Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Mariusz Saint ::::

Jest Legionowo
część 10



Pierwszych trzech milczących Paryjaków z maczetami podbiegło do Sainta; więcej nie mogło się zmieścić w przejściu. Saint chwycił ich ręce trzymające maczety i skrzyżował w okolicach szyi stojącego pośrodku... Wyrwał broń z ręki i wykonał obydwiema naraz długie, pionowe cięcie. Zostało jeszcze kilkudziesięciu kiboli, którzy nadal w milczeniu i bez wahania rzucili się na Sainta. Ten jednak nie pozwolił sobie w przejście dmuchać - wziął zamach i rąbnął potężnie pierwszego z brzegu kibola. Chrupnęły miażdżone kości; nieszczęsny kibol poleciał w tył, przewracając stojących za nim jego kolegów. A że trzymali w rękach ostre narzędzia, więc utrata koordynacji ruchowej w połączeniu z maczetami dała dość drastyczny rezultat.

Ciosy rozdawane przez Sainta nie miały żadnej gracji, nie było w nich techniki, opanowania, doświadczenia, nawet choreografii. Ale miały zabójczą moc. Siła tych ciosów miażdżyła, krzepkie ramiona kiboli nieporadnie próbujące zablokować nadchodzące ciosy pękały, łamały się, kruszyły. Ich ciała leciały w tył, bezładnie. Proste wymachy rękami Sainta odrzuciły w tył falę przybyszów z maczetami; ci, którzy padli, nie byli już w stanie się podnieść. Każde uderzenie wbijało się klinem w masę ludzką kibiców FC Paryja niczym szarża husarska w wojska nieprzyjaciela. Lepszego pokazu siły i mocy nie można sobie było wyobrazić.

***

Legion właśnie stał na najwyższej wieży Mrocznego Silnika, nie ruszał się, a z jego szeroko otwartych ust płynęła ślina. Kuba Rozpruwacz pociągał go za rękaw płaszcza.

- Panie! Co się stało!?

Legion doszedł do siebie.

- Eureka. Czyli znalazłem - wyszeptał w sposób bardzo niepokojący i zapowiadający bardzo nieprzyjemne rzeczy.

- Duszę!? To niewiarygodne! To wspaniałe! To cudowne!

- Tak, tak. Musimy zawiadomić Akolitów.

***

W końcu ostatni kibol poleciał te kilkanaście metrów w tył. Nikt się nie podnosił. Saint miał nieco mieszane uczucia; z jednej strony wszechogarniające poczucie tryumfu, a z drugiej pewne obawy, że na przeciwnika lepiej wyszkolonego technicznie sama siła nie wystarczy... Ale ta obawa po chwili wyparowała pod laserowym promieniem dumy. Rozejrzał się wokoło siebie; zobaczył niezłe pobojowisko. Chyba nikt nie mógł się podnieść o własnych siłach, a upuszczone maczety połyskiwały smętnie w zachodzącym słońcu... Walka była skończona. Niespodziewane zagrożenie zostało rozbite, dosłownie i w przenośni. Nieśmiało za plecami Sainta zaczęli się podnosić ci z tutejszych kiboli, którzy przetrwali pogrom, oniemiali z zaskoczenia. Jeszcze do nich nie dotarło, że ta saintowa niespodzianka była przygotowana dla nich... Ale teraz nie myśleli o tym. Saint urósł w ich oczach do miana wybawiciela, obrońcy...

Do Sainta podszedł Kwas, już z zabandażowaną głową (zaplecze trzymało się nieźle) i powiedział wtedy wiekopomne słowa:

- Dzienks, stary.


Mariusz Saint

mariuszsaint@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||