Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Royal Gryffin ::::

Empatia - odcinek 5
Kronika



- Szukał cię Orsewicz. Był jakiś... e... nie wiem jak to określić. Nigdy się tak nie zachowywał. Kazał ci przekazać, że znalazł jakieś ważne informacje - powiedziała zaspanym głosem Natalia.
Julia, która ledwo co weszła do mieszkania, skierowała się do kuchenki i nalała sobie zimnej herbaty. Wzięła kilka łyków płynu a resztę wylała do zlewu. Następnie skierowała się szybkim krokiem w stronę korytarza.
- Zaczekaj! Maciek pytał się, co z Danielem. Martwimy się o was, ostatnio się jakoś dziwnie zachowujecie. - Natalia zatrzymała współlokatorkę w drzwiach.
- Sorry, ale teraz naprawdę nie mam czasu na wyjaśnienia. Dzięki za troskę. - Rzuciła szybko Julia i wyminęła koleżankę. Skierowała swoje kroki w stronę gabinetu Orsewicza. Było w jej głowie wiele pytań. Miała nadzieję, że dzięki temu, co powie jej profesor choć troszkę cała sprawa się wyjaśni. Po nocy spędzonej przy łóżku brata była wykończona, jednak teraz nie mogła sobie pozwolić na odpoczynek. Nie teraz. Daniel po wypiciu lekarstwa podarowanego przez dziwnie znajomego chłopaka odzyskał świadomość. Widzenia na jawie już go nie dręczyły. Co prawda podczas snu mówił i wiercił się nerwowo, jednak jego stan widocznie się poprawił. Martwiła się o brata. Jego "dar" zrodził kilka następnych pytań. A odpowiedzi nie było jak do tej pory żadnej. Tym bardziej z nadzieją przyjęła fakt, że profesor coś wyszperał. Minęła w korytarzu jednego ze studentów, przystanęła i odwróciła się, pokręciła jednak głową i ruszyła dalej.

- Jak gówno w szambie... - tak od pewnego czasu swoje położenie określał Rewski. Jego sytuacja nie była do pozazdroszczenia. Sam w jakimś małym pomieszczeniu wywołującym klaustrofobię. Wilgoć na ścianach, na nich również nabazgrane jakąś cieczą dobrze mu znane symbole. Nie chciał się upewniać, czy owa ciecz to krew. Już po raz któryś z kolei udał się w obchód małej izby. Macał dłońmi śliskie i mokre ściany. Sam w kryjówce satanistów, w pomieszczeniu, w którym składano ofiary. Może nadal się składa? Na samą myśl o krwawym rytuale ciarki przebiegły mu po plecach. Odblokował klawiaturę komórki i spojrzał na ekran, nadal znajdował się tam napis: "szukam sieci". Znów powtórzył formułkę dobitnie obrazującą jego sytuację, stała się ona jakby zaklęciem, które i tak nie dawało żadnego efektu. Zrezygnowany usiadł na ziemi i oparł głowę o ołtarz. Siedział tak przez jakiś czas. Czas? Jak długo już tutaj pozostaje w zamknięciu? Około dwunastu godzin. Zaczyna mu doskwierać głód. Do głowy przyszedł mu pewien pomysł. Miał rodzinę na wsi i zazwyczaj by stamtąd dzwonić trzeba było stanąć w północnym rogu łazienki. Może i tutaj też będzie w którymś miejscu zasięg? Zaczął krążyć po swojej celi z wyciągniętą ręką, w której trzymał telefon. Wciąż przed oczyma mrugał mu napis "szukam sieci". Po obejściu wszystkiego wzdłuż i wszerz nic nie wskórał. Pozostał jeszcze ołtarz. Stanął na umazanej posoką płycie. Musiał się zgarbić, ponieważ więzienie było niskie. Z nadzieją spojrzał na zielony ekranik. Ku jego uciesze w pomieszczeniu rozległ się odgłos symbolizujący odnalezienie sieci. Co prawda, była tylko jedna kreska zasięgu jednak wystarczyło to na dodzwonienie się na komisariat.
- Tomek? Słuchaj, nie mam czasu. Pomóżcie. Wieś Józefów, kościół. Jestem uwięziony w ukrytym pokoju! Pośpieszcie się, to sprawa życia i śmierci. Weźcie chłopaków. - Wysapał jednym tchem porucznik. W odpowiedzi usłyszał przerywane słowa swego kolegi po fachu. Z powodu słabego zasięgu mógł jedynie rozróżnić pojedyncze zwroty. "Dobrze... czekaj... wyjeżdżamy"

Zapukała do drzwi prowadzących do gabinetu profesora. Z środka rozległo się zaproszenie. Orsewicz jak na rasowego naukowca przystało, nigdy nie dbał o porządek. Cały pokój można by określić jednym, niezbyt kulturalnym słowem. Bajzel. Na biurku stały sterty książek. Wszędzie walały się jakieś papiery i fachowe broszury. Wszechobecny był kurz. Z za stosu ksiąg rozległo się kilka słów:
- Proszę, niech pani siada - zaraz po tym starszy człowiek zrzucił z taboretu kilka periodyków. Nie dając Julii dojść do słowa, rozpoczął swoją przemowę.
- Wczoraj jeden z moich asystentów przyniósł do mnie kronikę. Pochodzi ona z podwarszawskiego klasztoru. Niby nic ciekawego. Zabrałem się do jej opisywania. Oprawiłem ją, bo była dość podniszczona, po czym zacząłem pobieżnie przeglądać i wreszcie natrafiłem na coś, co może chyba panią zainteresować. Co potrafiłem, to przetłumaczyłem na polski, jak wiadomo wszyscy w średniowieczu pisali w języku łacińskim. Proszę, oto tłumaczenie.
Studentka wzięła do ręki zmiętą i pobazgraną kartkę.

A.D. 967

"Miejscowy szlachcic doniósł do przeora o rzekomej magii uprawianej na pobliskiej wyspie. Wśród chłopstwa krążą plotki i przesady. Mówią coś o demonach i czarach. Udokumentowano kilka przypadków likantropii." W tym miejscu Julia podniosła wzrok znad kartki i zapytała nieśmiało profesora:
- Przepraszam, co to jest ta likantropia?
- Hmmm, krótko mówiąc to wszystko co związane jest z przemianą w zwierzę, a szczególnie w wilka. No, wie pani, te bajeczki o wilkołakach i innych bestiach. Proszę jednak czytać dalej.
"Szlachcic przyznał się, że sam był jednym z członków kultu, jednak teraz się nawrócił i chce walczyć w imię Boga. Ze swoich środków finansowych założył stowarzyszenie, którego celem jest tępienie kultystów. Ich znakiem rozpoznawczym będzie tatuaż w formie potrójnej spirali, której zresztą używają również kultyści. [...] Na tych terenach wiara w Wszechmogącego jest jeszcze niezbyt zakorzeniona w umysłach wieśniaków. Trzeba sprawdzić całą sprawę i w razie potwierdzenia pogłosek, należy cały kult definitywnie zniszczyć. [...] Nasze obawy się potwierdziły. Jakiś czas temu wysłaliśmy na ową wyspę Krzysztofa, jednego z naszych braci. Panie świeć nad jego duszą, niech bardowie wspominają jego męstwo w latach nadchodzących. [...] Przeor zarządził by zorganizować zbrojną wyprawę wymierzoną przeciwko niewiernym. Musimy umocnić Wiarę w Jedynego Boga - pokonanie miejscowych zabobonów pomoże nam w tym. Przypuszczam, iż będzie to łatwa wyprawa. Ich kapłani władają pewnym mocami, jednak nie sądzę, by były dość silne by nam zaszkodzić. [...] Dzień chwały i smutku nastał. Nasz najznakomitszy brat Wojciech poległ podczas potyczki z ludźmi należącymi do kultu. Panie świeć nad jego duszą. Aktywność niewiernych została zgaszona. Jednak ich przywódcy zdołali uciec. Zastanawia mnie znaczenie symbolu, którym się sygnowali." W tym miejscu znajduje się staranie przerysowana z księgi, dobrze znana Julii spirala.
"Na przeklętym miejscu odprawiono egzorcyzmy i postawiono tutaj kościół. Budowniczymi tego przybytku byli bracia noszący białe habity, podawali się za jedno z nowo powstałych zgromadzeń. Swoją pracę wykonywali w wielkim odosobnieniu, nikomu nie pozwolili zbliżyć się do budowy. Jednak dzięki ich wysiłkom powstał wspaniały przybytek ku chwale Pana..."

- Wojciech. Pani rozumie powagę tego odkrycia? To może chodzić o Św. Wojciecha... no i jest związek z tabliczką...
- Być może. Dziękuję za wiadomość. Przepraszam, teraz jednak muszę odwiedzić brata i załatwić jeszcze kilka spraw... - powiedziała podekscytowana Julia.

- Dobrze, że pani przyszła. Pani brat znów ma te ataki. - powiedział zmęczonym głosem lekarz.
Nic nie odpowiadając, Julia udała się do sali na, której leżał Daniel.
Już w oddali słyszała jego głos. Mówił coś nie wiadomo do kogo. Zdawało się, że znów jest obserwatorem cudzych wspomnień.
- Synku... córeczki... konieczność... kiedyś zrozumiecie... wujek... waszego dobra... niebezpieczeństwo...
Chory wymawiał jeszcze inne słowa, jednak nie miały one specjalnego sensu. Oczy miał jak obłąkany. Gdy zaprzestał recytowania tego osobliwego tekstu wziął głęboki oddech, naprężył wszystkie mięśnie, po czym opadł bezwładnie na łóżko. Zgromadzeni w tej sali pacjenci patrzeli na niego z przestrachem. Po chwili Daniel gwałtownie otworzył oczy i zaczął się rozglądać, jego wzrok zatrzymał się na twarzy siostry.
- Dobrze, że jesteś... - powiedział zachrypniętym głosem.
Julia pogładziła go po głowie. Zastanawiała się teraz nad tym, co miały znaczyć te tajemnicze urywane zdania, które przed chwilką słyszała z ust brata. Teraz wyglądał już na zupełnie zdrowego, jednak troszkę wyczerpanego.
- Wszystko w porządku? - zapytała zatroskana niedawnymi wydarzeniami.
- Jestem zmęczony, ale będzie ok. To ostatnie widzenie. Chyba widziałem naszego ojca, mówił do mnie coś, czego nie zapamiętałem. Wspomniał coś o jakimś wujku Krzyśku.
- Ciii - siostra uciszyła brata. - Teraz musisz odpocząć, jutro porozmawiamy.

Obudził go dźwięk otwierających się drzwi. W sali było jednak nadal ciemno. Po przetarciu oczu zauważył znajome ślepia, już je widział wcześniej, tutaj, w tym przeklętym kościele.
- Znów się spotykamy panie poruczniku... - wycharczał Kazimierz.
- Czego chcesz?
- Twojej śmierci.
Rewski stanął za ołtarzem i począł szukać broni. Stwór wskoczył do izby. Wytężył wszystkie muskuły i obnażył zębiska. Policjant rozpaczliwie poszukiwał broni, w końcu wyjął ją, ale wilk wybił mu ją z drżących rąk. Marian upadł na ziemię i wymierzył kopniaka w piszczel napastnika, a ten zawył z wściekłości i bólu. Pistolet, gdzie upadł? Kątem oka porucznik dostrzegł ciemny kształt swojego służbowego rewolweru. Bez zastawienia rzucił się w jego kierunku, szybko przymierzył i wpakował cały magazynek w cielsko Kazimierza.
- To nie takie proste panie policjanciku. Tak pan mnie nie unieszkodliwi na dłuższy czas. - powiedział ostatnim tchem potwór po czym wyzionął ducha.
Obok nieludzko zmęczonego zwycięzcy pojedynku leżał teraz nagi trup mężczyzny. Obawiając się słów byłego prześladowcy Marian odciągnął ciało w drugi koniec pomieszczenia i dodatkowo zakuł w kajdanki. Spojrzał do magazynka - był pusty.

- Zadziwiająca poprawa stanu zdrowia. Wczoraj był pan skrajnie wyczerpany i jeszcze te ataki, a dziś chce się pan wypisać ze szpitala? - zapytał patrząc znad okularów ordynator.
- Tak, proszę o wypis. - powiedział z uśmiechem Daniel.
- Dobrze, nie będę pana tu na siłę trzymać, jest pan dorosły, a my nie mamy czasu zmuszać kogoś do leżenia w łóżku, zresztą na pana miejsce i tak już pewnie jest kilku "chętnych".
W holu na parterze Daniel dołączył do swojej siostry, która właśnie dopijała kawę. Po oszklonych drzwiach wejściowych spływały krople deszczu. Pogoda była barowa. Wyszli razem i postanowili coś zjeść.
- O, tam! Pewnie nie mają wyszukanych dań, ale może będzie tanio... - zaproponowała Julia, wskazując jakąś podrzędną knajpkę.

Znajomy dźwięk otwierających się drzwi znów wyrwał z zamyślenia uwięzionego. Przyjął pozycję obronną, lekko rozstawił nogi i pochylił się do przodu. Wyjął broń i wymierzył w stronę światła, które wpadało przez drzwi. Jego oczy przyzwyczajone przez tak długi czas do ciemności cierpiały niemiłosiernie pod naporem promieni rzucanych przez słońce.
- Stój, bo strzelam! - krzyknął porucznik. - Maryś, to ja Tomek... opanuj się stary. Już tu jesteśmy...

Po pochłonięciu kilku pierogów ruskich rodzeństwo opuściło lokal i udało się w stronę dworca autobusowego. Starali się nie wspominać o sprawie tabliczek i związanych z tym przeżyciach.
- Psssst, tutaj jestem. - do uszu Julii dobiegł znajomy głos. Głos...
Rewskiego Krzysztofa!
- O ty!!!! Jak śmiesz się nam pokazywać!!! - wrzasnęła.
- Stój... To jest... tak mi się wydaje... nasz wujek... widziałem go podczas tego ataku, ojciec o nim mówił.
- Tak, wujek... ja Krzysztof. - wyszeptał mały człowieczek. - Ja muszę was ostrzec. Oni chcą waszej śmierci, a to byłoby źle. Oni źli są... ona też. Ja...
- Jaka ona? - przerwał mu chłopak.
- Wasza siostra... Beata - powiedział, rozglądając się nerwowo na boki.
- Co??? - jednocześnie powiedziało zaskoczone rodzeństwo.
- Beata... ona ważny członek organizacji.
- No to mamy sobie sporo do wyjaśnienia. Zapraszamy do nas... wujaszku - skwitowała Julia.


Royal Gryffin

phantazm@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||