|
Noir
- Mało brakowało. Kilka centymetrów i mielibyśmy denata. Mówiłem żebyś nie zadzierał ze Szwagrem - powiedział doktor Żywago wyjmując chochlikowi kulę z pomiędzy żeber. - Po co w ogóle kupowałeś od niego staff?
- A od kogo miałem kupić? Od ulicznych klawych dilerów? Przecież tym co oni sprzedają szkoda brudzić moją fajkę wodną. Tak już jest na tym cholernym świecie, że interes narkotykowy przejmuje mafia. Tak się akurat stało, że w tym mieście działa Szwagier ze swoimi zbirami, to kupuję od niego - rzekł nieco zdenerwowany bólem i nudną gadką Żywaga chochlik. - Po prostu wziąłem na krechę a potem zapomniałem...
- No, gotowe - powiedział doktor założywszy opatrunek. - Będzie trochę bolało przy wstawaniu z łóżka ale się przyzwyczaisz.
- Dzięki stary. Masz u mnie kolejkę. Jakby co, to jestem w barze dla samobójców "Pod szkarłatną gilotyną" - powiedział chochlik wychodząc.
Narzucił na siebie płaszcz, założył kapelusz i skierował się w stronę lokalu. Ulicę oświetlały niemrawo lampy a para wylatywała ze studzienek kanalizacyjnych jak na amerykańskich filmach. Trzeba wam wiedzieć, że chochlik znał to miasto jak własne szpiczaste, czerwone uszy. Znał dobrze wszystkich meneli i uliczników, bo nieraz sępił od nich kasę na ziele. Szedł teraz szybkim krokiem, rozglądając się bacznie. Każdy znał Impa, (bo tak miał na imię) gdyż był to jedyny chochlik w mieście. Jego znakami szczególnymi były: 120 cm wzrostu, czerwony kolor skóry i wspomniane szpiczaste uszy, które wystawały spod kapelusza.
Imp zatrzymał się przed "Gilotyną" nasłuchując. Rozpoznał kilka znajomych głosów, w tym najdonioślejszy, należący do Wiolki, portowej dziewki, śpiewającej właśnie do akompaniamentu fortepianu jakąś erotyczną balladę. Chochlik wyjął z kieszeni płaszcza papierosy "Sport mocne" - super light bez filtra i włożył jednego do ust. Niestety nie mógł znaleźć zapalniczki Zippo, pewno zostawił ją u doktora kiedy ten opalał mu ranę. Imp był zmuszony wejść do baru z niepalącym się petem i poprosić kogoś o ogień, z czego był bardzo nierad. No cóż, otworzył drzwi i utonął w ciepłym świetle lamp "Szkarłatnej gilotyny".
***
- Słuchaj łamago - nie mam pojęcia jak mogłeś go nie trafić. Koleś stał o rzut beretem od ciebie a ty spudłowałeś. Pewnie gównem do kibla też nie trafiasz...
- Ale szefie, ja trafiłem, tylko...
- Nie przerywaj mi cieciu! Jeszcze jeden taki numer i zaproszę cię na kolację do moich piranii, rozumiesz? Ty chędożący kulawe capy jełopie!
- Tak jest szefie! Następnym razem nie spudłuję. Na pewno.
- Ja myślę! A teraz bierz dupę w troki i znajdź tego gnoja. Jeszcze dzisiaj chcę tu widzieć jego zasrany czerwony łeb, rozumiesz?
- Tak jest szefie. Chyba wiem gdzie go szukać. Gość nie zdąży strawić kolacji.
- Nie gadaj tyle, bo nie po to cię nająłem. Masz go zlikwidować i już. Chcę zobaczyć tego kurdupla martwego!
- Tak jest!
- A co ty tak ciągle takjestujesz? Matka cię nic innego nie nauczyła? Umiesz mówić coś innego?
- Tak jest!...
- ...
- Może ja już pójdę...
***
- Whisky.
- A wtedy ona zaczęła rozpinać koszulę... - barman był zajęty rozmową.
- Whisky proszę - powtórzył chochlik głośniej.
- I mówię ci, takiego ciała jeszcze w życiu nie widziałem...
- Whisky podaj grubasie! - krzyknął Imp.
- Co? Aaa. Już się robi przyjacielu - barman ocknął się z rozmarzenia.
Podał Impowi trunek. Chochlik wypił szybko. Jak zwykle whisky było lichej jakości. Do tego barman rozcieńczał je z kranówą. W barze było gwarno, bo poszła fama, że Wiolka ma nowy repertuar. Niestety to nie było prawdą, jak również plotka, że się ma się rozebrać po występie. Śpiewała teraz głośno jakąś piosenkę ze swojego starego repertuaru, co nie podobało się gościom. Zaczęli rzucać w jej stronę obelgi. W pewnym momencie nie wytrzymała i z płaczem uciekła na zaplecze. Zdenerwowani ludzie powoli opuszczali lokal. Robiło się luźniej.
Chochlik zamówił kolejną whisky, kiedy przyszedł doktor Żywago.
- Witam i o zdrowie pytam - powiedział doktor. - Jak tam rana?
- Nie wiem, przecież widziałeś ją piętnaście minut temu.
- A no tak. Rzeczywiście. Nie martw się, do wesela się zagoi - lekarz nie potrafił ukryć, że był w stanie upojenia.
- Wiem. Whisky? - zapytał chochlik.
- Nie, na dzisiaj wystarczy - wybełkotał Żywago, po czym nie krępując się puścił pawia na podłogę.
- Będziesz to zmywał - powiedział poirytowany barman.
- Dobra, zaraz - odparł doktor wycierając usta.
Wtem nagle jakiś ruch. Do baru wpadł Rudy Mundek - znany wszystkim złodziej zapalniczek.
- Dobra, chcę się dzisiaj zabawić - powiedział. - Kto dzisiaj stawia?v
Nikt się nie odezwał. Każdy bał się Mundka. Wszyscy wiedzieli, że jest cholernie szybki, kiedy wyciąga swój nóż. Każdy wiedział, że robi to stanowczo za często. Nawet baby w mięsnym, które kroiły chabaninę nie posługiwały się ostrzem tak dobrze jak Mundek.
- To jak? Kto dzisiaj mnie sponsoruje? Może ty kurduplu - zwrócił się do Impa.
Chochlik się nie odezwał. Nawet nie spojrzał na Mundka. Spokojnie pił kolejną whisky. Mundek podszedł do niego i szarpnął go za ramię.
- Co gnojku, nie znasz mnie? - powiedział złodziej zapalniczek.
- Jakoś cię nie kojarzę - spokojnie odpowiedział chochlik.
- Jestem Mundek, dla kolegów Rudy. Jestem najszybszym człowiekiem w tym mieście. Jestem tak szybki, że kiedy pomacham przez okno na piątym piętrze i zbiegnę na dół, to jeszcze widzę siebie w oknie jak macham - przechwalał się Mundek.
- Wiesz, jakoś mi to nie imponuje - powiedział Imp.
- Tak? To zaraz ci zaimponuje - odparł Mundek wyciągając swój kozik.
Błysk stali. Zdławiony krzyk. Krew na podłodze. A miało być tak pięknie.
***
Ciemna sylwetka zgrabnymi ruchami przeskakiwała z dachu na dach. Wiatr rozwiewał jej długie włosy. Nie był to nikt tutejszy. Zza głowy wystawał wspaniały miecz - katana. Wielki księżyc wisiał na czerwonym niebie. Dzisiaj w nocy rozlała się krew. Obcy czuł jej zew. Nie zwracał uwagi na otoczenie. Pędził po dachach na falach wiatru. Zatrzymał się na jednym z nich. Na przeciwko zobaczył jakiś lokal. Szyld głosił: "Pod szkarłatną gilotyną".
***
- Brawo, nieźle go załatwiłeś.
- Drobnostka - powiedział chochlik.
- Żadna drobnostka. Stary, całowałeś się ze śmiercią. Jak to zrobiłeś, że jeszcze zipiesz? - spytał detektyw Conan, który właśnie stanął w drzwiach "Gilotyny".
- Po prostu byłem szybszy. Nauczyłem się tego jeszcze w przedszkolu, kiedy dzieci rzucały we mnie klockami, ze względu na moją odmienność. Mundka załatwiłem jego własnym nożem.
- No, co my tu mamy. Patrz ty się - ile trawy - powiedział Conan wyjmując worek z kieszeni Mundka. - Co tak patrzysz chochlik? A, rozumiem... Masz oto mała nagroda za tego kolesia - rzekł detektyw podając Impowi worek ziela.
- Dzięki.
- Nie ma za co. A teraz wyjdźmy stąd, mam do ciebie mały interes.
Chochlik wraz z Conanem opuścili lokal. Stanęli tuż obok konsternacyjnie wkładając ręce do kieszeni.
- Słuchaj, bo nie będę powtarzał - powiedział detektyw. - Mam mały problem ale wkurzający jak cierń pod napletkiem.
- Słucham - powiedział Imp wczuwając się w tajemniczy klimat.
- Znasz Szwagra? No. Tak, ten szef mafii. Koleżka ma wtyki w policji. Zarabia niezłą kasę na narkotykach. Chcę żebyś go zlikwidował.
- Skąd ja to znam...
- Słuchaj dalej... A właściwie to skończyłem...
- ... Niby jak mam go załatwić? Gość przecież nie wychodzi ze swej nory. Ma obstawę.
- Wiesz gdzie jest dawna pralnia? Tam mają dziuplę. Poradzisz sobie - powiedział detektyw Conan i zniknął w mgle.
- Cholerne efekty specjalne - mruknął chochlik.
Nie mając innego wyjścia Imp pomaszerował w stronę byłej pralni. Nie wiedział, że ktoś go śledzi.
***
Na miejscu przed tylnymi drzwiami zobaczył zbira z pałką w ręku. Jedyną bronią chochlika był nóż, należący niegdyś do Mundka. Imp czekał na rozwój wypadków. W pewnym momencie serce chochlika drgnęło. Zbir poszedł za róg zrobić siku. To był jego ostatni błąd. Z dziurą w plecach leżał teraz w kałuży własnego moczu. Chochlik wszedł do budynku i został przywitany pałką.
Kiedy się ocknął, jakiś mężczyzna z długimi włosami rozwiązywał go a na podłodze leżało kilka trupów bez głów.
- Kim jesteś? - spytał bo nic innego w tej chwili mu do głowy nie przychodziło.
- Jestem Ronin. Zostałem wygnany z klanu za zabicie mojego mentora. Jestem samurajem renegatem. Włóczę się po świecie wymierzając sprawiedliwość. Walczę po stronie dobra...
- Dobra, nieważne. Został najważniejszy. Szwagier ma pewnie jeszcze jakichś przydupasów. Musimy ich wszystkich załatwić.
- Kto to jest Szwagier? - zapytał Ronin.
- Koleś, którego musimy zlikwidować. Nie czas na wyjaśnienia. On jest złem a zło trzeba tępić - mówił Imp coraz bardziej wczuwając się w klimat.
Otworzyli żelazne drzwi. Za nimi, przy biurku w wygodnym fotelu siedział niewysoki mężczyzna. Palił cygaro i uśmiechał się do nich.
- Czekałem na was panowie - powiedział. Po jego akcencie Imp poznał, że Szwagier też jest chochlikiem.
- No, witaj kuzynie. Jednak jest jeszcze jakiś chochlik w tym mieście - rzekł Imp.
- Nie jestem twoim kuzynem. Tak na prawdę to jesteś moim szwagrem. Jestem bratem męża twojej matki - powiedział Szwagier.
- Coś ci się pomyliło. Nie szwagrem tylko... Ale przecież ja nie miałem matki...
- Miałeś, nazywała się Magnolia.
- Czyżby Magnolia Krzywousta? - spytał milczący dotąd Ronin.
- Tak, a co? - odpowiedział Szwagier.
- Magnolia Krzywousta to przyrodnia siostra mojej matki - powiedział Ronin.
- Tak? Ale ten świat jest mały - rzekł Szwagier.
- To przyjrzyj mu się dokładnie bo widzisz go ostatni raz - wygłosił Imp zasłyszaną kiedyś kwestię.
- To się okaże, ha ha ha - zaśmiał się Szwagier i wcisnął przycisk.
Z sufitu wyleciały dwa wojownicze łosie ninja. Chwilkę potem straciły poroże wraz z głowami po celnym cięciu kataną Ronina.
- Kurde - rzekł Szwagier wyciągając z szuflady rewolwer. Zaczął do nich strzelać. Kiedy skończyły mu się naboje Ronin z Impem zaatakowali. Niestety, Szwagier wyciągnął z szuflady sztylet i rzucił nim w Ronina. Ostrze wbiło się prosto w krtań. Samuraj osunął się martwy na ziemię. Imp został sam. Wpadł w furię. Wziął katanę z rąk martwego przyjaciela i uderzył na Szwagra. Ten wystraszony zaczął piszczeć wniebogłosy. Ze strachu zapomniał, ze ma jeszcze nóż w skarpecie. Imp dopadł Szwagra, a tak naprawdę swojego wujka i ciął jak oszalały. Darł się przy tym nieziemsko. Kiedy już cały zachlapał się krwią Szwagra, przestał. Wyrzucił katanę w kąt, odwrócił się i szedł do wyjścia. Tymczasem umierający Szwagier ostatkiem sił wyjął nóż ze skarpety i rzucił w Impa. Trafił w plecy. Chochlik upadł na ziemię...
lipiec 2003
// Tutaj kończy się ta historia. Mam nadzieję, że zaciekawiła was choć trochę. Jeżeli czytaliście uważnie to zapewne zauważyliście pewne niedokończone wątki. Zrobiłem to celowo. Jeśli ktoś z was ma ochotę może je dokończyć. Lub napisać kontynuację. Jeżeli czujesz klimat to żaden problem, pisz! Jeśli jesteś zainteresowany/na - napisz na maila: rustin_parr@wp.pl Pozdrawiam! //
Rafał "placeq" Malicki
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|