.
***
Szedł przed siebie, a łzy spływały mu po policzkach.
- Teraz nie mam już nic do stracenia. To już koniec, "Z tarczą lub na tarczy".
Myśli odbijały się głuchym echem w jego głowie. Gdyby ktoś wyjrzał przez okno, zobaczyłby przygarbiony wrak człowieka przemierzający ciemne, bezkresne ulice Łodzi. Ale nikt go nie widział, był sam, tylko on i nieznośna cisza...
Dzień próby align>
Szli przed siebie, w milczeniu. Dwaj przyjaciele. Wokół było ciemno, jak zawsze o tej porze. W powietrzu dało się wyczuć napiętą atmosferę. Mimo tego, że był już koniec marca było bardzo zimno, tak zimno, że mimo ciepłej kurtki i spodni Marcinowi trzęsły się nogi, a może to ze strachu. W końcu zatrzymali się kilkaset metrów od umówionego miejsca spotkania.
- Lepiej będzie, jak dalej pójdę sam - powiedział głosem zupełnie pozbawionym emocji.
- Może iść z tobą - odpowiedział Michał mimo tego, że wcale nie miał zamiaru nigdzie iść.
- Nie, i tak zrobiłeś już wystarczająco dużo.
Stali tak przez chwilę, patrząc się na siebie. W końcu podali sobie ręce na pożegnanie. I poszli, każdy w swoją stronę.
- Piotrek byłby z ciebie dumny - usłyszał jeszcze za swoimi plecami zdanie, które tak wiele dla niego znaczyło.
***
Po chwili stał już w umówionym miejscu, zupełnie sam.
- Z tarczą lub na tarczy - powiedział sam do siebie.
Kilka minut później zobaczył w oddali Jesiona, idącego w jego stronę swoim dumnym, niemal defiladowym krokiem.
Dziwne, był sam, nawet nie wyglądał tak strasznie jak wcześniej, wydawał się nawet trochę niższy niż zwykle.
- Pieniążki są? - zapytał bez zbędnych ceregieli Jesion.
- Nie ma - wycedził przez zęby Marcin.
- Zaraz się przekonamy - mówiąc to sięgnął do swojej skórzanej kurtki po rewolwer, ale Marcin był szybszy.
Trzy strzały rozerwały nocną ciszę...
***
Obydwaj leżeli na ziemi w kałuży krwi, patrząc się sobie w oczy. Marcina ogarnęło uczucie spełnienia i spokoju, gdy patrzył, jak z jego największego wroga uchodzą resztki życia. Zdążył jeszcze spojrzeć w górę, w piękne rozgwieżdżone niebo i zaśmiać się głośno. Po kilku sekundach śmiech umilkł ustępując miejsca głuchej nocnej ciszy...
Citizen Zero
larkin5000@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|