Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Homek Toft ::::

Empatia - odcinek 6
Klepsydra zmian



W tunelu coś się kotłowało. Setki kształtów wyłaniających się i z powrotem chowających w błyskach, cieniach, światłach i mrokach. Wszystko mieszało się, fosforyzowało, jak neon. Pulsowało, przenikało się, nasuwało, zatrzaskiwało, wypełniało. Coraz bardziej dopasowując się do siebie, tworząc most. Most, po którym przejdzie koniec. Cegiełki początków, zaprawa środków, koniec zwieńczy dzieło. Drzwi były już niemal gotowe, gotowe mimo nieobecności artefaktów, które jako jedyne były władne je otworzyć. Tunelowi nie było to potrzebne. I tunel i drzwi istniały, nie przemijały, lecz były. Dla nich nieważne było, czy kamienie są zebrane tu i teraz. Ważne było, że zostaną zebrane. Za chwilę. Za wiek. Za rok. Nanosekundy temu. Nieważne. Po nich, przez nie miał przejść koniec, wolność. Gdy znowu postawi tu swoje stopy uwolni ich. Uwolni dusze, z których stworzył bramę dla samego siebie. Dusze skruszonych oprawców. Największych jakich widział świat. Jakich widziały dzieci.

Bułki potoczyły się po podłodze. W brzuch Orsewicza wbiła się stal. Tłumikiem targnęło trzy razy i ciało mężczyzny osunęło się na dywan. Na materiale wykwitły ciemne plamy. Kilka kropel bryznęło na plastikową siatkę z pozostałym pieczywem. Wino i chleb. Ciało i krew. W powoli gasnących oczach profesora pojawiło się odbicie mordercy. Zniekształcone i zamglone, ale sprawiło, że uśmiechnął się słabo. Nie każdy mógł umrzeć z ręki najpiękniejszej kobiety, jaką widział w życiu. To nie najgorszy sposób. Jęknął głośno i odszedł. Smukłe dłonie w czarnych rękawiczkach przeszukiwały szuflady biurka i zrzucały z niego księgi. Nagle hałasy ustały. Zabójczyni westchnęła cichutko, gdy uniosła opalizującą trzema spiralami tabliczkę do oczu. Szybko schowała ją do plecaka i opuściła mieszkanie tak jak do niego weszła - przez okno. Nie zamykała go z powrotem, nie było sensu. Chłodny wiatr wtargnął do mieszkania niosąc ze sobą łaskawą matkę Noc. Granatowe oczy błądziły chwilę po nieruchomym ciele i rozrzuconych bułkach. Kiedy zdawało się, że źrenice trupa przyciągają, że można się w nich zapaść i nigdy nie wrócić, gwiazdy gwałtownie mrugnęły i znikły za zasłoną chmur. Nadciągał deszcz.

- Good morning, mr. James.
- Oh, good morning... You know... Chciałbym, żeby mówił pan jak najwięcej po polsku, próbuję się uczyć - wyjąkał dobrze ubrany człowiek do rozmówcy. Jego polski był doprawdy nienaganny. Przynajmniej jak na bogatego Anglika, który na pewno nie musiał się go uczyć.
- Dobrze. Dla mnie to nawet lepiej. Wie pan, dlaczego tu jestem. Doszły mnie słuchy, że jest pan w posiadaniu czegoś, na czym bardzo mi zależy. Pewna tabliczka...
- Ah, of course! of course! Musi pan sobie... emmm... odpowiedzieć, mr. Debtor, na jedno pytanie: jak bardzo panu na niej zależy?
- Tak bardzo, że jestem gotów wypłacić panu natychmiastową śmierć.
- Pardon? - mr. Debtor nienawidził, kiedy ludzie tak pedalsko unosili brew. Nienawidził tej roboty. Nienawidził ich. Nienawidził nawet siebie, was i świata. Przerażał go czas i kwiaty, które więdły. Mr. Debtor był złym człowiekiem, chciał to zmienić, ale nie rozumiał, co dzieje się z jego życiem, był samotny, a samotni ludzie są najgorsi. Odebrali mu wszystko i jeszcze musiał im służyć, żeby łaskawie zwrócili jakieś nędzne okruchy. Kiedyś miał wszystko, teraz żebrał jak pies pod stołem.
- Gówno - odparł pan Debtor. Wstał i zaczął przechadzać się sztywno wokół siedzącego w fotelu pana Jamesa. Biznesmen i kolekcjoner sztuki był trochę zdenerwowany lub raczej w rozlazły sposób zakłopotany, bo nie zrozumiał ostatniego słowa.
- Hm... Mam tabliczkę tutaj, o, w tej... em.... tutaj w sekretarzyku. Myślę, że uczciwą ceną będzie... Nie dokończył, gdy silna dłoń w czarnej rękawiczce zacisnęła się na jego gardle. Przez oparcie fotela przeniknęły dwa cichutkie owady. Utkwiły w ciele swej ofiary i rozerwały ją. Wydarły z niego ostatnie tchnienie. Pan Debtor ważył ten oddech w swojej dłoni i w końcu ze znużonym wyrazem twarzy otworzył dłoń w kierunku okna. Unoszone wiatrem firany pochłonęły mr. Jamesa wraz z jego nienagannym polskim. Trzy zero dla złych - pomyślał pan Debtor i uprzejmie pożegnał służbę przy drzwiach. Po chwili odkleił wąsiki i wyrzucił je w krzaki. W pokoju akademika umył włosy przywracając im naturalny kolor. Wystukał na komórce numer i przystawił telefon do ucha.
- No... Tu Robert. Tak, mam tabliczkę.
- Wspaniale. Więc to już koniec.
- Koniec naszej współpracy, jak rozumiem. Dajcie mi spokój.
- Oczywiście, o to może się pan nie martwić. Niedługo wszyscy będziecie mieć spokój.
Pan Robert, pan Debtor i sługa demona odłożyli słuchawkę i ukryli twarz w dłoniach. Na rzęsach zalęgły się kropelki załamania. Z oknami chmury pełzły po niebie, którego według wszelkich obliczeń miało już niedługo nie być.

Wrota drżały w posadach. Wciąż coś się dokonywało. Krew, ból i strach. Ukojenie, gdy kolejne tabliczki lądowały w powołanych do tego rękach. Demon poruszał się powoli w tą i z powrotem po tunelu. Gładził ściany i zatapiał w nich palce, jakby chciał poznać ich strukturę. Rysował paznokciami tajemnicze znaki. Czasem przykładał do skroni całą dłoń i przymykał oczy. Jakby odbierał sygnały zza świata. Ludzkie dusze, nie widział ich tak dawno. Były tu. Wszędzie. W jego głowie setka głosów, milion myśli. Mówią i myślą. On patrzy. Ale zna już wahanie. Poprzednim razem był blisko, ale... Ale teraz zna wahanie. Strach, ból i przerażenie... Czy to tylko? Miłość, szczęście, śmierć... Czy dla mnie? Wybór... Czy zawsze był? Tak bez i nie. Kto? Czego jestem sługą albo władcą? Demon pytał, a dusze udzielały odpowiedzi. W dziecięcych snach, w koszmarach dorosłych, w rękach duchów tkwiły ciernie wiedzy. Sięgał i obracał. Nie wiedział wciąż czym są... Miłość, śmierć. Już dość.

Dłużnik śmierci pełzł po ścianach odprowadzając Mariana Rewskiego uwieszonego na ramionach kolegów z wydziału. Uciekali mu. Lecz nie miał dość sił, by ich zatrzymać. Mimo iż wszystkie tabliczki są w jego rękach, nie miał mocy by zmieść te pyły. Zacisnął widmowe pięści i poszukał czegoś, w co mógłby się tchnąć. Nie było tu nic, co poddałoby się jego duszy w obecnym jej stadium rozwoju. Dłużnik miał wielką moc, pamiętał zaklęcia, którymi potrafił dawać życie, którymi wywracał mężczyzn na drugą stronę by stawali się jego kobietami. W jego głowie pulsowały obrazy dawnych zwycięstw i poddani mu ludzie, poddane mu żywioły i poddana mu magia. Teraz nie miał nic. Okruchy. Czuł się jak kaleka. Jakby wygrywał złote medale na olimpiadach i jeden nieostrożny skok zmarnował wszystko. Pracował wieki całe, a teraz nie posiadał niczego. Jednak wiedział, że niedługo zostaną otwarte drzwi, a wtedy stanie się panem demona, a Bóg będzie jego posłańcem. Z elektryczną obróżką na szyi. Niechaj tak się stanie. Niechaj tak się stanie. Niechaj tak się stanie.

Julia opadła na fotel, odłożyła słuchawkę telefonu i zamarła. Daniel i Krzysztof Rewski spojrzeli na nią pytająco.
- Profesor... Orsewicz... nie żyje.
- Co? - wrzasnął brat kobiety.
- Mój Boże, to oni, to oni zaciukali starszego. Musimy stąd spadać! - jęczał głośno nagle odnaleziony wujek.
- On miał tabliczkę - stwierdził Daniel gapiąc się w pustkę.
- Kurwa, no nie! Wy jesteście jacyś... jacyś nie wiem, pojebani chyba - rozdarł się Krzysztof.
- Spokojnie. Po pierwsze, odszedł człowiek i to jest ważne. Tabliczka to tylko rzecz... Martwy przedmiot - szeptała Julia jakby chciała przekonać samą siebie. Obaj mężczyźni siedzieli spokojnie, jakby nic się nie stało. Opanowani, chłodni, martwi. Kiedy do pokoju weszła Natalia myślała, że po prostu siedzą sobie i dumają w ciszy popołudnia.
- Cześć - zawołała radośnie ściągając czarne rękawiczki.
- Cze.
- Co jest? Doła łapiecie? Spoko, ej. Ja tu przychodzę, myślę sobie: dawno mnie nie widzieli, zupę zrobią, a tu widzę... pustka w oczach, pustka w talerzu. Ech, wszystko sama....
Jęcząc dziewczyna udała się do kuchni, gdzie po chwili rozległy się jakieś brzęki. Daniel wstał i wyszedł bez słowa. Był w depresji. Silne przeżycia ostatnich dni, jakieś dawne wspomnienia, które teraz jakoś na próżno próbował z siebie wyciągnąć, teraz śmierć profesora. Julia. Krzysztof. Niby ma pewność w głowie, że to jest ich wuj, ale... A zresztą. Szczerze mówiąc to dół nie jest taki zły. Mogę sobie ot tak wychodzić, nawet lekko wkurwiony i nikt się nie przyczepi. Musi pogadać o wszystkim z jakiś facetem. Po chwili zastukał do drzwi Roberta.

- Cześć.
- Siemka. Wchodź - Robert wyglądał jakby przed chwilą płakał. Podkrążone fioletowo oczy, jakieś szmaty w rękach.
- Co ty, czarnych chusteczek używasz? Jakiś ostatni krzyk Arkiego? - zaśmiał się Daniel skinąwszy brodą na materiał.
- Nie, to tylko rękawiczki... Nieważne. Siadaj. Chcesz coś do picia? Jakieś bronxy chyba zostały?
- Stary, płaczesz?
- Nie, no co ty - Robert spinał się w sobie, próbował mówić normalnie, a przez to, że wciąż o tym myślał, pilnował się, mówił inaczej. Głos drżał mu i zamiast udawać zwykły spokój zdradzał lęk i rozpacz.
- Dobra, spoko, nie szukaj tego picia już. Co słychać?
- Nie zmieniło się wiele.
- Nom, ale bardziej co tam w duszy, bo ze mną kiepsko ostatnio...
- Kurwa, Daniel, stary, dobra, powiem ci coś. Kurrrwa maaać! - jak maszyna usiadł na podłodze i zaczął ryczeć, co wprawiło Daniela w małą konsternację. Dorosły facet kiwał się wprzód i w tył, gryząc usta, jak małe, molestowane dziecko. Co niby miał teraz zrobić? Objąć go? Nie wiem, mam wstać i co? Cholera, samemu chce mi się krzyczeć. Ale z całym spoko na jaki było go stać, Daniel zapytał:
- Co?
- Szukacie tych takich tabliczek, co? No, ty i Julka?
- No... niby tak, ale wiesz, jedną miał profesor Orsewicz...
- Ta, wiem.
- Skąd?
- Wiesz, co to jest? - załkał Robert unosząc w górę rękawiczki.
- No, te chusty Arkadiusa - stwierdził poważnie Daniel.
- W tym projekcie zawarł tylko śmierć. Natalia ma takie same. To ona go zabiła.
Ludzie pękają, łamią się.. Kiedy nie potrafią powiedzieć o czymś nikomu, a codziennie mówią to samym sobie, pewnego dnia popełniają samobójstwo, zaczynają o tym pisać albo wyrzucają te brudy na pierwszego lepszego człowieka, który przejdzie pod ich oknem. Daniel oberwał nie tylko śmieciami Roberta. Oberwał także i wiadrem, w którym te śmieci wzięły swój początek, a które samo w sobie było największym i najbrudniejszym z odpadków. Po chwili Daniel wiedział już, że demon zostanie uwolniony za kilka godzin. Tabliczki zostały wysłane pocztą kurierską do prowadzącego zboru satanistów. On przekaże przesyłki ludziom, którzy służyli bezpośrednio Dłużnikowi śmierci, a którzy posiadali ostatni z artefaktów. W ten sposób w ciągu jednej nocy dopełnią rytuału, a kolejnego świtu już nie będzie. Ludzie są najtrwalszym ze spoiw i kruszą się zawsze zbyt późno.

- Natalia, ja im powiedziałem o sobie, o tobie też.
- O czym ty gadasz?
- No wiesz, ja też pracowałem dla Dłużnika.
- Ty? - cicha konsternacja.
- Tak, i wiem, że ty też.
- Co? O czym ty w ogóle gadasz, Robert?
- Nie udawaj głupiej. To bez sensu. Szczególnie teraz.
- ...chyba tak jest...
- Wysłałaś tabliczkę?
- Taa...
- Dlaczego to robiłaś dla nich?
- Zagrozili... nie chcę o tym mówić.
- Ja chyba też nie. To wystarczy. Ale teraz chcę odebrać im tyle, ile oni odebrali mi. Nawet jeśli już za późno to chcę spróbować. Oni nam pomogą. To ojciec Daniela i Julii był jakoś z tym powiązany, ten człowiek, Krzysztof Rewski, też ma coś wspólnego z tym całym kultem. My też trochę wiemy, jeżeli połączymy siły może uda się nam...
- Co? Zabić Dłużnika? Demona? Powariowaliście?
- Hm.
- Hm? Co hm? Co się tak patrzysz? Nie będę pomagać wam w zamykaniu bramy do jakiegoś wymiaru. Ja już im nic nie jestem winna, jestem czysta! Rozumiesz, Robert? Wsadź sobie męską dumę, zemsty i wszystkie wendetty świata w dupę! Mam was gdzieś i nie próbujcie mi nawet w głowie mącić.
- Spoko. To, co idziemy na pizzę? A może lody?
- No, i to jest propozycja. Zapomnijcie o wszystkim i będzie spoko. Idę do pokoju się ubrać jakoś. A ty co tak stoisz, nie idziesz do siebie na chwilę? Po kasę, rzeczy?
- Wiesz, musiałbym ominąć dwóch kolesi, którzy warują mi pod drzwiami.
- Jakich kolesi? Paranoiku...
- Lepiej nie zbliżaj się do okien.
- Jakich, kurwa, okien??
- Tych, pod którymi stoją. A no i uważaj na samochody. Czarne samochody.
- Nie, no weź się zamknij. Przestań w końcu chrzanić!! - podbiegła do okna niemal zrywając firany i spojrzała na ulicę. Kilka par oczu spotkało się z jej źrenicami wiercąc w nich dziury. Ktoś niespiesznie poprawił coś za pazuchą. Inny przechylił styropianowy kubek z kawą. Jeszcze ktoś dzwonił, zapewne do Dłużnika, albo demon już sobie uaktywnił starter w popie. Natalia cofnęła się o kilka kroków i spojrzała na Roberta.
- O mój Boże.
- Hm - mężczyzna nie potrafił powstrzymać kwaśnego uśmiechu.

Panie ciemności, wzywamy cię. Jam jest twoim kapłanem, a to twoi poddani. Ci, którzy twemu dziełu poświęcili życie, poświęcili życia innych na ołtarzu twego odrodzenia. Ziemio, przyjmij do siebie te przedmioty, niech potrójna spirala zalśni w twoim wnętrzu! Ogniu we wnętrzu Ziemi pochłaniasz wszystko, pochłoń także i tą glinę, jeżeli tego żądasz, zabierz także i nas. Wodo, która jesteś płomienia kochanką, matką nas wszystkich, rozpuść moc zawartą w tych wzorach i stężej, jako lód wypełnij nasze serca i rozbij je od wewnątrz, abyśmy byli czyści. Powietrze, w którym pływamy, w którym szybują ptaki naszych duchów, powietrze, ty zabierz wahania i wszystkie myśli, jakie zrodził w nas świat i inni ludzie, inne życia. Nie mam wiele sił, użycz mi ich, księżycu... proszę... modlę się do twego blasku.


Brama zamrugała raz a potężnie. Demon zasłonił dłonią oczy. Cały tunel rozpadł się na kawałki. Dusze uleciały pozostawiając go samemu sobie. W głowie tkwiły mu ziarna, które zasiali ludzie - miłość, ból i śmierć. Ezoteryczne podmuchy omiatały jego twarz, w policzki trafiały obumarłe, słodkie białe ćmy z powycieranymi z kolorów skrzydełkami. Odjął w końcu palce od głowy i spojrzał przed siebie. Rozciągał się tam świat. Ciemny, mroczno zielony świat. W pełnym świetle gwiazd rozległy się zapachy lasu, dźwięki upadających na ziemię igiełek sosnowych, szmer rosnącej poziomki. Jakaś biedronka tupała po źdźble trawy. Zrobił kilka kroków i zajrzał w duch tego, kto go przyzwał. Szybko przyoblekł ciało w jakieś ubrania i włosy. W końcu skoczył i delikatnie opadł na trawę. Z drzew zerwał się wiatr ptaków. Demon rozejrzał się wokół.
- Witaj, demonie, to ja cię wezwałem. Wezwałem cię, choć twoje imię już dawno zapomniano.
- Mów mi jak chcesz - wyszeptał demon. Miał postać słodkiego chłopca w wieku może trzynastu lat. Miał czystą cerę, bez żadnych wykwitów ani piegów, szczupłą sylwetkę. Nie wyglądał na potwora.
- Czego życzysz sobie, panie, zanim rozpoczniemy zagładę tego świata i uwolnimy wszystko, co ukryte? Jestem twoim oddanym sługą, jestem Dłużnikiem Śmierci, a ty anulowałeś wszystkie zależności między mną a wiecznością.
- Czym jest ból, Dłużniku. Słyszałem o nim. Mówili mi ludzie, że będę go sprawiał, wiele bólu. Czym jest.
- Nie wiesz? Nie pamiętasz?
- Nie. Zaczekasz tu do świtu. W tym czasie ja dowiem się wszystkiego, co chcę wiedzieć.
- Dobrze, panie. Będę tu aż wstanie słońce, aż przestanie wstawać i jeszcze jedną noc dłużej.
Demon nie spojrzał już na rozmówcę. Węszył w wietrze, który wciąż towarzyszył mu. W palcach czuł, że powietrze jest bardzo ziarniste, szorstkie... Pomyślał, pomodlił się, zapłakał, uśmiechnął i zniknął. Tam, gdzie mieszkał ból. Miłość i śmierć.

Jakiś mężczyzna gonił małą dziewczynkę biegnącą przez rozległe, zielone pole. Mała płakała i oddychała ciężko, nóżki plątały się jej w szaleńczym pędzie. Nie miała szans. Człowiek zrównał się z nią i uniósł w górę. Wyprostował ręce, trzymając dłonie pod pachami dziecka. Patrzył w twarz blondyneczki. Za jej głową błyszczało słońce nadając jej wygląd zasmarkanej świętej. Wkurzyło go to. Raz uderzył milcząc. Na dotychczas różowym policzku małej wykwitły ciemnoczerwone ślady. Demon stał obok mężczyzny i patrzył. Niewidzialną, nieistniejącą w żadnym świecie ręką dotknął jego boku. Fala obrazów przeniknęła jego świadomość. Fala uczuć. Wiatr powiał mocniej podrzucając sukienkę dziewczynki. Błękitne falbanki odsłoniły drobne nóżki zaczerwienione przy udach. Przez łydki biegły fioletowe pręgi. Wyżej, koło pupy widniały siniaki. Demon dotknął również dziecka. Nagle wrzasnął bezgłośnie i padł na kolana. Tsunami w jego głowie zdeptało wszystko. Kulił się na trawie i słyszał głos ludzi, którzy byli w jego głowie, którzy go opuścili, którzy stali obok, otaczali go, przenikali, słyszał cichy szept obłędu. Powiedział: kurwa, słowo, którego przed chwilą się nauczył, a które wyrażało niemożność powiedzenia niczego innego. Na czworakach obserwował lubieżny uśmiech mężczyzny, jego szept, gwałcący umysł dziecka. W końcu upadł na wznak i odpłynął. W oczach dziewczynki widział łzy. Chciał uderzyć jej oprawcę, tego, który zabijał, ale nie miał siły. Przez chwilę poczuł się jak Bóg. Płacząc zacisnął dłonie na skroniach próbując uciszyć głosy, piski, jęki, wrzaski. Udało się, ale wspomnienie bólu pozostało. Znał go.

Nad morzem wschodziło słońce. Bezcielesny demon obserwował małego chłopczyka patrzącego w fale. Zdecydował się ucieleśnić i zrobił to. Cichutki szum zwrócił uwagę dziecka. Przestraszone oczy spojrzały w twarz przyzwanego. Jednak uspokoiły się i mały dalej patrzał w wodę. Demon zbliżył się do niego i usiadł w piasku obok. Jego twarz była trochę niżej od oczu chłopca, więc dawał mu jakieś poczucie wyższości, a może nawet i równości.
- Cześć - stwierdził maluch.
- Cześć. Co robisz.
- Wypatruję.
- Co chcesz zobaczyć.
- Dziewczynę moich snów.
- Ile masz lat.
- Osiem. Nocą modlę się, żeby tu przybyła. Światło gwiazdki na pościeli, misie moje śpią na ziemi, nocą modlę się...
- Rozumiem - stwierdził cicho demon, choć wcale nie rozumiał. Przez dwie godziny trwali tak obaj na brzegu wśród szumu i czasu. Nic się nie ruszało w świecie, jaki stwarzali, nic nie dawało oznak zmiany. Gdzieś tam kobiecy czar płynął do nich. Słońce było już dość wysoko, by razić oczy. Demon mrużył oczy, choć nie wiedział czemu. Może to wina postaci, którą przybrał. Stwierdził jednak, że chłopiec patrzy się prosto w światło i ma nieruchomą twarz.
- Patrzysz prosto w słońce i nie mrużysz oczu. Nie potrafię tak. Dlaczego. - rzekł.
- Może widzisz?
- A ty nie - demon zmarszczył brwi, bo zdawało się, że jakiś istotny fakt mu umyka. - Jesteś niewidomy.
- Tak. Bardzo cierpię, bo nie mogę widzieć jej twarzy, jej dłoni, kiedy tu przybędzie. Ale dotknę, poczuję zapach jej i będę kochał.
- Czujesz miłość. Jesteś ślepy...
- Tak. Ale kiedy tu przybędzie zamknę ją w klatce, bo będę chciał uwielbiać na nią patrzeć. Wpadnę w depresję i zabiję się, gdy nie uśmiechnie się do mnie. Będę jej kupował kwiaty i czekoladę, a kiedy będzie jej smakować będę dawać coraz więcej. Więcej niż będzie jej i mnie. Jeśli będzie chciała odejść nie pozwolę na to, zostanie tu. Ze mną. Tak ją kocham.
Demon pokręcił głową, bo nie rozumiał czegoś, co było widocznie bardzo proste. Skoro taki dzieciak może to pojąć, dlaczego ja nie potrafię? Może to wina postaci, jaką mam? A może przerasta mnie potęga tego uczucia, które chciałem poznać? Miłość to podobno coś wielkiego, jak mówili ludzie, ale nigdy nie powiedzieli czym jest naprawdę. Zawsze gadali obrazami, a ktoś powiedział nawet, że miłość to miłość i prychnął jeszcze: co tu więcej mówić? Demon nie wiedział, czy rozumie. Ale wydawało mu się, że zna miłość. Dotknął jeszcze na wszelki wypadek chłopca i zniknął. Fala doznań nie zgruchotała go tak, jak zrobił to ból. Otoczyła go i utuliła do tysiącletniego snu.

Ktoś pisał zaciekle na kartce papieru. Długopis skrzypiał lekko i osuwał się na kartce położonej na kolanach. W końcu list był gotowy, dłoń włożyła go do butelki i wbiła szkło w piasek nabrzeża. Szare chmury gromadził się nad głową ciemnej postaci. Człowiek cień zagłębił się w wodę po kolana i zaparł w piasku próbując zsunąć łódkę z piachu do morza. Fale uderzały w jego uda i łamały równowagę. Demon siedział na wydmie pośród wietrznych traw i patrzył. To bezsens wypływać w taką pogodę. Fale na niebie były zbyt wielkie. Dym w wodzie zbyt gęsty. Chyba, że chciało się śmierci. Demon oddzielił kawałek świadomości od swej duszy i przeniknął nią przez korek od butelki. Podpełzł po kartce wspinając się na ściany z liter.
"Zawsze wybierałem w życiu drogę trudniejszą. Tym razem, choć raz, musicie zrozumieć i pozwolić mi pójść najłatwiejszą z nich. Modlę się do nieba, lecz nie mam już sił. Wieje wiatr, gdy raz po raz błagam gwiazdy o znak. Zawsze będę w oczach matki Nocy, tam mnie szukajcie."
Demon wrócił do siebie. Cień stał już dnie łodzi zepchniętej w wodę. Chwycił za wiosło i odepchnął się od dna. W końcu usiadł i z trudem powiosłował pod fale. Z wydm widać było, jak woda pochłania burty łupiny, jak cienkie, widmowe ręce unoszą się ku niebu i jak w postać trafia piorun. Iskra, sieć elektryczności na wodzie i bałwan dymu unoszony sztormową bryzą. Nie wyglądało to zbyt magicznie, ale takie było. Demon siedział otępiały, nie wiedział nic. Leżał patrząc w szalejące obłoki i tonącą w falach plażę. Leżał i myślał, przetwarzał, odsuwał i dobierał elementy. Czekał go kolejny tysiącletni sen. Chyba znał śmierć. Chyba nie znał siebie. I widział, a właściwie wcale nie, kim jest.

Czerwony notes, w którym trzymałem / Wszystkie te moje czarne myśli, gdzie on dziś jest? / Choć przecież potem były inne też / Błękitny prochowiec, który był dla mnie / Jakbym go wyjął Micky'emu z szafy, gdy nie patrzy Kim / Ciekawe, czy wybrałbym go dziś? / Dziś wiem, wszystkie rzeczy, które kiedyś określały mnie / Gdzieś zniknęły opuściłem je / I wiem, a właściwie wcale nie wiem, kim dziś jestem / Nie potrafię już odnaleźć siebie w tym / Czerwony notes, błękitny prochowiec, dzikie ogniska / I w parku ławka, pierwsza gitara / I jeszcze każda twarz mi wtedy tak dobrze znana / Zwężane spodnie i tamta dziewczyna / Za którą w kościele siadałem w ławce, jaką miała twarz? / I książka, którą wciąż od nowa co rok zaczynam / Dziś wiem, wszystkie rzeczy, które kiedyś określały mnie / Gdzieś zniknęły, opuściłem je / I wiem, a właściwie wcale nie wiem, kim dziś jestem i / Nie potrafię już odnaleźć siebie w tym ... Czerwony notes i błękitny prochowiec...

- Witaj, panie. Wróciłeś wcześnie. Nie było cię raptem 15 minut. Jestem szczęśliwy z twego powrotu - rzekł Dłużnik.
- Nie zmieniłeś pozycji, odkąd cię opuściłem.
- Nie.
- Dłużniku śmierci. Kim są oni. Ci ludzie, którzy stoją tam pod lasem.
- To są twoi słudzy. Nie tak marni jak ja, ale równie oddani.
- Wyczuwam w was wszystkich wielkie przerażenie. Dlaczego.
- Panie, przy twej potędze, czujemy się małymi pyłami. Jak może czuć się człowiek w obliczu nowego Boga?
- Nie wiem jak. Ale ja nie jestem twoim Bogiem, Dłużniku. Idź wolny. Jesteś teraz bardzo silny, o wiele bardziej niż kiedy byłem w tunelu, kiedy patrzyłem na ciebie zza świata.
- Jestem silniejszy, ale od człowieka, czy od samego siebie, jednak ciebie, panie, twej mocy, nic nie zmierzy i nie pojmie.
- Wyczuwam też w was wielki ból i pragnienie. Co to za uczucie. Pragnienie. Widzę, że chcesz mnie. Chcesz bym tobie służył.
- Nie, to ja...
- Nie kłam - nagle demon zaniemówił jakby przez usta przeszło mu słowo, którego nie znał wcześniej - Masz dość sił, by mnie zniszczyć. By pozbawić mnie bytu, Dłużniku, czemu chcesz mi służyć, czemu szukasz dogodnego momentu, skoro możesz zrobić to teraz. Zabij mnie. Dla mnie nic przecież nie ma takiego wielkiego znaczenia.

- Co zrobiłeś z ciałem, które leżało w tamtej krypcie? - spytał Marian Rewski Tomasza.
- Zabrali je do kostnicy. Zresztą, nie potrzebuję sekcji, żeby orzec, że zginął od kul. Jezu, stary, dlaczego ty tak strzelasz?
- Jak?
- Kurwa, władowałeś w niego cały magazynek prawie.
- Nie wiem. Mógłbym wymyślić miliony powodów.
- Ech, dobra. Nie chcesz - nie mów, ale ty psychopata jesteś, wiesz? Pojebany koleś.
- To u nas rodzinne. Wiesz, że tego ciała nie ma już w kostnicy? - głęboki zaciąg fajką.
- Co?
- Tego ciała już tam nie ma.
- Jak to?
- Mówiłem - skuć, do sejfu go, zamrozić. Ale nie, twarda brygada zamknęła go w worku i zostawiła w cichym pokoju.
- Dobra, spokojnie... Jeszcze raz, bo chyba coś mi umyka. Więc mówisz, że...
- Dokładnie to.
- Kurwa.
- Dokładnie to, stary.

Natalia i Robert zebrali się w jednym pokoju z Danielem, Julią i Krzysztofem Rewskim. Zwartą grupą wyszli z akademika i jakby nigdy nic udali się do kina. Obejrzeli film, a potem błąkali się po mieście. Wciąż towarzyszyły im jakieś twarze, jakieś postacie, które widzieli chwilę temu. W końcu wsiedli do samochodów i odjechali z miasta. Byli słudzy zła - Natalia i Robert - jechali z przodu, do miejsca rytuału, kilka godzin jazdy stąd. Za nimi jechała pozostała trójka. Rytuał dokonał się, to było pewne, ale wciąż mieli po czym jechać, co wciąż dawało im nadzieję. Kilkaset metrów za tylnimi światłami prowadzonego przez Daniela wozu obracały się koła dwóch czarnych mercedesów.

- Nie jesteś chyba tym, kogo chciałem wezwać, panie... Nie jesteś tym, kogo znałem i kochałem, kiedy byłem stary- odezwał się nagle Dłużnik śmierci.
- Ależ jestem.
- Nie. Ty już byś nas uwolnił. Pozwoliłbyś nam cieszyć się widokiem ich śmierci, śmierci całego istnienia.
- Dlaczego nie weźmiesz łódki, nie napiszesz listu i nie wypłyniesz w sztorm.
- Nie wiem, o czym mówisz, ale mam już tego dosyć.
Volno nye volno nyu ktogret volno...
- Naprawdę nie chce mi się słuchać, tego jak poznajesz uczucia. Masz dać mi wolność, uczynić mnie Bogiem, a jego samego zdegradować do roli podnóżka.
Volno nye volno nyu ktogret volno...
- Czy tego właśnie chcieliście, bracia? Żeby demon, dla którego poświęciliśmy tyle czasu i krwi, namawiał mnie do zabicia go?
- Nie, Dłużniku śmierci, nie chcieliśmy! Jeśli chce, spełnijmy jego życzenie.
Volno nye volno nyu ktogret volno...
Wszyscy ludzie stojący pod ściana lasu i sam Dłużnik nagle wyciągnęli ręce przed siebie. Z palców wystrzeliły neonowe smugi światła, z linii życia krwawa fala, a ze smugi Saturna wijący się niebiesko wąż. Potężne ładunki uderzyły w ciało demona. Trzynastoletni z wyglądu chłopiec poleciał do tyłu gubiąc strzępy ubrania i łamiąc sobą kilka słabszych drzew. W końcu uderzył plecami w szeroki dąb i osunął się po jego pniu. Rosa przykryła jego twarz, gdy jęcząc nie miał siły by wstać.


Homek Toft

podobny-chmurom-zbieg@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||