|
Szaleniec
Motto: "To jest trudny tekst. Nie staraj się zrozumieć, po prostu czytaj."
"Czujesz to?" - wesoło krzyknął, a właściwie wrzasnął do swojego kolegi Lukas Katz, jednoroczny ochotnik Cesarsko-królewskiej armii Austriackiej. Nie uzyskał odpowiedzi, co nikogo nie zdziwiło. Cała piątka jego towarzyszy dosłownie drżała z przerażenia. Znajdowali się właśnie w okopie, jakieś trzysta metrów od linii frontu. Dookoła nich panował nieustanny ryk, z rzadka wybuchał granat, tudzież nieludzki ryk ludzi rozszarpywanych na ostrych bagnetach. Wszyscy byli na froncie pierwszy raz. Nie oszukujmy się - każdy miał pełne spodnie strachu. Przerażenie odbierało im rozum i panowanie nad sobą. Ich sytuacja była rozpaczliwa. Wróg zbliżał się, i pomimo tego, że nie wiedzieli co się dzieje, zdawali sobie sprawę, że lada moment usłyszą miarowe kroki moskiewskiej armii, która idzie odebrać im okop, w którym rozpaczliwie się kryli. Każdy z nich miał tylko jedno marzenie - uciekać. Ale nie było dokąd. Ucieczka w tył znaczyła kulę w łeb za dezercję. Przed siebie - śmierć na moskiewskich bagnetach. W każdą
inną stronę, powolne konanie bądź rozszarpanie przez granat. Jedynym rozkazem który dostali było: "utrzymać swoje pozycje". Oczywistym było, że za chwilę armia austriacka utraci kolejny okop, kolejne sto metrów frontu oraz - co na pewno, przy statystycznych setkach tysięcy zabitych młodych ludzi dziennie dowództwo uzna za nieznaczną się stratę - szóstkę żołnierzy.
Niestety, żołnierze nie rozumieli tego, jak mało są ważni. Nie chcieli także przyjąć do wiadomości tego, że ku chwale swojej ojczyzny Austrii, powinni wszyscy dzielnie polec. Przeciwnie, pragnęli żyć i zrobili by wszystko, by nie umierać. Ot - zwykły z tysięcy okopów. Młodzi, przestraszeni i niedoświadczeni żołnierze ginęli tak milionami. Ale ten oddział był inny. Był między nimi Lukas Katz, czech, który najmniej z nich wszystkich miał powodów aby umierać za Austrię.
"Czujesz to ?" - ponownie i nie mniej wesoło krzyknął Lukas do jednego ze swoich kolegów z okopu - "Jeżeli teraz nie czujesz że żyjesz, to nigdy nie poczujesz !" - roześmiał się serdecznie jak z dobrego kawału. Rozejrzał się dookoła. Na ziemi siedział Herrman, Żyd z Wiednia. Rozglądał się nerwowo i właściwie gdyby nie to, że cały się trząsł, nie widać byłoby po nim strachu. Drugi z ich szóstki klęczał i odmawiał jakąś modlitwę przed śmiercią. Trzeci stał i płakał. Kolejni dwaj, "madziary", jak nazwał ich Lukas, czyli Węgrzy, byli chyba przyjaciółmi. Nie odzywali się, jedynie błędnymi oczami patrzyli daleko przed siebie w mgłę. Vodiczka, najbliższy kolega Lukasa zachowywał się najnaturalniej. Były to jednak pozory, ponieważ jego spokojna postawa spowodowana była nerwowym paraliżem. Jednoroczny ochotnik Katz nie wiedział o tym, i wydawało mu się, że jego kolega stara skupić się przed walką. Krótko mówiąc - wszyscy oprócz Lukasa rozumieli się bez słów.
- Idą - stwierdził Lukas słysząc przed sobą tupot nóg. Herrman rozpłakał się na głos.
- Zginiemy ! - powstrzymując kołatanie zębów stwierdził oczywisty fakt jeden z Węgrów.
- Przyjaciele ! Śmierć czeka na nas ! Zginąć w walce to najpiękniejsze, co może być. Zakładamy bagnety, nie wezmą nas żywych ! - w uniesieniu krzyknął ochotnik Katz. Nie mieli wyboru. Po paru minutach z drżeniem rąk, każdy z nich stał z bagnetem na karabinie, choć wątpliwym było, aby ktokolwiek z nich umiał kogoś nim zabić.
- Idziemy ? - szeptem zapytał Vodiczka Lukasa. W momentach takich jak ten, strach błyskawicznie znikał. Czuł się jak w transie.
- Jest ich więcej - Lukas popatrzył w dal - nadchodzi z dziesięciu. Dam głowę, że dostali rozkaz "Naprzód !" i trzęsą im się nogi. No no no... ale posłuchaj jak maszerują.
Przez chwilę w milczeniu cała szóstka słuchała w oddali, jak nadchodzą ich wrogowie. Bez wątpienia był to mały oddział rozpoznawczy.
- Jakiś uprzejmy dowódca - zaczął Lukas - chcąc wsławić się na bitwie, posyłał swoich ludzi na obustronną "rzeź rozpoznawczą". Wysyła ludzi i liczy po ilu krokach padną martwi, aby wiedzieć jaki zasięg mają karabiny wroga. Nie ma jak na wojnie. - Uśmiechnął się szeroko. Herrman głośno pociągnął nosem.
Mgła stawała się bardzo gęsta. Przykucnęli cicho tuż za okopem. Po paru minutach czekania rozległ się krzyk: "HURAA !". Rosjanie rzucili się chmarą z bagnetami prosto na nich. Zerwali się na równe nogi i rzucili w ich stronę. W jednej chwili cała szóstka zmieszała się z ludźmi wroga. Strzelanie było niemożliwe. Zaczęła się walka na bagnety, a właściwie tępa siekanina na ostre jak brzytwa noże na karabinach. Vodiczka stał jak słup soli, nie wiedząc co się dzieje. Ogłupiły go krzyki i okropne wrzaski umierających ludzi. Dopiero gdy ujrzał przed sobą Rosjanina, zamknął oczy i zaczął dźgać powietrze przed sobą. Poczuł ostry ból w nodze. Jego karabin zaczął napotykać opór przed sobą, usłyszał najgorszy dźwięk w swoim życiu. Całość trwała sekundy. Ponownie otrzymał straszne ukłucie w bok. Bardziej ze strachu o życie niż z bólu, upadł na ziemię i zaraz po tym ktoś nadepnął na jego głowę. Nie widział już jak Rosjanin, który próbował wbić leżącemu bagnet prosto w plecy, dosłownie stracił głowę od bagnetu Lukasa. Zaraz po tym Vodiczka stracił świadomość tego, co się dzieje. Krzyki nagle ustały. Był w szoku, adekwatnym do ukłuć, które dostał. Nie czuł nic. Dopiero po paru chwilach zorientował się, że leży za jakimś dużym kamieniem obok swojego kolegi Lukasa.
- Żyjesz ? - zapytał Lukas, próbując niezdarnie obandażować paskudną ranę, jaką miał na ręce. Pięknie nadziałeś tego Moskwiaka. Tylko mogłeś go, cholera jasna dobić ! Przewracasz się na prostej drodze, on by z ciebie zrobił kurczaka na rożnie.
- Co się stało ? - Vodiczka był zdezorientowany. Gdzie reszta ? - zadał głupie pytanie.
- Na polach Valhalli - uśmiechnął się Lukas. Posiekali ich jak gołąbki na święta. Herrman zesrał się dokładnie w momencie, gdy odcięli mu łeb. Widziałbyś tę kupę flaków, krwi i gówna na sobie, a na tym wszystkim odcięty łeb ! Ten szurnięty Rosjanin bał się, żeby Herrman nie wstał i pociął go jak się dało. Reszta ? - zastanowił się chwilę - byłeś jedynym z naszych, który miał zakrwawiony bagnet. Tamci pobiegli dalej, a ten jeden, co cię chciał nadziać został z tyłu i ja go dobiłem. To wszystko. Głupia mgła...
Vodiczka zrozumiał, że jego kolega nie jest szaleńcem, za jakiego miał go w okopie. Do tej pory myślał, że odwaga Lukasa bierze się z tego, że chłopak zwyczajnie zwariował ze strachu.
- Przed nami Rosjanie, za nami Rosjanie... ciekawe ilu jeszcze zabijemy, co brachu ? - mówił dalej ochotnik Katz. Vodiczka spojrzał na karabin swojego przyjaciela. Był cały w krwi i mięsie ludzkim. Zrozumiał, że jednoroczny ochotnik Lukas Katz nie miał żadnych ludzkich odruchów gdy siekał swoich wrogów, którzy właściwie byli takimi samymi niezdarnymi chłopakami wysłanymi na front, równie przerażonymi i bojącymi się o swoje życie. Lukas Katz nie był szaleńcem. Dla Vodiczki, który był bliski płaczu, był on potworem czerpiącym przyjemność z wojny, której on nienawidził.
- Ja nie chcę umierać... - szepnął.
- Co ? - zdziwił się Lukas - przecież jak nie zginiesz tutaj, to będziesz żył !
- Aaa ? - Vodiczce odebrało mowę. Spojrzał na jednorocznego ochotnika. Nic już nie rozumiał. Czyżby jednak wariat ?
- Stary... - Katz przerwał na chwilę, żeby zapalić papierosa. Wojskowe papierosy były strasznie mocne. Dziwne, jak żołnierze mogli je palić i uśmiechać się przy tym - Przeżyjesz i co ? Wrócisz do chałupy. Do rodziny. Będziesz cieszył się miesiąc, może rok. Potem resztę życia będziesz orał pole. Całym twoim życiem będzie wieś, pole, niedzielna msza i zabawa z żoną. Potem dzieci... i tyle - Lukas zrobił efektywną przerwę i zaciągnął się papierosem.
- I Co z tego ? Przecież każdy tak chce ! Każdy chce żyć ! - zobojętniały na wszystko i wątpiący w jakikolwiek sens rozmowy z wariatem, który właśnie uratował mu życie, Vodiczka powoli tracił przytomność.
- HA ! Życie jest posrane, przyjacielu ! Ten świat nie ma przyszłości ! Popatrz, teraz może się z tego cieszysz. Są na świecie ludzie którzy mają pracę, pieniądze, dom, rodzinę, a popełniają samobójstwa. Rozumiesz ? Oni sami na własne życzenie giną. I to nie na wojnie, jak my tutaj w łasce i chwale, ale w hańbie i jak jakieś tchórzliwe baby, sami odbierając sobie życie z głupich powodów ! Na jakiego grzyba mi takie życie ? - Lukas Katz mówił bardzo spokojnie i z przekonaniem.
- Poza tym - kontynuował po krótkiej przerwie - za jakiś czas ludzie nie będą doceniali tego, że nie ma wojny. Będzie to dla nich norma. Będą żyli bez wojny, umierali ze starości na łóżku jako stare pierniki, gwiżdżąc i mając w dupie to, że my teraz za nich giniemy.
- Mówisz o jakichś palantach. To są patologie - Vodiczka syknął z bólu - każdy człowiek ceni sobie to, że może żyć długo i nikt go nie zabije.
- Ja mówię o większości, kochany. Ci ludzie to idioci w większości, i to dla nich jest ta wojna. Zobaczysz, nasi wnukowie będą mieli gdzieś nasze walki, a samobójstwa będą popełniali z idiotycznych powodów. Będą umierać od alkoholu. Wieszać się, gdy rzuci ich dziewczyna, gdy zabraknie im pieniędzy. Tak będzie, zobaczysz - Lukas pokiwał głową i zamilkł. Vodiczka chciał coś powiedzieć, ale poczuł, że zasypia. Stracił dużo krwi. Jedynym na co się zdobył było:
- Pieprzysz. Żaden człowiek nigdy sam się nie zabije. Każdy chce żyć... Ja nie chcę umierać...
I zasnął.
W oddali słychać było miarowy marsz wojsk rosyjskich. Kolejny etap wojny zakończył się.
Towfik
towfik@o2.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|