|
Nazdrul część trzecia
Rozdział VI
Gdy się obudził nie był wcale wypoczęty. Czuł się tak, jakby w ogóle nie zmrużył oczu. Świadomość tego co, się stało nie dawała mu spokoju. Wiedział, że musi walczyć, ale nie wiedział jednak jak. Chodziły mu po głowie różne myśli, ale nie zdecydował się na żadną z nich. Myślał nawet, aby wedrzeć się do zamku i zabić kobietę, która jest jedyną istotą niosącą tak wielkie zagrożenie - nie licząc jego. Nie ufał jeszcze sobie na tyle, aby iść znowu do zamku. Wiedział, że może się powtórzyć sytuacja z dnia wczorajszego. Nie panował nad swoimi czynami. Potrzebował pomocy, ale nie wiedział skąd ma ją wziąć. Z wyglądu jest przecież Drangą i nikt nawet się do niego nie zbliży, a poza tym mógłby on po prostu zabić człowieka, który do niego podejdzie. Nie chciał tego, więc trzymał się z daleka od siedlisk ludzi. Przebywał w lesie.
Błąkał się po nim już od kilku dni i znał go bardzo dobrze. Rzadko spotykał inne mutanty, nie chciał mieć z nimi żadnych kontaktów. Czuł do nich odrazę. Był świadomy, że wygląda tak jak oni, ale nie czuł się z nimi w ogóle związany. Chciał ich wszystkich pozabijać. Brak jakiegokolwiek rozwiązania nie dawała mu spokoju. Wiedział, że jest winny temu, co się stało. Doszedł do wniosku, że ma tylko jedno wyjście, które mogło skończyć się dla niego śmiercią. Pomyślał sobie: "muszę zniszczyć Garhę. To jest mój jedyny cel. Ale jak go zrealizować. Muszę się tam dostać. Raz już umarłem i dzięki temu się tam znalazłem. To jest chyba moja jedyna możliwość."
Wiedział, że nie jest na tyle silny, aby sam się zabić, więc postanowił zrobić coś, co pomoże ludziom na ziemi. Bez chwili zastanowienia ruszył w kierunku obozowiska Drang. Wiedział, że zabije chociaż kilka zanim oni zrobią z nim to samo. "Tak, to najlepsze wyjście z sytuacji" - mówił sam do siebie Nazdrul. Gdy doszedł na miejsce, nie zastał niestety nikogo. Obóz był pusty, a po mutantach nie było ani śladu. Było to wielkie zaskoczenie dla niego. Nie wiedział co ma teraz zrobić, gdzie ich szukać, jak teraz umrze. To była wielka zagadka. Rozwścieczony zaczął biec przed siebie. Nie miał pojęcia dokąd zmierzał, ale biegł, biegł byle dalej. Poczuł nagle, że coś go goni, ale nie mógł dostrzec co to było. Zaczął się bać, przyspieszył. Po pewnym czasie siły go opuściły i poczuł, że musi odpocząć. Stanął w miejscu i obrócił się tylko za siebie. Zobaczył tylko mignięcie światła, a później stracił przytomność.
Obudził się w zupełnie innym miejscu, którego nie znał. Spojrzał na swoje ręce i zobaczył, że są normalne. Nie wiedział, co się dzieje. Coś mu nie pasowało. To wydawało mu się tak samo nierealne, jak to, że umarł i powrócił do świata żywych pod postacią Drangi. Czekał bardzo długo, aż ktoś nagle pojawił się w pomieszczeniu, w którym się znajdował. Z przerażeniem zobaczył, że postacią, która stanęła przed nim, był Simatron. Był zagubiony, zmieszany, nie mógł wydusić słowa z ust.
- Witaj z powrotem, Nazdrulu - oznajmił.
- Jak ja się tutaj znowu znalazłem? To przecież jest niemożliwe.
- Wszystko jest możliwe. Zapomniałeś już, że my mamy dużą moc. Możemy zrobić naprawdę wiele rzeczy.
- Ale dlaczego nie dacie mi już spokoju? Przecież ja nie mogę wam nic zrobić.
- Oj jeszcze byś się zdziwił co potrafisz, nasz plan nie uwzględnił tego, co może się stać z tobą po transformacji. To był wypadek, który teraz naprawimy. Nie martw się, nic nie poczujesz.
- Jakie zmiany, o czym ty mówisz?
- Nie musisz o wszystkim wiedzieć, ważne jest, że w porę odkryliśmy ten błąd. Teraz jest to już bez znaczenia.
W momencie, w którym skończył to mówić, Nazdrul wpadł w szał. Wydał z siebie tak przerażający pisk, że aż ściany się zatrzęsły, Simatron upadł na podłogę trzymając się za uszy, gdyż nie mógł znieść krzyku Nazdrula. On sam był zdziwiony tym co robi, ale nie przerywał. Wiedział, że to jego jedyna broń przeciw mieszkańcom Garhy. Wydobywając przez cały czas z siebie ten okropny pisk wyszedł z pomieszczenia, w którym znajdował się dotychczas i zaczął przemierzać następne korytarze. Nie wiedział dokąd zmierza, ale szedł przed siebie. Po krótkim czasie zobaczył przed sobą coś w rodzaju portalu. Zawahał się, ale wszedł do niego.
***
Rozdział VII
Wchodząc nie wiedział co zobaczy po wyjściu, ale mimo to wszedł. Bał się tego, co może zobaczyć po wyjściu, ale wiedział, że nie ma innego rozwiązania. Wychodząc z portalu zachował swoją normalną postać - znowu chodził po powierzchni na ludzkich nogach. Tak jak przypuszczał nie rozpoznawał okolicy, w której się znajdował. Był w lesie. Szedł przez jakiś czas, ale szybko zrobiło się ciemno i nie był pewny, czy powinien iść dalej. Nie miał jednak przy sobie nic, czym mógłby rozpalić ogień, nie widział odpowiedniego miejsca na nocleg, więc poszedł dalej. Czuł jednak, że ktoś lub coś go obserwuje. Słyszał też co jakiś czas trzask łamanej gałęzi.
Nagle usłyszał coś w rodzaju skowytu. Teraz miał już pewność, że nie jest sam. Szedł jeszcze jakiś czas ciemną, wąską, leśną dróżką, gdy przed sobą zobaczył dwa jasne punkciki. To były oczy wilka, ale nie takiego zwykłego. Ten był o wiele większy i sprawiał wrażenie, że bardzo dobrze wie co robić. Nazdrul zawahał się na chwilę, czy czasem nie powinien zawrócić, ale doszedł do wniosku, że jeżeli ma zginąć, to ucieczka w niczym mu nie pomoże, bo wilk na pewno go dogoni. Szedł więc dalej. Gdy znalazł się blisko, odwrócił się i zaczął powoli iść do przodu. Nazdrul szedł więc dalej, a wilk co jakiś czas spoglądał za siebie i patrzył, czy podąża nadal za nim. Wędrowali przez kilka godzin. Już prawie świtało, gdy w oddali zobaczył wzgórze, a na nim jakąś budowlę. Nie widział jej jeszcze dokładnie gdyż była daleko, a widoczność dodatkowo ograniczał gęsta mgła, która pojawiła się znikąd i spowiła całą przestrzeń.
Kiedy byli już parę metrów przed budowlą, na jej stromym dachu Nazdrul dostrzegł średniej wielkości krzyż zrobiony z drewna.Wilk wszedł do środka przez szeroko otwarte drzwi. Nazdrul zrobił to samo. Kiedy był już w środku, nie mógł nigdzie zobaczyć wilka. Wnętrze było zakurzone, widoczne były dzięki temu ślady zwierzęcia. Mimo iż w środku panował półmrok, ślady były doskonale widoczne. Podążał za nimi, nie rozglądając się dużo wokół siebie. W pewnym momencie stanął bardzo zdziwiony, gdyż ślad wilczych łap się urwał. Dalej były już tylko stopy człowieka. Zawahał się, ale poszedł dalej. Idąc dalej znalazł się w ciemnym kącie, a przed sobą miał nagą dziewczynę, która siedział skulona w kącie. Spała. Zdjął z siebie koszulę, okrył ją i przeniósł na ołtarz, gdyż tylko na nim mogła się spokojnie zmieścić.
Nazdrul usiadł obok i też zasnął. Kiedy się obudził, słońce było już wysoko na niebie, a dziewczyny nie było na ołtarzu. Znajdowała się tam tylko jego koszula, w którą opatulił nieznajomą. Wstał i wyszedł przed kościół. Nie widział żywej duszy; ani po wilku, ani po dziewczynie nie było śladu. Przeszedł naokoło, zbadał najbliższą okolicę, ale nie pomogło mu to w dowiedzeniu się, gdzie się znajduje. Kiedy wracał z powrotem, robiło się już ciemno. Wszedł do kościoła i od razu spostrzegł w oddali dziewczynę, ale tym razem miała już na sobie ubranie. Wcześniej nie przyjrzał się jej dokładnie, ale zrobił to teraz. Była to młoda, najwyżej dwudziesto-paroletnia kobieta o pięknych, długich czarnych włosach, ciemnych oczach i niewyobrażalnie ładnej figurze. Pomyślał sobie, że dawno nie widział już tak ładnej dziewczyny. Kiedy tak stał nie mogąc zrobić kroku, ona zbliżyła się do niego. Patrzyli się na siebie długo, po czym wzięła go za rękę i poszła razem z nim w drugą część kościoła, której Nazdrul jeszcze nie widział. Było ciemno, ale szli dalej. Weszli po schodach na pierwsze piętro, gdzie znajdowały się pokoje dla księży. W jednym z nich stało łóżko, na którym szybko znaleźli się cali nadzy. Noc spędzili na upajaniu się swoją obecnością i swoimi ciałami. Dziewczyna była bardzo spragniona miłości. Można było odczuć, że nie widziała już dawno żadnego człowieka.
Oboje byli sobą bardzo zafascynowani i spędzali ze sobą całe dnie, a później upojne noce. Nic nie jest jednak wieczne i po kilu dniach piękna nieznajoma zrobiła się bardzo smutna. Wiedziała, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Nie chciała tego, ale wiedział, że nie ma innego wyjścia. Nie miała po prostu już więcej czasu. Kiedy zrobiło się ciemno, powiedziała do niego:
- Od samego początku wiedziałam, że nie będziemy razem na zawsze, ale nic ci nie mówiłam, aby nie psuć tej cudownej atmosfery, która panował przez miniony tydzień. Nie znalazłam się tu przez przypadek. Prawie rok temu znalazłam się tu przywiedziona przez wilka. Wilkiem tym był poprzedni strażnik tego miejsca, który w tym oto kościele przyjmował ludzką postać. Podpisał on krwią cyrograf, dzięki czemu wybawił człowieka, który znajdował się tu przed nim. Przez ten podpis zobowiązał się chronić to miejsce przez rok, do póki ktoś inny nie uwolni go od tego zadania. Pod koniec roku zawsze ktoś się tutaj zjawia. Tym razem byłeś to ty. Mój rok mija dziś o północy. Chciałbym, abyś podpisał teraz ty umowę z demonem i uwolnił mnie od klątwy. Później się już nie spotkamy, bo po odejściu nie pamiętasz co działo się przez ostatni rok. Zrobisz to dla mnie?
- Trudna decyzja, mam zadanie do wypełnienia i nie wiem czy za rok nie będzie już za późno. Muszę jeszcze trochę pomyśleć.
- Ale pospiesz się, bo nie zostało mi już wiele czasu. O północy wszystko zacznie się od początku chyba, że ty...
- Dobrze zrobię to dla ciebie, mam nadzieję, że nie będzie jeszcze za późno.
TILL
erekaran@op.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|