|
Gra bąbelków
Jak mocno chcesz kochać? Jak mocno chcesz...
W jego umyśle przesuwały się obrazy. Najdłużej zatrzymał swoją świadomość przy małym bąbelku. Przezroczystej banieczce wypełnionej powietrzem, ciepłym powietrzem z ust kobiety. Na powierzchni balansowały i przepływały mijając się drobinki śliny. Przez ułamek sekundy tak obserwował to zjawisko, opalizujące w promieniach słońca. Uśmiechnął się do siebie, bo wiedział to na pewno, że nikt inny tego nie dostrzegł, że to było tylko jego. Zaśmiała się do siebie ukazując mocne zęby, białe... Językiem rozerwała bąbelek kończąc to odrobinę dziwne widowisko. Nieświadoma jego obserwacji spojrzała mu w twarz. Spuścił wzrok i zaczął bawić się piaskiem coś sobie opowiadając, pieszcząc małą banieczkę w swojej wyobraźni. Dmuchał od dołu i wykrzywiał jej płaszczyznę, pędził przed sobą białe obłoczki śliny. Znowu tak szczerze się uśmiechnął do siebie, do ziemi, że aż zwrócił jej uwagę.
- Z czego się śmiejesz, co? - zapytała zaczepnie.
- Nie, nic - odpowiedział śmiejąc się w głos.
- Mhm, jakieś złe myśli masz tam w tej swojej główce.
- Hehe.
Tak to czasami bywa, że ludzie nie potrafią nic zrobić ze swoimi uczuciami. Mogą mówić, doradzać, mogą wiedzieć, ale kiedy przychodzi czas na nich samych... Są po prostu bezsilni, nadzy, ich wiedza ulatuje i kończy się zanim jeszcze miała okazję się przydać. Na początku życia wszyscy jesteśmy radośni, chętnie pomagamy, zakochujemy się tak bardzo, bardzo łatwo. Potem nadchodzi czas, w którym wszyscy się budzą. Mężczyźni, a może jeszcze mali chłopcy, stają się wtedy tacy dziwni. Są różne typy połamanych ludzi. Może przyjdzie jeszcze taki czas, kiedy opowiem o wszystkich, jakie wydaje mi się, że znam. Kiedyś przyjdą takie dni, kiedyś przyjdą, lecz nie dziś. Zajmijmy się przypadkiem, odosobnionym przypadkiem, Toma Petty.
Tom Petty jest zwykłym, cierpiącym facetem. Ma ileś lat i siedzi w rogu przedziału drugiej klasy. Siedzi przy oknie na wytartej kanapie opierając nogę o śmietniczek. Siedzi z założonymi na piersiach rękoma i patrzy w okno. W jego oczach nic nie widać. Nie ma tam odbić krajobrazów, miłości, czy marzeń. Nie ma w nich niczego. Są nieprzeniknione, zaczerwienione leciutko od wielu godzin, dni płaczu w poduszkę. Od załamań nerwowych i depresji, z których wyciągał się tylko dzięki jednej myśli, jednej nadziei. Jego twarz... Hm, jego twarz, można powiedzieć chyba, że jest odrobinę zabawna z tą całą powagą, chłodem i opanowaniem. Odpychająca z lekko wykrzywionym do góry lewym kącikiem ust. Lekceważący wszystkich uśmiech. W jego rękach nie dostrzeżesz nic szczególnego. Mimo, że to tam tkwi. W jego głośnym śmiechu, który czasem mu się wyrywa, słychać szczerość, a czasem wyrachowanie. Kiedy wstanie jest wysoki i szczupły, lubi wychodzić, kiedy wszyscy zostają. Lubi zostawać, kiedy większość odchodzi. Bo jest wyjątkowy, wie to bardzo dobrze. Jest cholernie silny i to też jest mu wiadome. W jego plecaku drzemią ubrania i książka, drzemią pieniądze i jedzenie, drzemie śpiwór. W jego duszy śpią marzenia i sny, śpią widoki, których nigdy nie wypowie. Tkwi w sercu niepewność i sprzeczność, jakby miał dwa oddzielne ego, każde ciągnące w inną stronę. Tom Petty patrzy w szare niebo i trawy pełne krowich placków. Obserwuje twarze ludzi, współpasażerów, swoich kolegów, ich śmiech i czuje się zmęczony tą radością. Jest też zadowolony, bo może tu być, ale po co zaraz się śmiać. On też kocha, ale po co zaraz chodzić za rączkę, no, po co być takim słodziutkim amorkiem, te wszystkie różowości chrzęściły mu w zębach robiąc w nich parszywe ubytki. Lepiej przecież zagrać.
Zapadła już noc. Troskliwa matka ukryła przed wszystkimi światło i wesoło podrygujące na pastwiskach cielaczki jeszcze mokre od płodowych wód, niepewnie stawiające kroki. Gdy zapada ciemność z przedziałów pociągów wypełzają cicho spirytualiści, brzuchomówcy i cyganie. Wypełzają dziwki z burdelu Mein Kampfu i polują na glany inne od ich glanów. Biorą co chcą i biją, depczą, dają znów o sobie znać takim ludziom, jak Tom Petty. Właśnie teraz, kiedy to czytasz wisi on jak szmaciana lalka jakieś pięć albo sześć centymetrów nad ziemią i lekko się huśta jak powieszona za szyję kukiełka. Pięść wysokiego, tęgiego mężczyzny zaciska się na jego swetrze. Na twarzy Toma Petty nie gości strach, nie goszczą łzy. Tom Petty płacze do wewnątrz, jego zielone, kryptonowe serce pełne jest płynu. Zapomina częstokroć o higienie oczu i duszy i nie przemywa ich. Woli gromadzić srebrne krople w szafirowej buteleczce, jak drogie perfumy w fantazyjnych gąsiorkach. Pewnego dnia odkręci zawór i zaleje świat swoimi łzami, zaleje nimi plaże i lasy, zaleje morza aż przepełnią się i zatopią Gdańsk, Gdynię i Sopot. Teraz wisiał i hardo patrzył się w twarz tego człowieka. W jego silnych ramionach dostrzegał zadawnione drżenie, w jego nosie widział zbierające się, utajone łzy. Pod palcami zaciskającymi się na jego ubraniach wyczuwał nerwowe wibracje tików. Mrugnął oczami, tak jak każde z nas mruga miliony razy na dobę. Chwilę dłużej przytrzymał powieki i wleciał mu do duszy przez prawe ucho. Westchnął gwałtownie wciągając powietrze. Było tak bardzo ciepło, że prawie od razu na jego czole pojawił się pot. Wszędzie widział słabość, niezdecydowanie, chęć schowania się przed widokiem pokrwawionej Murzynki. Widział ostrze zębatego noża zatapiające się w brzuchu długowłosego mężczyzny. Zobaczył jakiegoś chłopca lecącego ku ziemi z okna pędzącego pociągu takiego, jak ten, którym teraz jechali. Zobaczył śmiech jego oprawcy, jak żółtymi nutami wzlatywał ku księżycowi raniąc jego serowe ciało. Śmiech, a potem w otworzonej kopnięciem ubikacji, cichy szloch i gwałtowne ocieranie łez. Łzy. Tom Petty zaśmiał się, bo wiedział już, że nie zginie, i że dobrze zrobił występując w obronie tamtej dziewczyny. Zresztą znał ją bardzo dobrze, więc powinien był to zrobić. Byli w przedziale ludzie silniejsi fizycznie od niego, faceci, którzy mieli większe szanse przetrwania starcia z tym gigantem. Zdecydował się na to widząc strach w ich oczach, ich drżące kolana. Widział, że żaden ogień nie zapłonął w ich sercach, kiedy ten palant dotknął jej ramienia i chciał ją przyciągnąć do siebie. Zrobił to z pogardy dla nich, z pogardy, która zaraz minie, chwilę pojątrzy, ale potem znów będą kumplami. Nie zginie, widział to w nim, że nie zabiłby. To był poczciwy chłopak ze wsi i Tom Petty wiedział, że ma go w ręku. Że zwycięży. Że obroni tą dziewczynę. Po prostu ją lubił i miał jakieś tam zasady. Zasady, o których łatwiej byłoby zapomnieć. Otworzył oczy, minęło kilka dziesiątych sekundy od rozpoczęcia sondowania duszy tego mężczyzny do teraz. Kiedy już dobrnąłeś tutaj Tom Petty wciąż wisi. Wciąż jego buty chyboczą się te pięć i pół centymetra nad ziemią i wciąż ma obciągnięte palce żeby być choć o te kilka gramów cięższym.
Szerokie, grubokościste czoło uderzyło w jego głowę. Pod skórą wykwitł już duży siniak, ale poczeka z ujawnieniem swej obecności. Ból był duży, ale do zniesienia. Wciąż wisiał, ale teraz mrużąc oczy uśmiechnął się lewą stroną ust. Upadł w końcu na ziemię waląc głową o śmietniczek, który przez kilka godzin dawał oparcie jego stopie. Leżał policzkiem na zapiaszczonej podłodze przedziału i patrzał na adidasy kumpla. Został podniesiony za sweter, tym razem na plecach, i z powrotem rzucony, teraz na kanapę, na jego miejsce pod oknem. Przez chwilę pomyślał, że agresor jest całkiem uprzejmy odstawiając go na miejsce. Chciał się już uśmiechnąć, gdy glan wylądował na jego żołądku. Zgiął się w pół powstrzymując wymioty.
- Łukasz... - wycharczał wytrzeszczając oczy na kolana kumpla. Kolana poruszyły się przytulając się do siebie. Pierdolony prawiczek - pomyślał przez chwilę i zamknął oczy odszukując w głowie coś pięknego, spokojnego i pobudzającego zarazem. Znalazł swoją drugą miłość, tą, która przez chwilę wydała mu się prawdziwa. Odetchnął wypuszczając całe powietrze z płuc. Z gardła odpłynął dzisiejszy obiad w warsie. Ulga, nikt nie zobaczy jak Tom Petty haftuje. Pod oczami pojawiły się cienie wycieńczenia. Ile to było ciosów? Trzy? Boże, jaki jestem słaby... otworzył oczy i podniósł głowę. Uśmiechnął się tak obrzydliwie, jak potrafił. Prosto w jego twarz budząc upór i złość. Gasząc wszystkie myśli. Drugi przyszedł i na wskazanie pierwszego chciał złapać za nadgarstek dziewczynę. Tą, którą bronił tak zajadle się uśmiechając Tom Petty. Zaśmiał się prosto i szczerze wypluwając trochę krwi w powietrze, gdy uderzyła tego gościa w twarz. Jakaś magia rozwarła młodemu chłopakowi oczy i otrzeźwiła go. Był pijany i słaby. Zatoczył się pod naporem jej dłoni i wybiegł z przedziału. W ciasnej przestrzeni było teraz czterech facetów. Jeden z nich znowu szarpał Toma Petty, kiedy dwóch pozostałych (tak, to kumple Toma Petty, najwięksi killerzy wsi) patrzyło jak wystraszone szczenięta. W ich ćwiczonych wiele godzin mięśniach nie drzemała nawet krzta adrenaliny, dzisiejsi wojownicy zapomnieli po prostu, czym jest walka. Nasz młody mężczyzna też nie wiedział czym jest walka, on był po prostu głupi. Nie wyzbył się zasad na czas. W końcu upadł znowu na podłogę, tym razem na lewy policzek. Nosem otarł się o buty tej dziewczyny, którą bronił. Schyliła się i próbowała go podnieść. Uchwycił się rozpaczliwie kanapy i spróbował wstać raz i drugi. Udało się. Chwiejnie stał i zamroczony patrzał na jej usta, kiedy otwierały się szeroko w niemym wrzasku: "Pomóżcie mu, do diabła!" Strach był zbyt silny, a śmiech wielkiego, łysego faceta zbyt władczy, zbyt napełniony głupotą, by ci mądrzy ludzie mogli się mu przeciwstawić. Wstał i chwiał się tak z uśmiechem po lewej stronie ust. Lekceważąco przyjmował ból powoli przelewający się przez rozwrzeszczane komórki nerwowe. Na odchodne, przyjacielskie klepnięcie w lędźwiowy odcinek kręgosłupa. W biodrach poczuł gorączkę, w brzuchu ciche rwanie, takie jakie czują ludzie z przepukliną po wykonaniu czterdziestu pompek. Znowu na kolanach, ale zwyciężył. Była cała. Teraz nachylała się nad nim i szeptała coś.
Dyszał na czworakach, wszyscy stali za nim rozgorączkowani i wrzeszczeli przez siebie. Tacy odważni i pełni uwag co do techniki, jaką walił wielkolud. Tom Petty mógł zgodzić się tylko z tym, że techniki były ciężkie i szybkie. Nagle w drzwiach przedziału stanął młody człowiek w okularach, z kasztanowymi, lśniącymi włosami. W lewej ręce trzymał mały, przewiązany gumką recepturką zeszycik pełen kartek z grubymi, rozmazanymi liniami. Zeszycik jak od polskiego pełen niemieckich zdań. Stanął tak i powiódł opanowanym wzrokiem po twarzach zebranych. Spojrzał w dół zahaczając o kanty swoich wyprasowanych, lnianych spodni i utkwił spojrzenie w żałosnym, kurewskim uśmiechu Toma Petty. Ten układ warg, te jego źrenice były tak lekceważące, jak jeszcze żadnego poborowego, a takich przesłuchiwać zdarzało mu się nieraz. Wyciągnął dłoń, której sprowadzony do pozycji odrobinę tylko lepszej od parteru, Tom nie przyjął. Opierając się na ramieniu koleżanki wstał. Zachybotał się do tyłu machając lekko ręką, ale podtrzymały go jakieś dłonie.
- No siema - stwierdził rozbrajająco.
- Witam. Przepraszam za tych, którzy to zrobili - stwierdził gość wskazując kiwnięciem podbródka cienie pod oczami i powoli występujący na scenę jego czoła krwiak. Toma Petty nie obchodziło już nic. Nagle otrzeźwiał, ból ustąpił uwalniając jego zmysły.
Zamknął oczy i z radością pojął, że nie stała się krzywda tej dziewczynie. Tak dobry i szczery był jego wewnętrzny śmiech, że na zewnątrz potrafiłby przyspieszać wzrost kwiatów na cmentarzach lub klombach. Jednak nasz bohater pamiętał o swoim chłodnym, stalowym spojrzeniu, o swojej połamanej duszy. Pamiętał i teraz właśnie całą swoją osobą, pełną mocą swej psyche wdarł się w umysł tego typa. Zaciekawiło go to, że pełno tu pajęczyn, czarnych, gęstych, jak ściany. Rozdarł kilka z nich i przystanął. Jego oczom ukazał się mały, chudy chłopczyk w krótkich spodenkach i koszulce z Jerrym, tą myszą z kreskówek. Na nóżkach cienkich jak trzciny tkwiły trampki i przybrudzone skarpetki. Nagle do malca ktoś podszedł. Jakiś jego kolega, podobnego wzrostu, trochę otyły. Chudzielec wydał się Tomowi Petty odrażający, gdy z pajęczą chciwością rozedrganych paluszków przytrzymywał swój zeszycik, ten sam, który trzymał tu, w drzwiach przedziału. Wzrok tego dzieciaka napawał strachem. Chylił się, jakby w pokorze, przed dobrymi ludźmi, przed słońcem, światłem. Uśmiechem. Kulił się chowając oczy w cieniu swych brwi, czoła. Mówił szybko, z gniewem, beształ mówiąc dzień dobry. Władza. Władza. Władza - zdawało się krzyczeć każde drgnięcie kościstych policzków. Właaaaadzaaa - zawył patrząc w odległą twarz kogoś mrocznego i nieodgadnionego, czegoś w kapturze, a może czapce z daszkiem. Władza - odpowiedziała opiekuńczo odległa twarz i Tom Petty z jękiem rozwarł oczy. Przez chwilę przełykał ślinę jakby prosząc o wodę. Spojrzał w twarz tego chłopaka i zadrżał. Poczuł, nie strach, tego uczucia Tom Petty nie znał, poczuł osobę mu równą, osobę, za której słowem mógłby pójść. Tak, uzupełnialiby się, razem stworzyliby wielkie wojsko, wielką armię zdolną pogrzebać wszystkich tych słabych ludzi. Aż zostaliby tylko mu równi, równi Tomowi Petty... Ale spojrzał na chwilę w jej zielone oczy, tej koleżanki, którą bronił i potrząsnął w milczeniu głową.
- Nie przepraszaj, to nic takiego - skłamał zręcznie dotykając czoła.
- Przykro mi i mimo wszystko żałuję. Gdybym mógł jakoś pomóc jestem o cztery przedziały w prawo.
Tom Petty spojrzał na zeszycik. Podniósł wzrok do oczu gościa i znowu zerknął znacząco na kajecik uśmiechając się okropnie, matowo, po bandycku. Cynicznie i źle, lekceważąco, całą swoją złamaną i suchą mordą. Okularnik wzdrygnął się bezwiednie i zacisnął mocniej palce na okładkach swego skarbu, swojej księgi zaklęć. Zacisnął aż do białości paznokci i cofnął się o krok opierając się o chłodną szybę w korytarzu pociągu. Pęd wiatru omiótł tył jego głowy i wzbudził gęsią skórkę. Tom Petty stał tam, oświetlony zmęczoną jarzeniówką, za jego plecami wstawał świt, za jego plecami stali jacyś chłopcy, jego dłoń splotła się z dłonią koleżanki, którą bronił. Jego usta, jego szafirowe serce... Jego oczy przymykające się przy poznawaniu nowych ludzi, palce grzebiące po szufladach ich dusz. Zeszycik zawrócił cztery przedziały w prawo ciągnąc za sobą swego właściciela i ukrył się między bokami umięśnionych młodzieńców. Tom Petty zwycięskim klapnięciem wytarł kilka włókien kanapy w przedziale. Nie mówiąc nic pozwolił, by przyłożyła mu chłodną łyżkę do czoła i do oczu. Łyżka istniała, tak bardzo istniała, że na chwilę myśli odeszły od umysłu tego człowieka. Zbitego teraz fizycznie, ale mimo wszystko zwycięskiego. Spoglądając beznamiętnym wzrokiem za okno wspomniał podobną sytuację kilka miesięcy wcześniej.
Znowu wstał i zaczął wrzeszczeć, kląć, machać rękoma. Znowu kilka ciosów i leżał na podłodze. Płakał, gdy widział, jak napastnik zabiera drogim mu, ale słabym, ludziom przedmioty, na które długo pracowali. Tom Petty był bowiem złym człowiekiem, chłodnym i zamaskowanym, niedostępnym dla zwykłych śmiertelników. Jego dobroć była dla większości niedostrzegalna. Lubił swoją postawę, bo pozwalała mu wybierać sobie przyjaciół, pozwalała decydować mu, z kim dalej pójdzie, a kogo odrzuci. Za Tomem Petty szli tylko silni ludzie. To lubił, ale wtedy, gdy toczyła się po jego policzku łza i poczuł się bardzo słaby, niezdolny ochronić nikogo zrozumiał coś. Zrozumiał, że choćby bronił wszystkich, gdyby ocalił cały świat, cały świat świętowałby to przez te kilka chwil niewiedzy. W końcu, gdy we wiadomościach podano by nazwisko bohatera, cały ten świat machnąłby ręką. Wszyscy by go zlekceważyli, nie uwierzyliby, pomyśleli, że musiał mieć w tym swój własny interes i wmówili mu, że jest cyniczny i zimny. Tom Petty miałby to oczywiście gdzieś...
Wiecie, jak wygląda miłość Toma Petty? Hm, miłość Toma Petty to nie są przytulanki, całuski i inne takie słodziutkie fikcje. Miłość Toma Petty to partnerstwo, to jest podtrzymywanie ducha, pobudzanie go do działania. Kryzysowa narzeczona powinna czasem dać mu ostro w ryj, z kopa, powinna być silna i potrafić wzbudzić w nim testosteron - ten niby hormon walki, współzawodnictwa w mężczyznach drzemiący. Bo Tom Petty łatwo się poddawał, jak dziecko rzucał wtedy wszystkim za okno, a potem chwytał się za głowę i pytał sam siebie: Co też ja uczyniłem? Tom Petty chciałby się przytulać i całować, oczywiście, chciałby czasem potrzymać kogoś za rączkę, ale to zaszkodziłoby jego imidżowi. Nie zrozumiecie, czego chciał od miłości nasz bohater. Przykro mi, że namotałem wam w głowach, zacząłem coś, żeby potem skończyć przedwcześnie. Przepraszam, ale chciałem wytłumaczyć coś ważnego w opowieści Toma Petty. No, cóż, nie udało się. Wiedzcie jednak, że Tom Petty zawsze przejmował się więcej niż inni ludzie rzeczami błahymi. Kiedy killerzy z jego wioski mieli wszystko w dupie, to samo wszystko nie dawało spać Tomowi Petty. Nie dawał spać mu pojedynczy znak, pojedyncze słowo, analizy, setki wykresów, doświadczeń z minionych lat.
Pewnego pochmurnego dnia (wszystko, co ważne w jego życiu stawało się w wietrzne, szare dni) Tom Petty spotkał dziwną dziewczynę. Zazwyczaj, po tylu rozmowach, po odkryciu tylu wspólnych cech, po wspólnych snach i innych magicznych rzeczach, ludzie czują miłość do drugiej osoby. Zadręczają się myślami, tęsknią, wyobrażają sobie różne sytuacje, są po prostu rozgorączkowani. I Tom Petty takie coś przeżywał. Też mu zależało, też mógł zrobić wiele i starał się wiele znaczyć dla drugiej osoby. Nasz bohater miał tylko jeden dylemat. Jeden, drobny problemik - on nie kochał. Nie tym razem. Mógłby sprzedać dla niej swoją matkę, swoje ciało wystawić na razy pięciuset batów, wylecieć w kosmos bez skafandra, mógł nawet dawać jej kwiaty i patrzeć na nią z góry albo poniżać się u jej stóp, ale nie kochał. Myślicie sobie - Taki twardziel, jak Tom Petty nie potrzebuje miłości, mówił nam o tym wiele razy, że on uwielbia grać. Z nią też sobie pogrywa, już my wiemy. Gówno wiecie. On szukał w sobie tego uczucia niemal co drugiej nocy. Leżał w ciemnym pokoju, patrząc w gwiazdy i księżyc w pełni i pytał sam siebie - Dlaczego nie potrafię jej pokochać? Przecież jest taka wspaniała i pasujemy do siebie. Mógłbym zbudować z nią wspaniały związek, poważny. Tak pytał, tak myślał i nie mógł zasnąć. Pewnego dnia ćwiczył pod kołdrą przemowę:
Tyle nas łączy, tyle razem widzieliśmy, może nie zgadzamy się zawsze, może czasem się mijamy, ale bardzo dobrze cię rozumiem. Bardzo dobrze... [nie mogę się tak plątać!] I zdaje mi się, że jesteś naprawdę wyjątkowa, pierwszy raz spotykam kogoś takiego, tak podobnego do mnie, kogoś, kto rozumiałby mnie tak doskonale, jak ty. Widzisz, dzielę z tobą rzeczy, których jeszcze z nikim nie dzieliłem. Dzięki, że jesteś. Ale... dziwnie się teraz czuję, bo mam coś ważnego do powiedzenia, a nie potrafię tego ubrać w słowa [nie, tak nie mogę gadać, to nie wykład] No, więc ja już nie potrafię być twoim przyjacielem, rozumiesz? Ale jednocześnie... nie potrafię się w tobie zakochać. Zależy mi na tobie, wiesz, o co mi chodzi, ale nie kocham cię. I czuję się trochę jak zawieszony w próżni. Dobrze mi z tobą, ale nie wiem, kim mam być. Nie wiem, kim nawet jestem w tym momencie, jak mnie traktujesz. Nie wiem, jak ja traktuję ciebie, jako kogo. Wiem tylko, że nie mogę być twoim przyjacielem, nie kocham cię, a rozstanie... rozstanie byłoby dla mnie bardzo ciężkie. [tak, nieźle, jeszcze raz]
I tak właśnie szeptał do siebie Tom Petty tamtej nocy dobrze wiedząc zresztą, że nigdy tej przemowy nie wygłosi. Taka wiedza to kwestia doświadczania samego siebie, poznania swojej duszy, przewidzenia swoich decyzji. I podświadomie wiedział, że nigdy tak nie powie.
W tym momencie kończy się opowieść o Tomie Petty. Człowieku twardym, opanowanym, zawsze stojącym z boku. Jeżeli chcesz usłyszeć tutaj jakieś porównanie to muszę cię zawieść. Nie ma niczego podobnego do niego. Wilki są czasem samotne i niezależne od swoich pobratymców. Wszystkie te dumne, białe lub czarne, wilki polują same, czasem łączą się w pary, na jakiś czas tylko... Właśnie. Chociaż na jakiś czas, żeby poczuć inne ciało, innego ducha obok siebie. Tom Petty wiedziony swoją potrzebą wolności pewnego dnia odszedł. Nie mógł dłużej kłamać, zaplątał się w sieć własnych słów, własnych przemów cicho szeptanych pod kołdrą i szybko kończonych (nic, nic), gdy pytano, co robi, o czym mówi. Pewnego dnia spakował w plecak rzeczy, które wydały mu się niezbędne do dalszego życia, wziął także ostry, chłodny zębaty nóż z czarną rękojeścią. Założył swoje stare powycierane dżinsy, swój zielony sweter, do wewnętrznej kieszeni kurtki wsunął discmana i wyprowadził słuchawki ponad kołnierz. W uszach rozbrzmiały życiowe piosenki, subtelne instrumenty wśród turkotu kół pociągu. Był sam, w taki odwieczny sposób sam. Bez nikogo, kto zaśmiecałby jego umysł miękkimi uczuciami. Wspomniał tylko raz patrząc w lustro w dworcowym kiblu. Zwierciadło powiesili tu w każdej kabinie, nad każą spłuczką, nie rozumiał po co. Wspomniał patrząc we własne oczy wszystko to, co chciał powiedzieć i to, co rzeczywiście powiedział. A potem zapiął rozporek i wrócił do przedziału już bez myśli. Już bez przeszłości. Cichy i tajemniczy.
Podniosła komórkę, którą przygnieciony był kawałek papieru. Pominęła wstęp i przeszła od razu dalej. Jej serce zabiło mocniej, bo wydało się to znajome z jego opowieści o dzieciństwie:
Mam rozdarte serce. Nie mogę już dłużej tak żyć. Nigdy Ci tego nie powiedziałem, ale w związku z Tobą, jedynym prawdziwym związku w moim życiu, czułem się jak w próżni. Byłem astronautą zawieszonym w bezgranicznym chaosie, a Ty byłaś moim promem kosmicznym. Jesteśmy połączeni nicią, przewodem, w który ja oddycham dostarczając Tobie tlenu, a Ty przyjmujesz go, oddychasz nim i zwracasz mi go. Żyjemy w symbiozie. Tylko z Tobą czułem, że żyję, że moja dusza jest na miejscu. Dobrze mi z Tobą, bo rozumiesz mnie, jak nikt jeszcze mnie nie rozumiał. Do tego jesteś kobietą, a to wydaje mi się najwspanialsze. Nie potrafiłem być Twoim przyjacielem, bo potrzebowałem Twoich ust i dłoni, jedyny raz ich potrzebowałem, tylko Twoich. Nie potrafiłem Cię pokochać, bo gdzieś w mojej psychice pojawiała się wciąż myśl, że jesteśmy zbyt podobni, że żyję ze samym sobą, że jestem narcyzem. Myślałem, że patrząc w Twoje oczy i topiąc się w nich tonę we własnym sosie, tonę zakochany w samym sobie. Dlatego odszedłem, wybacz mi to i wspomnij wszystkie moje słowa o moim ojcu. Nigdy nie powtórzę jego błędów, ale musiałem pójść tą drogą i uciec jak tchórz - przerwała na chwilę i pokiwała głową patrząc beznamiętnie w okno i zagryzając wargę - Wiem, co teraz czujesz, będę widział każdą Twoją myśl, wiesz, że tak. Jesteśmy połączeni szarą nicią, jak dzieci jednej matki. Będę widział Twoją twarz w każdej twarzy i będę wspominał Cię w każdej chwili, tak jak robię to teraz, kiedy jadę pociągiem, sam nie wiem dokąd. Pamiętaj, że zawsze z Tobą jestem i nie zapomnę. Wiem, że teraz chcesz mnie uderzyć, chcesz mnie opieprzyć, heh, wiem, wiem. Ale... Ale wrócę już niedługo i wtedy będę mógł już Cię pokochać. Będę mógł odnaleźć spokój, w końcu wrócę z otchłani po nitce do mojego promu. Kiedy wrócę, a Ty będziesz czekać na mnie będę szczęśliwy. Jeżeli jednak odejdziesz tak samo, jak ja i nigdy już się nie zobaczymy, nigdy nie powiem Ci, że Cię kocham, pogodzę się z tym. Cóż, takie widocznie musi być moje życie. Do zobaczenia.
Tom Petty przyszedł do tej wsi nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Nikt nie znał jego przeszłości, nikt nie spoglądał mu w oczy. Wszyscy słuchali jego stalowych, cichych słów, gdy już się odezwał. Pracował na polu wśród prostych ludzi. Jego ręce były podobne teraz ich rękom. Splamił je krwią i zmieszał z błotem. Był teraz silny, jak nigdy dotąd. Jego fizyczność eksplodowała, jego psychika była mała i nieważna. Była wróblem, szarym stworzeniem, które nie lubiło rzucać się w oczy. Jednak każdego dnia, kiedy to matka Noc zabierała świat dla siebie, Tom Petty siedział na parapecie swojego poddasza. Wynajmował je w zamian za pracę w gospodarstwie u starej kobiety i jej córki.
Siedział tam i patrzał na zachodzące słońce, na granatową suknię delikatnie opalizującą szarością na konturach budynków, na gwiazdy i księżyc. Na chwilę zamykał oczy i odrywał od siebie mały, tyciutki, kawałek duszy. Bolało, nawet bardzo, ale nie przejmował się tym. Jego powieki zaciskały się tak mocno, że wydawało się, że przenikną się nawzajem i już nigdy nie odsłonią źrenic. Kawałek duszy Toma Petty lewitował nad jego wyciągniętą dłonią, kulisty, ruchliwy dym, szybki i przenikający wszystko. A on ze swojego szafirowego flakonu wybierał jedną perfumowaną goryczą łzę. Srebrna, paląca kropla, jedna jedyna i samotna jak Bóg, spływała po jego policzku. Ogorzała skóra wrzeszczała pod jej dotykiem, świeżym i pikantnym, pobudzającym. Tom Petty uśmiechał się wtedy lewym kącikiem ust i wysyłał swego ducha całując go przedtem delikatnie żeby nie rozproszyć jego mglistej istoty. Otwierał oczy w tym samym momencie, w którym łza przełamywała się na jego dolnej szczęce i rozpryskiwała na jego słonym od słonecznego potu obojczyku w tysiącu mniejszych kropelek. Z biegiem dni, z biegiem takich pięknych nocy, kryptonowy gąsiorek tego mężczyzny był coraz lżejszy, łzy ulatywały z niego. W poważnych oczach gościły historie i obrazy. Każdy z nich miał przyporządkowaną jedną łzę. Każda z tych kropelek została wysyłana wraz z okruszkiem duszy gdzieś w dal. Tom Petty robił to tylko z jednego powodu: bo się przejmował i bał. Lękał się, że tej kobiecie nie wystarczy sił, że nie zaczeka na jego powrót. Bał się, że ją straci w momencie, kiedy zaczynał powoli się utwierdzać w przekonaniu, że taka miłość jest jedna i że jeżeli ją straci, to nie będzie po co żyć. Wierzył w jej moc, wiedział niemal na pewno, że ona wytrzyma, że go kocha bez wątpliwości, ale postanowił mimo wszystko modlić się o to, by mógł kochać. Była to jego pierwsza modlitwa od wielu, wielu lat. Pierwsza rozmowa z Bogiem. Zawsze wierzył, ale raczej nie potrzebował dialogu. Teraz potrzebował go, potrzebował dialogu z samym sobą, ze swoim wnętrzem.
I dlatego Tom Petty pisał po nocach książki i wiersze. Skrobał na papierze słabej jakości atramentem, rzeźbił nim swoje historie, swoje czasy. W oczach jego nie odbijało się nic poza ogniem naftowej lampy i kartką, pożółkłą i brudną. Córka gospodyni czasem przychodziła do pokoju Toma Petty i rozglądała się po nim jak po muzeum. Ten człowiek imponował jej swoją powagą, swoim lekceważeniem wszystkiego, co doczesne. Myślała, że ktoś taki nie będzie miał w sobie pokory i nie będzie potrafił pracować. Dziewiętnastoletnia kobieta nie znała życia, nie wiedziała, że otacza ją mur, że jej oczy są zamknięte. Pewnej nocy, gdy zakradła się na poddasze, zobaczyła, że ich gość nie śpi. Siedzi na parapecie i patrzy w gwiazdy. Zrobiło się jej jakoś szkoda tego człowieka i szybko szukała w głowie pretekstu, dla którego tu weszła i dla którego mogłaby szybko się wycofać. Nagle poczuła dziwny lęk. Obawę, jaką czujemy przed spokojnym i łagodnym psem, w którego oczach przemknął gniew. Nie wiemy wtedy, czy cofnąć głaskające zwierzę palce, czy dalej robić to, co już robimy żeby spróbować załagodzić stworzenie. Mamy świadomość, że jeżeli dalej będziemy głaskać będziemy zbyt blisko by uciekać. A jeśli teraz zerwać się do biegu, to będziemy wolni przez sto, dwieście metrów, a potem pazury zagłębią się w ciele, kły rozszarpią krtań i koniec. Takie decyzje nie nadchodzą szybko, choć powinny i Tom Petty wiedział o tym. Sondował teraz duszę tej dziewczyny. Widział w niej tak wielkie piękno, nieskażone, dziewicze, że natychmiast zapragnął je zniszczyć. Tacy już są ludzie, a niestety Tom Petty był człowiekiem. Tylko nim i aż nim. Usiadł więc z tą młodą kobietą przy stole, zrobił jej kawy, odsunął z blatu papiery i szpargały do pisania. Opowiedział jej całe swoje życie, wyłuszczył cały swój problem, całe swoje dylematy odsłonił przed tą nieznajomą mu osobą. Otworzył się i wylał niemal cały flakon goryczy na ten porysowany i chybotliwy mebel, na którym opierali łokcie i dna kubków. Struga migotliwych, srebrnych klejnotów płynęła jak potok benzyny rowkami w drewnie. Jedna z kropel upadła na jej dłoń. Balansowała chwilę na wzgórkach kości i spłynęła pod górę, po ramieniu do serca. Wryła się w jej pierś i nie pozwalała spać przez kilka następnych nocy. Setki pytań, setki historii i dziesiątki żyć jakie roztoczył przed nią Tom Petty rozrywały jej psychikę. Czy byłaś kiedyś w Tiananmen? A patrzałaś w oczy anioła? Czy kiedykolwiek Bóg był kumplem twym? Wchodziłaś pierwszy raz do takiej samej już rzeki? Czy z punktu widzenia twojej osobowości jesteś dziewicą? Czy wiesz, że moja miłość... Czy wiesz, że nie wiem, a ty masz pojęcie? Dlaczego tak, a nie inaczej? Dlaczego nie możesz pogodzić nocy z dniem? Tom Petty pokazuje świat, którego tak bardzo się swego czasu bał w barwach szarych, wirujących, chaotycznych, pożółkłych, nikt już nie wie, ani on sam, ani ta dziewczyna, gdzie są. W końcu rozstają się. Po kilku dniach bez rozmów, po nieprzespanych nocach młoda kobieta przemawia pod kołdrą do samej siebie: ... dosyć, nie można tak dłużej, od jutra wszystko zaczynam na nowo. Powiedziała jutro i zasnęła. Nigdy już się nie obudziła. Tom Petty stał na pogrzebie w swojej grafitowej marynarce za czterysta złotych i nie ronił łez. Teraz wiedział już, że może wrócić. Że może kochać i odnaleźć spokój.
Ostatni raz siedział w tym oknie i otworzył sobie na kolanach książkę. Książka była czarna, jej strony pożółkłe, ponumerowane srebrnymi literami, słabo widocznymi. Bronisław Maj to napisał, nie znał gościa, ale dziś to stało się jego dialogiem z samym z sobą i z Bogiem w nim. Strona sto dwudziesta, wiersz Prośba.
Tom Petty podniósł wzrok znad książki i spojrzał w pełny, pokancerowany uderzeniami meteorów, księżyc. Przymknął oczy i powiedział do samego siebie: Od jutra wszystko zaczynam na nowo, jak wspaniale. Będę mógł Cię kochać i zrozumiałem już wszystko, zrozumiałem już istotę swej miłości.
Wiem, że taka miłość jest jedna - Ty, że mogę Cię kochać tak mocno, jak sam zechcę. Wszystko zależy ode mnie. Dziękuję Ci Boże. Proszę już tylko o siłę mego ducha i o uwagę co do życzeń, które wypowiadam, co do moich zdań... Ach!
Tak, Bóg jest łaskawy. Czasem. Wysłuchał prośby Toma Petty i rzeczywiście olśnił go uwagą na jego własne zdania. Od jutra... Od jutra... Od jutra... Mężczyzna zerwał się z parapetu i zaczął panicznie szperać wśród rzeczy na stole. W końcu odnalazł kluczyki. Zacisnął je mocno w dłoni i zbiegł na sam dół, przez drzwi, na podwórze, do samochodu. Odpala swoją VR - erkę i rusza powoli, potem już szybciej, stałym rytmem wśród ciemnych, wiejskich dróżek, które tak dobrze poznał odwożąc ciągnikiem dzieciaki do szkółki niedzielnej. Wypada na szosę tnąc zakosy ulic z piskiem opon. Jedzie, jak w transie i wciąż się modli, wrzeszczy. Nagle przymyka oczy i wysyła swego ducha na kolejną sondę. Przez prawe ucho wlatuje w osobowość Boga. Zaciąga się dymem papierosa, który nie wiadomo skąd wziął się w jego ręce. Wkłada dłoń do kieszeni i wyczuwa twardą rękojeść zębatego noża. Jest już spokojny, grzebie po szufladach. Nie czuje się inaczej niż gdyby szperał w zwykłym człowieku. Zresztą, jesteśmy przecież na obraz i podobieństwo - pomyślał. Nagle dostrzegł ogromny telebim. Ekran przysłonięty był jakąś brudną szmatą. Zerwał ją i przetarł delikatnie ekran w partiach, które mógł dosięgnąć. W szafce obok przesuwał palcami po kasetach wideo. Marian, Roman (dziwne, ten na DVD nagrany), Heniek, Marcin, Stefania, Hela, Rozalka... Jest! Tom Petty. Wpakował kasetę w magnetowid i wdusił play. Szybko!, bo z zamkniętymi oczami jechał prawie dwie dziesiąte sekundy. Film był jasny - nadjedzie tir i skasuje jego wóz. Teraz jakiś szczegół, proszę. Jest! Swym bystrym okiem Tom Petty wyłapał na skraju kadru zjazd w lewo jakieś czterdzieści metrów przed nim. Zjazd prowadził w las. Nie wiedział jak się kończy, ale lepsze to niż kasacja w wykonaniu kilkutonowego tira. Otworzył oczy i zaraz zmienił pas, żeby zbliżyć się do zjazdu. Gwałtownie szarpnął, zarzuciło nim po szorstkim w tym miejscu asfalcie i wjechał na ciemną dróżkę. W lusterku wstecznym przemknął nieoświetlony wieloryb szos. Powietrze zadrżało, liście zachybotały, słońce wstało, a Tom Petty wyciągnąwszy nogi spał jak suseł. Zmęczenie odebrało mu siły i świadomość.
Nigdy nie mówcie jutro, nigdy nie popełniajcie błędu jaki popełniła dziewiętnastoletnia Anna ze wsi. Nigdy nie mówcie jutro, bo żadne z was nie jest Tomem Petty. Żadne z was nie ucieknie przed tirem, nikt nie wedrze się w psychikę Boga, z tym już trzeba się urodzić. Niektórzy z was mają żyłkę krytyka. Dopatrują się szczegółów, które wcale nie przeszkadzają, a jednak wy chcecie je wyciągnąć. Malkontenci zauważą, że historia Toma Petty (choć prawdziwa) jest przekombinowana. Nikt przecież nie może w ten sposób żyć. Nikt, kto może wniknąć w boski wymiar nie powinien swobodnie stąpać po świecie. Jest inny, nasza złość nie zna już granic, trzeba go zabić, bo my nie potrafimy takiej rzeczy. Nie martwcie się, wasza złość jest usprawiedliwiona. Tom Petty zawsze się z tym stykał, on jest przyzwyczajony. Ludzie najpierw poddają się jego słowom, ale kiedy raz, obiektywnie, nie poda im ręki... Wtedy już jest do dupy. Kiedy grozi mu coś albo można mu nakopać w jego suczy pysk wtedy wszyscy z was solidarnie łączą się w jedno stado. W momencie, w którym Tom Petty jest wykończony waszym gadaniem, prostactwem, śmiechem, kiedy próbujecie zrobić z niego lalkę - odchodzi. Bez słowa, zabierając jeszcze kilka osób opuszcza towarzystwo. Tom Petty zawsze taki był, jemu już to nie szkodzi. Widzicie, Tom Petty... Tom Petty to nie jest osobny organizm, to nie jest jeden facet w jednym czasie - oto klucz do zrozumienia jego fenomenu, oczywiście, jeżeli w ogóle go dostrzegliście. Tom Petty jest inkarnacją. On wchodzi w ludzi, wybiera sobie ich i staje się nimi, integruje się na zawsze z ich duszami. Tomowie Petty zazwyczaj stoją z boku z założonymi na piersi rękoma i skrzyżowanymi nogami, patrzą poważnie i trochę smutno. Nie śmieją się z żartów, które bawią wszystkich, nie występują w teatrzykach szkolnych. Znacie ich, na pewno jakiegoś w życiu spotkacie. Nie próbujcie go naśladować, bo was wyśmieją. Tom Petty to taki rodzaj osobowości. Pewnie wchodzi także w dziewczynki, ale jako młody chłopiec nie wiem jak się nazywają takie małe kobietki. Można powiedzieć, że kobieta, którą pokochał Tom Petty była jego Debbie. Jego Debbie Harry - czymś, co pasuje jak kolejna część w puzzlach, jak kratka do kratki w panoramce albo jolce, jak król do królowej, jak szpak do jaskółki.
W boskim wymiarze, w którym grzebał sobie swobodnie Tom Petty pojawił się Duch Święty.
- Ktoś zdarł brudną szmatę z mojego telebimu.
Za prawym uchem Boga, w tymże wymiarze pojawił się boski Syn - Chrystus.
- Ktoś grzebał w mojej wideotece z jedną płytą DVD.
Rozbudzony głosami swoich sąsiadów z trójcy Ojciec, który był ich istotą, a jednocześnie był istotą wszystkiego włączając w to samego siebie, wstał z niebiańskiego łoża, którego także był istotą, czyli po prostu wstał z siebie i zawołał łapiąc się za głowę:
- Ktoś był w mojej osobowości.
Męska wersja złotowłosej o włosach w nieokreślonym kolorze dotarła w końcu do domu swojej miłości. Czekała na niego, oczywiście i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. To chyba chcieliście usłyszeć, więc macie. Tom Petty, ten wspaniały mężczyzna ze swoim kryptonowym sercem jak flakonik gorzkich perfum. Tom Petty - artysta i finezyjny skurwiel, którego kunsztu nigdy nie dościgniesz. Najpierw jest przebudzenie, a potem stajesz się albo Tomem Petty albo kimś innym od Toma Petty. Sprawa jest całkiem prosta. Wszyscy inni potrzebni są Tomowi Petty, i sam Tom Petty jest potrzebny wszystkim innym. Żyjemy jak w symbiozie. Jesteśmy jak astronauta i prom kosmiczny połączeni przewodem. Astronauta oddycha, prom przyjmuje tlen i oddaje mu go. Obieg zamknięty.
Nigdy w życiu nie napisałem, czego słuchałem podczas pisania tekstu. Teraz to zrobię, po raz pierwszy i ostatni. Słuchałem Myslovitz Polowanie na wielbłąda i Pidżamy Porno Tom Petty spotyka Debbie Harry.
Homek Toft
podobny-chmurom-zbieg@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|