|
Empatia - odcinek 4 Garść wspomnień
Z braku latarki za jedyne źródło światła musiała wystarczyć zielonkawa poświata ekranu komórki. Rewski sowicie zaklął, ale nie przyniosło to poprawy sytuacji. Miał trudności nawet z dostrzeżeniem własnej wyciągniętej dłoni.
Drżącej dłoni.
- Weź się w garść, dzielny stróżu prawa!
Skupił się na telefonie i raz jeszcze spróbował dodzwonić się do komisariatu. Bezskutecznie. Westchnął, a po chwili wiedziony niejasnym przeczuciem wybrał numer komórki Julii. Miał nadzieję, że uda się nawiązać z nią połączenie. Mimo wszystko. Jego myśli pobiegły w kierunki Julii i jej brata. Zastanawiał się, co też mogą robić w tym momencie.
Czekał.
* * *
Zupełnie tak, jak gdyby wspomniał majowe wagary w liceum, które nieoczekiwanie potrwały trzy dni, przypomniał sobie noc na mokradłach. Jak żywi stali przed nim formujący tłum ludzie, a ich stroje przywodziły mu na myśl ilustracje z podręczników siostry. Stali lub zbliżali się do ołtarza, stwarzając miejsce pozostałym. Ci nadciągali w trupio bladej poświacie księżyca pokonując przeszkodę wodną w łodziach, które kojarzyły mu się nieodparcie z filmami o Indianach. Na każdej płonęła pochodnia, co, oprócz stwarzania iście mistycznego widoku, pozwalało oszacować ilość spragnionych kontaktu z nieznanym dusz. Wyspę spowijał szmer szeptów. Przybywały dziesiątki, może setki.
(całe setki, spójrz - głos nie należał do właściciela wspomnień - maleńkie figurki przekonane o naszej nadludzkości. o cudach, przyjacielu! bo jako cuda tłumaczy nasze umiejętności ich święta księga. i jej strażnicy. gdyby tak zamiast swoich nonsensownych psalmów nauczyli się choć odrobinę o pokładach mocy, drogach jej przepływu i ujściach, z których skwapliwie korzystamy. gdyby tak ich świętych posłać do Celtów, co ty na to?)
(oni tu są. widziałem zeszłej pełni - pamiętał jakby to były jego słowa - poznałem jednego zakonników z klasztoru. obserwują nas, ale bez wrogości)
(bo wierzą nam jak ci wszyscy. widzą ogień wraz z jego świstem i ciepłem, który wzbudzamy i nawet w ich świętych głowach nie zaświta, że za tym sztukmistrzostwem kryje się coś więcej, że ich wiara pomaga n a m przenosić góry. i nigdy się o tym nie dowiedzą)
Z tej nocy zapamiętał jakiś niezrozumiały niepokój, który ogarnął go po tych słowach i nie opuszczał już przez całą noc, cały rytuał. Nawet podczas indukowania ognia barwy wiśniowo złotej, którym rozgorzały korony drzew, nawet w połączeniu z uczuciem pękającej i odrastającej na nowo skóry towarzyszącym sypaniu się iskier z gałęzi, nawet wtedy ten przenikliwy tępy chłód nakazywał niedowierzać słowom przyjaciela. Zastanawiać się "a co gdyby", bo właśnie to "gdyby" rysowało się coraz wyraźniej im bardziej rzeczywistość odpływała w hipnotycznym transie...
* * *
A w tym właśnie momencie - to jest wczesnym jeszcze wieczorem - telefon Julii zapiszczał w rytm trudnej do rozpoznania piosenki. Człowiek obserwujący dziewczynę z pewnego dystansu zauważył jak przerzuca ona plastikową torbę z zakupami do lewej ręki, sięga do kieszeni, odgarnia włosy. Melodia ucichła. Julia słuchała przez chwilę, po czym, najwyraźniej przerywając rozmówcy, zaczęła coś gorączkowo wykrzykiwać do telefonu. Wyglądała na zaniepokojoną. Obserwator stał za daleko aby usłyszeć dokładnie, ale z samych strzępków rozmowy ("Daniel?", "Kiedy", "Ale nie roz...") domyślił się, co się stało.
To nie dodzwonił się Rewski. To albo oni, albo...
Julia szła śpiesznym krokiem w jego stronę. Skąd ona wie, że...
Ale minęła go i usłyszał jak powtarza do słuchawki nazwę miejsca, do którego zamierzała się udać. "Zaraz tam będę". Skończyła rozmowę i nerwowo przyspieszyła kroku.
Już wiedział, co się stało. Zrobili to.
* * *
- Ach, to pani - powiedział na widok Julii mężczyzna w bieli - proszę za mną - i ruszył zacienionym korytarzem.
Julia, której dotarcie do wskazanego szpitala zabrało kilkanaście (co prawda niespokojnych) minut, zbita z tropu zachowaniem lekarza, dogoniła go i zaczęła wypytywać:
- Co z moim bratem, doktorze? Przez telefon mówił pan... to był pan?
- Powiadamianie rodzin to nie nasza działka - zaczął, spoglądając w zlęknione oczy dziewczyny - ale to ja badałem pani brata. Przywieziono go tu nieprzytomnego. Z wysoką gorączką. Miał skręconą nogę w kostce i zadrapania na rękach, na twarzy ślady pobicia. Dlatego trafił na urazówkę.
Ktoś chce mu zrobić krzywdę, już zrobił - zreflektowała się Julia i ogarnęły ją jednocześnie przestrach i bezsilność. Stłamsiła je i posłała medykowi tylko pytające spojrzenie; ten nabrał powietrza i mówił dalej:
- Nieustannie coś bredził, majaczył. Mężczyzna, który wezwał karetkę sądził, że facet się zaćpał.
- To niemożliwe! - teraz już nie wytrzymując przerwała Julia - Daniel nigdy nic nie brał! Brzydził się tym świństwem. Zresztą dziś rano widziałam się z nim. Był w doskonałym stanie.
- Godzinę temu - podjął ignorując jej wybuch - przebudził się na tyle, by możliwy był z nim kontakt... Tak się nam przynajmniej wydawało. Choć nie spadła mu gorączka był w stanie mówić, przypomniał sobie jak się nazywa, gdzie mieszka, przypomniał sobie panią... dużo o pani opowiadał, nawet takie rzeczy - tu doktor uśmiechnął się po czym w jego głosie odbiło się echo jakby zażenowania - rzeczy, o których zwykle się nie opowiada. Wspomnienia z dzieciństwa - wyjaśnił pospiesznie.
Z dzieciństwa? - stropiła się Julia i potrójna spirala zatańczyła przed jej oczyma, prawie na wyciągnięcie ręki, i wnet rozmyła się pozostawiając drgnięcie intuicji - znajome choć rzadkie przeczucie - jasność, jakby napisał King. Ze zdwojoną czujnością słuchała dalej.
- Niestety nie potrafił przypomnieć sobie ani samego "wypadku", ani jak do niego doszło. A potem zaczął... zaczął opowiadać - urwał jakby szukając właściwych słów, przystanął i wbił wzrok w podłogę.
- To amnezja - Boże, znowu? - Co mu jest, doktorze?
Na to pytanie doktor wrócił do tu i teraz. Rozejrzał się lękliwie na boki. Długo ważył na ustach odpowiedź - po raz pierwszy w życiu taką, jakiej miał zamiar nigdy przenigdy nie udzielać. W końcu przemógł się i powiedział:
- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia.
* * *
Jeden ze złotych, ostatnich tego dnia promieni słońca oświetlał pustą zieloną butelkę, późniący się zegarek i radio, które nadawało cicho aktualne wiadomości. Nikt w tym ciasnym pomieszczeniu go jednak nie słuchał. Nikt nie przejmował się przynudzaniem o polityce, kiedy inne radio, tuż obok, transmitowało na żywo, niesłychanie pasjonujący epizod:
- ... i kiedy zobaczyłem, że będzie wysiadać, przyspieszyłem (bo wiecie, trochę obawiałem się, żeby mi nie uciekł) Jeszcze nie wierzyłem, że to zrobię, ale na wszelki wypadek sprawdziłem, czy wszystko gra. Mój Smith & Wesson, trzydziestka ósemka (najseksowniejsza broń pod słońcem, możecie mi wierzyć) ... -
Wszyscy słuchacze bez protestów uwierzyli, oprócz Julii, która nie dowierzała chyba nawet własnym oczom ...
- ... Rozejrzałem się ostatni raz. Po drugiej stronie przechadzały się dwie pary. Trudno. W końcu wieczór sobotni. Tak, sobota, ósmy grudzień, pamiętam jak dziś, cholernie chłodno. Jeszcze pięć kroków i zgasły tylne światła, pogasły wszyściutkie na całej ulicy. Trzy, i zostały tylko jego plecy. Boże! - wtedy huknęło mi w głowie jakby piorun roztrzaskał latarnię obok - przecież nie strzelę mu w plecy! Nie mogę! Nie... Czy ktoś z was strzeliłby tak człowiekowi w plecy? ... -
wszyscy szczerze i jakoś bojaźliwie, patrząc Danielowi w oczy, zapewniali go, że nigdy, przenigdy, a już na pewno nie w plecy, choć nikt jak siedzieli w życiu nie miał w dłoni broni palnej, zwłaszcza "seksownej" trzydziestki ósemki. Włącznie z doktorem, który również przecząco pokręcił głową. Włącznie z Julią, mocno powątpiewającą, czy rzeczywiście patrzy w oczy brata. W tych ciemnych źrenicach nie odbijało się zachodzące słońce. Wyzierał z nich refleks zmęczonej twarzy. Twarzy człowieka, który jeszcze godzinę wcześniej mówił w wywiadzie radiowym, że chce jeszcze stworzyć coś wielkiego, a nie wie, ile czasu mu jeszcze na to zostało. Człowieka, który już teraz wiedział.
- Strzeliłem pięć razy - mówił Daniel wybitnie nieswoim głosem - Tyle naliczyłem pociągnięć spustu, bo usłyszałem tylko jeden huk. Pierwszy. Potem wszystko się zmieszało w jedną ogłuszającą melodię. Jakby psychodeliczną piosenkę z moim ochrypłym wokalem zapytującym cały czas "panie Lennon?, panie Lennon?", żeby się odwrócił, żeby tylko nie w plecy, nie w... - zachłysnął się powietrzem, wydawało się, że nie jest w stanie nic powiedzieć, i wtedy wybuchnął - nigdy w plecy, pamiętaj Julio - spojrzał na oniemiałą siostrę chwytając ą za rękę - nigdy... Jul... pam... - oczy otworzył szeroko jak dzieciak jadący na wakacje z rodzicami, co zorientował się, że wsiadł w nie ten pociąg, pociąg który na dodatek odjeżdża. Wybełkotał coś jeszcze, opadł bez sił na poduszkę i zasnął.
- On tak już od godziny - po dłuższej ciszy zwrócił się do dziewczyny chory z sąsiedniego łóżka.
* * *
Było kilka minut po dwunastej, kiedy Daniel wyszedł z podniszczonego budynku, którego drugie piętro zajmowała redakcja magazynu PPP. Słysząc trzask zamykających się za nim drzwi znalazł wreszcie odpowiednie określenie na naczelnego rzeczonego pisma:
- Kanalia!
- Chyba nie zna pan prawdziwych kanalii, panie Darecki - powiedział niski głos zza pleców - najwyższy czas narobić sobie znajomości.
- Kim pan... kim jesteście - poprawił się gdy zobaczył, ze było ich dwóch, podobnie ubranych w ciemne kolory, podobnie brzydkich.
Zamiast odpowiedzi otrzymał od wyższego silny cios w prawy policzek, a pięść krępego grubasa w chwilę później trafiła go w żołądek.
- Żadnych pytań - zawołał gruby i zdzielił Daniela jeszcze raz.
Chwycili go oszołomionego pod ręce i zawlekli do samochodu, który zaraz ruszył. Kobieta siedząca z przodu na siedzeniu pasażera odwróciła się, podała mu chusteczkę by otarł strużkę krwi z nosa, uśmiechnęła się sztucznie, po czym odwróciła się z powrotem i zaczęła manipulować rozmaitymi przedmiotami. W słońcu błysnęła Danielowi igła, zaraz też wypatrzył strzykawkę i zrozumiał, że zamierzają wprowadzić coś do jego krwioobiegu i prawie na pewno nie będzie to szczepionka przeciw grypie. Złamał zakaz:
- Słuchajcie, tak się nieszczęśliwie składa, że panicznie boję się zastrzyków, dostaję epilepsji na widok igły, raz mało nie zadusiłem pielęgniarki...
Pozostali, kimkolwiek byli, zdawali się go ignorować. Daniel nie ustępował zapominając o strachu:
- Co to za satysfakcja dziabnąć nie w rękę. Prościzna! Mówię wam, wróćmy do może otrzaskanych, ale równie makiawelistycznych metod.
- Makia-co? - wyrwało się grubasowi.
- Znaczy się, przywiążecie mnie do krzesła w brudnej piwnicy, polejecie wodą, a potem światło w oczy albo kopniak, takie sprawy. Zresztą pewnie i tak nic nie będę o niczym pamiętał.
- Właśnie w tym rzecz - przerwała mu kobieta odwracając się i podając wyższemu z "kanalii" strzykawkę wypełnioną płynem koloru mocnej herbaty - przypomni pan sobie coś, o czym nikt już nie pamięta.
* * *
Zapamiętał aurę złowrogiej tajemniczości otaczającej tego człowieka, który zjawił się feralnego dnia na wyspie. Nie było śladu łodzi, co sugerowało nie do końca naturalny sposób jego przybycia, z chodzeniem po wodzie włącznie (jak w tej ich świętej księdze, pomyślał) i bynajmniej nie budziło zaufania. Przybysz podążył do ich ukrytej w jaskini siedziby, jakby od początku znał drogę. Dogonił go i kładąc rękę na ramieniu zapytał o imię. Ten odwrócił się
[nigdy w plecy, pamiętaj J...]
i odchylił kaptur skrywający twarz. Twarz, której nie sposób zapomnieć. Blada, pocięta głębokimi bruzdami, okrutna i obłędna. Martwe usta i królicze. I to spojrzenie jakby
[panie Lennon?]
jakby dłużnika śmierci.
- Dłużnik śmierci - wydusił Daniel i było to pierwsze, co powiedział od bez mała kilkunastu minut.
Julia odebrała to jako zwiastun nowej wizji i wytężyła zmysł słuchu. Zachodziła w głowę, kogóż to zobaczył jej brat. Jak przydatny okazałby się tutaj Rewski. Gdyby widzenie wybrało jego, niewątpliwie rozpoznałby kapturnika jako niecałkiem rzeczywistego ojca Beniamina, z którym miał przyjemność tego wieczora. On także odgadłby, dlaczego cała ta wyspa na bagnach sprawiała wrażenie już raz odwiedzonej. Jednak o obecności Rewskiego nie mogło być mowy, Julia była zdana na własną intuicję, która, co trzeba przyznać, funkcjonowała z niebywałą sprawnością. Zapełniała białe plamy na mapie wspomnień Daniela (czy kim tam on był) także z monologu, który w istocie był jakby dialogiem czytanym przez kiepskiego lektora w niskobudżetowym serialu, zaczęła do Julii docierać ostrość widzenia brata.
Wędrowiec, który zjawił się u kapłanów obejrzał popis ich możliwości z autentyczną ciekawością, o czym sam zademonstrował własny kunszt materializując wokół siebie setkę krępych i brzydkich goblinów. Zgasił zapał zdumionych magów frazesami o przemijalności wszystkiego, co piękne
(prochami jesteśmy...)
I wtedy - głos Daniela przybrał bardzo podniosły ton - złożył im propozycję, której przyjęcie był niemal pewien. Połączenie mocy. Przywołanie demona ze Sfery Cieni. Nieśmiertelnego demona, którego materialną powłokę można unicestwić. A wewnętrzną energię duchową, jej niespożyte, niewyczerpalne, płynące ze Sfer Zewnętrznych zasoby wchłonąć i posiąść. Na zawsze.
(i moce o jakich wam się nie śniło!)
(oto klucz! trzy takie kamienie...)
nieznajomy najwyraźniej rysował coś na miękkiej ziemi i Julia nie potrzebowała mistycznie retrospektywnego spojrzenia brata, by zobaczyć, w jaki wzór układają się kreślone patykiem linie.
Potrójna Spirala! No jasne!
(... po odprawieniu rytuałów, których przebieg po wielu przejściach zdołałem poznać, wokół tablic-kluczy otworzy się brama...)
Brama miała być końcem tunelu, a jego początki sięgały granic innych światów. Miał nim nadciągnąć demon zwabiony odpowiednią przynętą
(nadleci, gdy poczuje przyzywający zapach dusz ludzkich. dusz tego zagubionego w transie motłochu. nadleci, by je z nich wyssać!)
Czterej kultyści-amatorzy wlepiali przerażony wzrok w przybysza, który, tak jak oni, milczał i wyczekiwał.
Monolog Daniela przeistoczył się w stereotypową wizję schizofrenika, podnosił głos, rzucał oskarżenia, gubił się. Krople potu wstąpiły mu na czoło.
Kłótnia - to jedyne wyjaśnienie, jakie przyszło Julii do głowy.
W rzeczywistości człowiek okradany ze wspomnień był jedynym, który uznał plan nieznajomego za czyste szaleństwo. Bezskutecznie próbował wyperswadować to pozostałym
(tylu niewinnych ludzi! tak nie można!)
Tego dnia odszedł. Odszedł przekonany, że musi im przeszkodzić.
* * *
Dwa uderzenia w policzek zwróciły na tyle przytomności, by był w stanie rozeznać się, gdzie trafił. Siedział przywiązany do krzesła ("a jednak! jednak co?"), w niewielkim nieumeblowanym pokoju. Przez otwarte okno wpadał szum ruchliwej ulicy i snop wypełniającego cztery ściany światła. W nim stała kobieta, która go ocuciła, ta z samochodu ("samochodu?") i mężczyzna przypominający Danielowi jego nauczyciela fizyki z podstawówki, który lubił rwać zeszyty i rzucać kredą, a pewnego razu...
- Wy już nie potraficie niczego zrobić porządnie! - teraz z kolei ona została spoliczkowana, tyle że dużo silniej; chwyciła dłonią obolałe miejsce, mężczyzna, "fizyk" wrzeszczał - Zobacz jak on wygląda! Powtarzałem - "tylko nie przesadźcie z dawką". Ale nie! I co ja teraz z niego wyciągnę? Tajemnicę Roswell? Pytam się ciebie! Zobacz, znowu zasnął...
Zasnął, a gdy się obudził, w pokoju nie było nikogo. Czuł się teraz bardziej świadomy i nieco silniejszy. Na tyle silny, by... Rozejrzał się i skupił wzrok na oknie. Otwartym oknie. Jeśli nikt prędko nie wróci, a dam radę w miarę cicho dostać się do okna, pomyślał... i znów chwyciło go dawne wspomnienie. Walczył by je odegnać. Nieważne, jakie skutki pociągał za sobą upadek na ulicę - pozostanie w tym miejscu mogło okazać się bardziej szkodliwe...
* * *
- Ale wciąż nie rozumiem, co ma do tego John Lennon - Julia powoli odzyskiwała wrodzoną jasność myślenia - Daniel kiedyś lubił beatelsowskie rytmy, dalej je lubi, ale słyszeliście jak mówił... - urwała i spojrzała na chorego z łóżka obok, który dopiero co wspomniał o relacjach w telewizji.
- Stopniowo coraz więcej z jego opowiastek - lekarz podjął monolog - brzmiało jakby kto inny był ich bohaterem, ale on wciąż mówił w pierwszej osobie - tu jego głos porzucił na rzecz trwogi tradycyjny beznamiętny ton - jakby to naprawdę był on.
- Daniel przecież nie mógł go zastrzelić. To kompletnie bez sensu! On wtedy... - zaniemówiła, a jej twarz przybrała wyraz typowych dla wszelkich przepowiadaczy przyszłości, kiedy dostrzegają w szkle śmierć pod tramwajem w deszczowym październiku, podczas gdy każdy widzi tylko zimny kryształ i nic poza tym, aż nagle wrócił jej głos - on się wtedy urodził - wyszeptała powoli - ósmego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku, w dzień śmierci Lennona. Rzeczywiście.
Żaden dźwięk nie dobiegał z ciasnej sali, na oddziale urazowym, piętro drugie, dopóki zmizerniały chory z końca sali nie oprzytomniał i nie powiedział:
- Niech pan jej pokaże list, doktorze!
- List? - spytała Julia.
- Nie do końca jest to list - zaczął wyjaśniać doktor - w pewnym momencie pani brat poprosił o papier i ołówek. Poprosił! On domagał się czegoś do pisania. Widocznie przypomniał sobie coś niezwykle ważnego, bo w pośpiechu zapisał ciurkiem całą kartkę, potem błagał mnie, żebym albo oddał to pani, albo nie pozwolił, by jacyś Oni to dostali. Nie był w stanie wyjaśnić, kim są ci Oni. W każdym razie wykorzystałem drugą ewentualność - to mówiąc uśmiechnął się i pozwolił na kolejną ironię - wydaje mi się, że mimo wszystko "list" zaadresował do mnie. Charakter pisma jest wyjątkowo "lekarski". Nic z tego nie zrozumiałem. - podał dziewczynie zagryzmoloną, zgiętą w pół kartkę i wyszedł.
- Niech pani czyta na głos - zawołała jakaś ruda kobiecina spod okna.
Jednak sprawa z deszyfracją rzeczywiście nastręczała trudności. Julia, choć miała do czynienia z pismem brata, musiała zacząć dopisywać własne słowa, żeby się nie pogubić. Łamała sobie głowę przy składaniu zdań, podczas gdy Daniel, nic sobie nie robiąc z jej wysiłków, słodko spał. Aż tu nagle: "widzę, naszego ojca, ma góra trzydzieści lat, wiem, że to on". Tak brzmiało pierwsze zdanie po "odkodowaniu". Przełknęła falę niezdrowego podniecenia i kontynuowała, by w kilka minut odkryć, że "rozmawia o czymś z ludźmi w domu, naszym domu, są zaniepokojeni, jakby się czegoś obawiali, opuszcza ich i podchodzi do mnie, mówi, że teraz wyjaśni mi wszystko, ze kiedyś przypomnę sobie tą rozmowę i zrozumiem, mówi o pielgrzymce, pieszej, do Częstochowy, parę lat wcześniej, razem z mamą i przyjaciółmi, ludźmi w domu, pokazuje mi, mówi o postoju na trasie, malej wiosce z pięknym wiekowym kościółkiem". Od tego miejsca pismo staje się nieczytelne nawet jak na warunki Daniela. Widocznie walczył o zachowanie przytomności. Julia poznaje tylko zlepki wyrazów: "nocą do lasu, grupą"; "jęki" "szczelina" "usłyszeliśmy" i tu dość długa przerwa... "korytarz" "głuche jęki" (skreślone) "krzyki" ... znowu długo, długo nic... "tabliczkę" ! - entuzjazm Julii okazał się przedwczesny. To było ostatnie słowo, jakie zdołała odcyfrować. Blisko półtorej strony literopodobnych znaków pozostawało tajemnicą.
Raptem zrozumiała dlaczego Daniel tak nalegał, by ukryć wiadomość przed "Onymi". Pomyślała chwilę, rzuciła porozumiewawcze spojrzenie wszystkim chorym na sali, a potem złożyła kartkę w maleńki arkusik i z lekkim uśmiechem i towarzyszącymi uśmiechami pozostałych ukryła go w sposób stuprocentowo kobiecy, to jest głęboko za dekolt. Cały czas żywiąc nadzieję, że Daniel przeczyta to, czego ona nie zdołała, gdy się obudzi. Jeśli się obudzi, poprawiła się.
* * *
Księżyc wychynął już w całej okazałości zza horyzontu, gdy liczący kilkuset rycerzy oddział wydobył z ukrycia w zaroślach długie łodzie i niezwłocznie pomknął w ślad za ostatnimi znikającymi w ciemnościach pielgrzymami. Mężczyzna na jednej z nich, którego imienia Daniel nie potrafił wyłuskać, zastanawiał się właśnie, czy aby nie przesadził i nie przekazał przeorowi zbyt alarmujących wieści. W efekcie ten postawił na nogi niemal całą załogę najbliższego zamku. Ale przecież musiał zmyślać, musiał naopowiadać duchownym o czarnych mszach, kulcie szatana, ogniu piekielnym, królestwie ciemności i tym podobne bzdury. Inteligentnie dał do zrozumienia, iż widział rozmówców na jednym z obrzędów, co z pewnością zainteresowałoby inkwizycję. Na koniec dodał, że podczas najbliższej pełni przyzwany zostanie demon z otchłani i to ostatecznie przekonało przeora, by zaczął działać. To, jak na ironię, było akurat prawdą.
(już niedługo przekonamy się ile prawdy było w tym, co mówiłeś - przeor jakby odgadł jego myśli; ściszył głos - w tych waszych rytuałach uczestniczyłem nie raz i nie dopatrzyłem się nigdy udziału siły nieczystej)
(bo w tym jest moc natury, a nie czarcie sztuczki. duchy ziemi i powietrza, odwieczna siła wewnętrzna wszechświata...)
(czary! pospolite czary. owszem bardzo ciekawe, ale niezgodne z nauką Kościoła...)
(lepiej więc zgodnie z nauką posypać głowę popiołem, nie jeść, nie pić, nie oddychać. i z pokorą owieczki czekać na śmierć, czyż nie?)
(w miejscu waszego ołtarza powinien stanąć kościół!)
Przeor najwyraźniej nie był w nastroju na teologiczne spory, niedoszły zdrajca również, toteż przyznał mu rację.
(po tym, co dzisiaj zajdzie, z pewnością powinien.)
* * *
- Daj mu to - usłyszała cichy, niepewny szept.
Uniosła głowę w poszukiwaniu źródła szeptu i zorientowała się, że już wychodził, zostawiwszy na łóżku Daniela maleńką zieloną buteleczkę.
Julia zerwała się z krzesła i już w korytarzu dopędził nagłego gościa. Chwytając silnie za rękaw zadała mu jedno z podstawowych pytań zapoznawczych:
- Kim jesteś?
Był to Robert Balicki, który wcześniej śledził Julię, a teraz z niejasnych przyczyn podrzucił jej szkatułkę o równie niejasnym przeznaczeniu.
A odpowiedział tylko:
- Nieważne. Daj mu to do picia, a uratujesz go.
- Jesteś jednym z nich? - nie ustępowała.
- I tak i nie. Ale jeśli dowiedzieliby się, że tu byłem... Słuchaj! Wstrzyknęli mu narkotyk pobudzający ośrodki pamięciowe. Przypominasz sobie rzeczy, o jakich w naturalny sposób dawno zapomniałaś. On dostał za dużo i dlatego ma wizje z nie swoich wspomnień. Ale jego umysł długo tego nie wytrzyma. To go zabije. Tam - wskazał drzwi do sali Daniela - leży odtrutka. Musi ją wypić, inaczej umrze.
Wyrwał się Julii i odszedł szybko korytarzem, pozostawiając wrażenie jakby widziała go już wcześniej.
* * *
To wspomnienie różniło się od poprzednich. Czuł, jakby starał się opowiedzieć niezwykły sen przy śniadaniu, który w miarę opowiadania traci na ostrości widzenia, kształty rozmazywały się. Uporczywie powracała jedna myśl - "za późno!" - nie rozumiał jej. I silny smak mięty, który nie miał nic wspólnego z migającymi obrazkami.
Gigantyczne rozbłyski światła nad wyspą połączone z nieludzkim wyciem, grzmotem, hukiem nie z tej ziemi
... smak mięty ...
(szybciej!)
(za późno!)
plac zasłany ciałami i tumult gdzieś wysoko, histeryczne jęki nad ołtarzem, krzyk
(Cort!?)
trzask łamanych drzew
... mięta ...
przyzwana znikąd horda goblinów, rzucają się na rycerzy, krwawa walka, huk nad głowami potężnieje
(muszę się tam dostać!)
... mięta w ustach ...
(za późno. przybyliśmy za późno)
gęsty dym i ręka chwytająca z koskę, zimna
... mięta ...
powstają, martwi powstają, otaczają go
(za późno)
odgłosy walki, coraz bardziej zaciekłej
(to ten mag! on ich ożywił. ich puste oczy, wokół, wszędzie...)
kolejne ludzkie wrzaski znad ołtarza i ten straszliwy demonicznym przeszywający , odczuwa go nawet głęboko w kościach
(udało im się?)
nieumarli zacieśniają krąg, wiatr, ogień, wybuchy, rzeź
(dusi mnie)
puste oczy i ręce zaciskające się na gardle
(pomocy!!!)
... ciemność, mięta, nicość ...
(do dna. słyszysz mnie? do dna!)
(znam ten głos!)
Wytrzeszczył oczy, ale obraz nie powstawał. Bardzo szybko oddychał, kleił się cały od potu, serce łomotało jakby ukończył po raz pierwszy bieg maratoński.
- Daniel?
Poczuł ciepły dotyk na policzku. Zmusił wzrok do pracy i udało się. Zobaczył błękitne, płonące nadzieją oczy.
- Julia... - wykrztusił, chciał jeszcze dodać cos w stylu "mam ci tyle do opowiedzenia", ale nie zdążył. Zasnął z błogim uśmiechem na ustach.
29.07.2003r.
PS. specjalne podziękowania dla kapeli The Cranberries za piosenkę "I Just Shot John Lennon", która posunęła prace bardzo naprzód :)
Rainman
raindrop@pf.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|