Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Scooter Fox ::::

Vaeille
część trzecia



Nocne niebo rozświetlała widoczna na wiele kilometrów od miejsca pożaru łuna. Fortar zdążyło spłonąć jeszcze za dnia, teraz zaś płonęły okoliczne lasy. Ogień niknął jednak stopniowo, gaszony skutecznie deszczem padającym już od wieczora. Setki ludzi zginęły, niewielu zdołało się uratować. Ci siedzieli teraz zebrani na jednej z wielu leśnych polan, wpatrując się w płomienie. Jedni płakali nad stratą swych bliskich bądź dobytku, inni trwali w bezruchu, nie mogąc się jeszcze otrząsnąć z szoku. Kawałek dalej leżeli lekko ranni; tych z ciężkimi ranami dobijano z przymusu na miejscu, gdyż na pomoc w najbliższych godzinach nie było co liczyć. Śmierć zebrała tego dnia obfite żniwo, nie będąc wybredną podczas wybierania swych ofiar.
Wszyscy ci ludzie tkwili bezczynnie na polanie kilka dobrych godzin, nie mając dokąd iść. Pojawienie się dwóch nowych osób nie zrobiło na nikim większego wrażenia. Jeden tylko człowiek zwrócił uwagę na nowo przybyłych, którzy przechodząc wolno przez polanę oglądali uważnie każdego z siedzących bądź leżących tam ludzi. Gdy tylko zbliżyli się do niego, stanął im na drodze, lustrując ich wzrokiem na tyle, na ile pozwalało słabe światło bijące od prowizorycznych pochodni w postaci zwykłych, suchych gałęzi. Jeden z wędrowców nosił na sobie ciemnobrązowe szaty noszone zwykle przez mnichów, z naciągniętym na głowę kapturem, drugi zaś chodził w zlepku przeróżnych łachmanów, jako ochronę przed deszczem używając zielonej czapki. Mężczyzna w brązowej szacie na widok stojącego naprzeciw niego człowieka z pochodnią w ręku zdjął kaptur, po czym potrząsnął lekko głową. Długie, srebrne włosy opadły na jego ramiona i plecy. Trzymający zapaloną gałąź cofnął się odruchowo o krok. Jego stopa natrafiła na niewidoczną w ciemnościach nierówność terenu. Mężczyzna runął na ziemię, lecz podniósł się szybko, otrzepując spodnie, starając się jednocześnie nie spuszczać przybyszów z oczu. Starał się nie okazywać strachu, lecz wiedział, że nie wychodzi mu to najlepiej. Jego ręce drżały mimowolnie, a nogi uginały się nieznacznie. Człowiek w szacie mnicha skutecznie powstrzymał wybuch śmiechu; jego towarzysz również nie zareagował. Stali tak jeszcze kilka sekund, czekając na pierwsze słowa. Niektórzy z siedzących na polanie ludzi oglądali się w ich stronę, dostrzegając coś nowego w dotychczas monotonnym i przygnębiającym widoku. Szczególną uwagę przykuwały srebrne włosy jednego z wędrowców, cecha właściwa dla istot z legend czy, jak wielu wolało je nazywać, bajek, a nie dla ludzi. Nikt chyba, oprócz trzymającego pochodnię mężczyzny, nie wiedział kim byli ci dwaj.
Mężczyzna w łachmanach wyciągnął z kieszeni zwinięty papier, rozłożył go i podał stojącemu naprzeciw niego człowiekowi. Na zwoju znajdował się list gończy, znany dobrze oglądającemu go właśnie mężczyźnie. Mimo to udał, że przygląda mu się uważnie, skupiając się na portretach pamięciowych. Po chwili oddał papier właścicielowi, który zadał mu pytanie.
- Gdzie on jest? - Nie powiedział, o którego z poszukiwanych mu chodzi, wierząc, że pytany będzie wiedział, kogo miał na myśli.
- Nie wiem.
- Zła odpowiedź - mruknął mężczyzna w brązowej szacie, wyciągając otwartą dłoń w stronę swego rozmówcy. Z dłoni wystrzelił bladoniebieski strumień, uderzając człowieka trzymającego pochodnię prosto w klatkę piersiową i odrzucając go na parę metrów. Drugą ręką złapał błyskawicznym ruchem spadającą płonącą gałąź. Poczekał, aż leżący na ziemi otrząśnie się nieco i podszedł do niego, przyciskając go sandałem do ziemi, by nie wstał.
- Nie zgrywaj idioty, Alvar. Powiedz, gdzie on jest, a nikomu nic się nie stanie. - By uzyskać dodatkowy efekt, skierował dłoń w stronę paru ludzi siedzących nieopodal. Ci, widząc co się święci, uciekli, kryjąc się za najbliższymi drzewami.
- Nie zgrywam idioty, do cholery... Byłem bardziej zajęty ratowaniem samego siebie, niż zwracaniem uwagi na kogoś innego - odparł Alvar, krztusząc się po każdym zdaniu.
- Co do tego nie mam wątpliwości - powiedział mężczyzna w łachmanach z szyderczym uśmiechem na ustach. - Zostaw ich, Baltazar. Nie mamy na to czasu.
- Ktoś z nich może coś wiedzieć. Puszczasz ich wolno, Soaren?
- Daj spokój... Spójrz na nich, nawet jeśli coś ci powiedzą, na pewno będzie to pozbawione sensu.
- Dobrze, jak chcesz...
Obaj odeszli w stronę szalejących płomieni. Ludzie zebrani na polanie spoglądali raz na nich, raz na Hernana, który wciąż jeszcze nie mógł pozbierać się po ciosie. Stopniowo jednak skupiali swą uwagę na wędrowcach zbliżających się coraz bardziej do ściany ognia trawiącej kolejne drzewa. Nagle srebrnowłosy mężczyzna wyciągnął przed siebie dłoń, tak jak dwukrotnie przed chwilą. Płomienie przed nim i jego towarzyszem rozstąpiły się, tworząc bezpieczne przejście do całkowicie spalonego miasta.

* * *

Baltazar i Soaren przeszli przez bramę, a raczej jej nędzne pozostałości. Z samych wrót nie zostało nic, zaś kamienny mur zamieniony został w kupę gruzu. Poszczególne kamienie nie nosiły śladów ognia, lecz porozrzucane były bez ładu w promieniu kilku metrów, jakby zostały rozbite przez silne uderzenie.
Im bardziej zagłębiali się w ruiny, tym gorszy obraz ukazywał się ich oczom. Z budynków na obrzeżach miasta pozostały przynajmniej fundamenty, czasem nawet część konstrukcji, tworząc wypalony szkielet stojącego tu jeszcze rano domu; lecz budynki z centralnej cześci Fortar pozostawiły po sobie ślad jedynie w postaci popiołów. Nawet kamienice, których w mieście było parę, zniknęły z powierzchni ziemi.
Ziemia, po jakiej przyszło im iść, była całkowicie czarna, bądź to od wypalonej trawy, bądź od walających się szczątków, również ludzkich. Towarzyszył im potworny odór spalonych ciał, przemieszany z typowym smrodem spalenizny i duszącym dymem. Trupy ze straszliwymi poparzeniami i ranami, podobijane przez mających litość, a jednocześnie wciąż żyjących wieśniaków, leżące w lesie, niedaleko miasta, były niczym w porównaniu ze spopielonymi ciałami walającymi się po ulicach. Tożsamość spalonych ludzi miała pozostać nieodkrytą tajemnicą, gdyż rozpoznanie ich graniczyło z cudem - na wielu z nich nie było nawet kawałka normalnej skóry.
Pośród tego wywołującego odruchy wymiotne krajobrazu jeden element zdecydowanie się wyróżniał. Kościół, stojący w samym środku pogorzeliska nazywanego kiedyś miastem, z zewnątrz wyglądał na nietknięty. Nie dość, że konstrukcja była nienaruszona, to na żadnej ze ścian czy też dachu nie znajdował się nawet jeden ślad pożaru, zupełnie jakby ktoś wyniósł ów budynek poprzedniej nocy gdzieś z dala od tego miejsca, a następnie przyniósł go, już po tragedii. Baltazar i Soaren zignorowali jednak ów ewenement, zajmując się dokładnym przeszukiwaniem całej reszty Fortar. Niewiele czasu im to zajęło, biorąc pod uwagę fakt, że każda rzecz nie spalona całkowicie była widoczna z odległości co najmniej paru metrów. Skierowali więc swe kroki do kościoła.
To, co zobaczyli w środku, przeciętnego człowieka zemdliłoby zapewne w podobnym stopniu, co dokładne oględziny trupów leżących wśród zgliszczy na zewnątrz. Najbardziej rzucała się w oczy wszechobecna krew - gdziekolwiek się spojrzało, było ją widać. Nawet sklepieniu, odległemu o mniej więcej kilkanaście metrów, jakimś cudem nie oszczędzono czerwieni. Drugim charakterystycznym i równie nieprzyjemnym elementem były zmasakrowane ciała, leżące najczęściej pod ścianami i ołtarzem. Pocięte, rozszarpane, przebite, zmiażdżone - ktoś znał olbrzymią ilość sposobów na krwawe uśmiercanie. Niektórzy ludzie sprawiali wrażenie, jak gdyby umarli z samego tylko przerażenia, zaś dopiero po śmierci ktoś znęcał się nad ich ciałami.
Obaj mężczyźni beznamiętnie oglądali i przeszukiwali kolejne trupy, lecz nie zabierali tego, co znaleźli, wyraźnie skupiając się na jednej konkretnej rzeczy. Tej jednak nie miał żaden z nieboszczyków, toteż wędrowcy zbierali się już do wyjścia, gdy wśród panującej ciszy, przerywanej tylko odgłosami kolejnych kroków stawianych na posadzce, usłyszeli cichy jęk dochodzący z przodu kościoła. Kapłan, który rano odprawiał, jak się okazało, swą ostatnią mszę w życiu, pół leżał, pół siedział oparty o jedną z grubych, marmurowych płyt podtrzymujących ołtarz. Jeszcze przed chwilą nie dawał znaku życia, teraz jednak, widząc dwie zbliżające się postacie, za wszelką cenę próbował coś powiedzieć, lecz zamiast wydać z siebie jakiś dźwięk, zakrztusił się własną krwią, która spływała teraz niewielkim strumieniem po brodzie, spadając sporymi kroplami na jego białe szaty. Soaren przykucnął przy nim, by bliżej mu się przyjrzeć. Kapłan ponowił próbę, lecz efekt sprawił mu jeszcze większy ból. Nachylający się nad nim mężczyzna widząc to przyłożył dłoń do jego piersi. Trzymał ją tak przez parę sekund, następnie gwałtownie zacisnął. Rannym rzuciło w miejscu niczym chorym na padaczkę, po czym jego głowa opadła bezładnie na ramię.
- Czemu to zrobiłeś? - zapytał Baltazar.
- Wiele by nam nie powiedział, a tak przynajmniej on będzie miał z głowy swoje problemy - padła odpowiedź.
Obaj wyszli w milczeniu z kościoła, będąc raz jeszcze zmuszeni patrzeć na spalone ruiny miasta.
- Słuchaj, - rozpoczął Baltazar, zakładając kaptur na głowę - nie chcę kwestionować twojego zdania, ale czemu nie przycisnąłeś tych ludzi? Mogli wiedzieć coś, co mogłoby okazać się pomocne.
- Nie sądzę. Jego dawno już tu nie ma.
- Skąd wiesz? Może spalił się i leży teraz gdzieś tutaj?
- Spójrz mi w oczy i powtórz to pytanie - odpowiedział Soaren z wyczuwalną irytacją w głosie. Tak jak się spodziewał, jego towarzysz nie spełnił prośby. - Trzeba się stąd ruszać. Za kilka godzin może się zebrać tu spory tłum.
Obaj obdarzyli kościół jeszcze jednym spojrzeniem, tym razem już ostatnim, i skierowali się do południowej bramy, mijając kolejne żałosne pozostałości po niegdyś tętniącym życiem mieście. Dość słaby dotąd deszcz zmieniał się właśnie w ulewę.

* * *

- Obudź się wreszcie! Wiesz, mam już dosyć tego czekania!
Neil otworzył powoli oczy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była twarz pochylonej nad nim brunatnowłosej dziewczyny, która okazała się być nikim innym jak Lan. Usłyszał dzięcioła stukającego gdzieś w oddali z zawrotną prędkością w któreś z drzew. Drzewa... Właściwie to roślin znajdowało się tu całkiem sporo... Cethan dźwignął się opierając na łokciach i rozejrzał wokół. Był w lesie, co do tego nie miał wątpliwości. Nie uśmiechało mu się to z tego prostego względu, że ostatnio miał okazję znajdować się w kościele, i to do tego w środku miasta.
- Co ja tu robię? - zapytał, chcąc wyjaśnić sytuację.
- Leżysz - Lan odpowiedziała bez namysłu. Neil spojrzał na nią z dezaprobatą. Spojrzenie to odbiło się od świadomości dziewczyny bez śladu, ona zaś kontynuowała. - I to już sporo czasu, wiesz? Prawie dwa dni...
- Ile?!
- Czemu krzyczysz? Mówię przecież, że dwa dni.
Pięknie, pomyślał Neil, wspaniale. Pewnie to u mnie normalna rzecz, szydził sam z siebie. Spróbował przypomnieć sobie coś z tego okresu, niestety bezskutecznie. No, jeśli nie liczyć tego dziwnego snu. Śniła mu się ręka, a właściwie dłoń. On szedł tam, gdzie ona mu kazała. Pokazywała kierunek, a on posłusznie tam właśnie podążał. Wydawała też inne polecenia, zawsze pojedynczymi, prostymi gestami, choć nie pamiętał dokładnie, czego od niego żądała. Pamiętał jeszcze, że od dłoni biła błękitna aura, która powoli obejmowała również jego i całe otoczenie. Kiedy wszystko tonęło już w błękicie, sen nagle się skończył No, a chwilę później (choć równie dobrze mogło to być ładne kilka godzin) został zbudzony.
- Działo się coś ciekawego w ciągu tych dwóch dni? - spytał Neil nie bez ironii.
- Wiesz, właściwie to nic. Przyniosłam cię tu, a potem czekałam aż się obudzisz. Tyle że, wiesz, straciłam cierpliwość... - Lan kończąc posłała Cethanowi jeden ze swoich typowych, pełnych zakłopotania uśmiechów.
No tak, przyniosła mnie... Czy ja naprawdę muszę być noszony? - pomyślał Neil z goryczą.
- A po co mnie w ogóle gdziekolwiek przenosiłaś?
- To długa historia - odpowiedziała dziewczyna, w charakterystyczny dla takich odpowiedzi sposób przeciągając głoskę "u".
- Nie szkodzi, mamy przecież czas... prawda? - ostatnie słowo Neil dodał kierowany złym przeczuciem.
- Wiesz, właściwie to powinniśmy się już zbierać. Mam nadzieję, że dobrze się czujesz. - A gdzie mamy iść? - spytał mężczyzna z nieukrywanym niepokojem. Jeszcze jeden marsz taki jak ten ostatni bez wątpienia wykończyłby go całkowicie.
- Do Gairy - odpowiedziała, podając mu rękę. Neil chwycił ją, a dziewczyna szarpnęła nią ku sobie, chcąc pomóc mu wstać. Cethan mało co nie wyrżnął o najbliższe drzewo.
- To znaczy? - zapytał, łapiąc równowagę.
- Całkiem niedaleko, w tamtą stronę - odrzekła, pokazując południe. - Jakieś dwa dni drogi stąd. Chodźmy już, resztę opowiem ci po drodze.
I poszła we wcześniej wskazanym kierunku, nie czekając na Neila, który, chcąc nie chcąc, zmuszony był ją gonić. Na własne szczęście zdołał doprosić się o zwolnienie tempa marszu. Lan szła więc dziarskim, acz wolniejszym niż ostatnio krokiem, uśmiechając się do nieba, roślin, zwierząt i do całej reszty, która nawinęła się jej przed oczy. Za nią podążał Cethan z humorem znacznie odbiegającym od humoru jego towarzyszki. Na dobrą sprawę trzeci dzień był wiedziony od jednego punktu do drugiego bez żadnego celu. Co więcej, nie miał na to żadnego wpływu... Spojrzał w niebo. Jasne chmury płynęły powoli po błękitnym... Przystanął i zamknął oczy. Ten sen, z jakiegoś powodu przestał wydawać mu się snem. Przebłyski, nie całości, ale tylko fragmenty obrazów zamajaczyły w jego pamięci, choć tylko na ułamek sekundy, by ponownie utonąć w mroku. Przez ten moment dziesiątki uczuć przepłynęło przez niego. Zadrżał; żadne z nich nie było przyjemne - smutek, żal, nienawiść, ból, zazdrość... a zaraz potem wszystko zniknęło tak nagle, jak się pojawiło. Mijały kolejne chwile, a Neil stał w bezruchu, z zamkniętymi oczami wzniesionymi w górę. I jak nagle pojawiły się wizje, tak nagle został ściągnięty z powrotem na ziemię.
- Hej, wiesz, ty mnie wcale nie słuchasz! Chcesz wiedzieć, co się stało, czy nie?
- Cethan skinął głową potwierdzająco. Lan uśmiechnęła się, poczekała, aż ją dogoni i rozpoczęła swą opowieść raz jeszcze. - Byliśmy w kościele razem z Hernanem, pamiętasz? Chwilę po rozpoczęciu mszy podszedł do ciebie jakiś facet. Mówił, że nazywa się... Zoltan, czy jakoś tak, wiesz, a poza tym mówił jeszcze parę innych rzeczy. Nawet nie pamiętam dokładnie co, ale pamiętam, że był zdenerwowany. Wiesz, właściwie to on wrzeszczał i wszyscy zaczęli się na nas oglądać. Pewnie nie masz pojęcia, jaki to był wstyd. Potem odpowiedziałeś mu coś i on się wkurzył jeszcze bardziej. Wrzasnął, że wszyscy tego pożałują i wiesz co? Jego ręce zaczęły się palić, a on wyszedł na zewnątrz i rzucił ogniem ze swoich dłoni na najbliższy budynek. Zrobił tak jeszcze parę razy i wiesz, całe miasto zaczęło się palić... - W tym momencie dziewczyna przerwała. Spuściła głowę, a jej głos załamywał się przy następnych słowach. - Potem wrócił do kościoła. Wyjął miecz... Ludzie próbowali uciekać, ale wszystkie drzwi zatrzasnęły się i... nikt nie mógł ich otworzyć... a on zabił wszystkich, oprócz naszej trójki. Powiedział, że jeszcze się zobaczymy, i wyszedł. - Odetchnęła i kontynuowała, mówiąc już pewnym głosem. - Wtedy ty zemdlałeś. Wiesz, próbowaliśmy cię obudzić, ale nie dało rady. Musieliśmy uciekać przed pożarem i gdzieś po drodze zgubiłam Hernana. W taki sposób znalazłeś się tutaj... Wiesz, całe Fortar spłonęło...
- Jego ręce się paliły? Rzucał ogniem? Nie przesadzasz trochę?
- No wiesz...? Nie wierzysz mi?
Neil zaśmiał się i powiedział:
- Daj spokój... Jak nie chcesz mi powiedzieć, co się stało, to nie ma sprawy. Zwyczajnie nie mów, dobrze?
- Ale to prawda! - zaprzeczyła Lan w sposób, który wywołał kolejną salwę śmiechu u jej towarzysza.
- Jasne...
Dalej szli w milczeniu. Dziewczyna, naburmuszona niczym małe dziecko, prowadziła, za nią szedł Neil pogrążony w rozmyślaniach.
Nie chodziło o to, że jej nie wierzył. Sam nie wiedział, czemu tak zareagował. Po prostu jakoś tak wyszło. Cała opowieść wydawała mu się za to niebezpiecznie realna. Spłonęło całe miasto? W to był w stanie uwierzyć, jak również w rzucanie ogniem... Był w stanie? Nie, to raczej coś kazało mu wierzyć, coś szeptało mu gdzieś głęboko w mózgu... Gwałtownie zatrząsł głową, jakby chcąc otrząsnąć się z resztek snu.
Rzucanie ogniem? Właściwie można by przyjąć to za prawdę. W końcu kiedyś coś takiego już się zdarzało, o ile oczywiście można ufać w autentyczność liczących sobie jakiś tysiąc, a może nawet więcej lat legend. Problem polegał na tym, że owe opowieści wiarygodnością dorównywały Świętym Księgom, które w wielu kwestiach były tak dosłowne jak twarde bywa rozgrzane masło. Z drugiej strony nikt ludziom w ich treść nie zabraniał wierzyć, ba, sytuacja przedstawiała się raczej odwrotnie, choć nie stosowano jeszcze przymusu. Wracając do tematu, rzucanie ogniem zdecydowanie podpisywało się pod kategorię magii, umiejętności posiadanej przez Założycieli i pierwszych ludzi, nie licząc całej hordy stuprocentowo fikcyjnych złoczyńców i zwalczających ich bohaterów. Jeśli wierzyć legendom, z pokolenia na pokolenie umiejętność ta słabła, aż w końcu znikła. Tyle że w taki sposób równie dobrze można przypisać ludziom zdolność oddychania pod wodą. Założyciele żyli prawie dwa tysiące lat temu i...
Neil zatrzymał się ponownie.
Pamiętał całą historię, nie tylko legendy i mity, ale też udokumentowane dzieje całego świata! Wszystko, od deski do deski! ...no, prawie wszystko. Swojego dotychczasowego życia, tych dwudziestu lat, nie pamiętał nadal. Zawsze to był jednak jakiś postęp!
Pamięć wracała, co do tego Cethan nie miał wątpliwości, a jej całkowity powrót stanowił zapewne już tylko kwestię czasu...

* * *

Dokładnie tak jak przewidywała Lan, droga do Gairy zabrała im dwa dni. Pierwszy dzień spędzili na przedzieraniu się przez lasy wzdłuż wschodniego brzegu rzeki Rammafer. Skróty, jak to zwykle bywa, okazały się diabelnie niewygodne i trudne do pokonania. Noc spędzili w niewielkiej wiosce, w starej szopie mówiąc konkretniej, dzięki uprzejmości jednego z chłopów. Drugiego zaś dnia dotarli do Południowego Traktu, jedynej formalnej drogi biegnącej przez całą dolinę Harras. Trakt ów w niczym nie przypominał leśnych ścieżyn, którymi przyszło im iść wcześniej. Była to droga szeroka, równa i wygodna. Łączyła Gairę, najbardziej wysunięte na południe miasto w całym królestwie z Vaeille, jego stolicą.
Ruch był tu zwykle niewielki: raz na jakiś czas szedł koń ciągnący za sobą wóz z siedzącym na nim wieśniakiem, czasem zdarzał się pieszy.
Im bliżej było do Gairy, tym las otaczający trakt przerzedzał się, a widoczne za nim pasma górskie zdawały się zbliżać stopniowo, zaś sama droga prowadziła coraz bardziej pod górę. Dwa, może trzy kilometry przed miastem drzewa zniknęły całkowicie, pozostawiając po sobie jedynie niską trawę z licznie wplecionymi weń kamieniami. Daleko z przodu, na tle sięgających chmur szczytów górskich majaczyła biała, ostro zakończona wieża - znak rozpoznawczy zarówno Wielkiej Katedry, jak i całego miasta.
Gaira została założona piętnaście lat wcześniej. Pomimo to zdążyła stać się jednym z największych miast w królestwie. Niewątpliwie najbardziej przyczyniła się do tego obecność Wielkiej Katedry, zbudowanej na cześć zakończenia Wojen Granicznych. W krótkim czasie sanktuarium stało się miejscem pielgrzymek tysięcy wiernych z całego kraju. Sytuacja ta trwała nadal, mimo odbudowania zburzonej podczas wojny Królewskiej Katedry w Vaeille. Stamtąd też przeniósł swą siedzibę do Gairy Najwyższy Kapłan, za nim zaś podążyli najwierniejsi wyznawcy religii, a przynajmniej ci, którzy mogli sobie na to pozwolić. Jednak nie tylko oni zamieszkiwali miasto, będące siedzibą wielu kupców wietrzących swą życiową szansę w tych okolicach, jak również części robotników pracujących niegdyś przy budowie świątyni i wielu innych rzemieślników. Podobno mieściła się tu nawet gildia zabójców, którym otoczenie ascetycznych szczytów, wąskich, głębokich przełęczy i licznych jaskiń mogło wielce pomagać. Słowem, miasto rozkwitało.
Z bliska Gaira przypominała twierdzę, nie tylko ze względu na położenie, lecz także z powodu potężnych, aczkolwiek stosunkowo niskich murów otaczających miasto. To co znajdowało się za murami, również robiło wrażenie. Prawdopodobnie w żadnym innym miejscu, nie licząc Karnanu, nie stykało się ze sobą tyle różnorakich stylów i kultur. Znaleźć można było tu wszystko - istny raj dla przyjezdnych. Tylko dla nich. Pospolici mieszkańcy Gairy ledwo wiązali koniec z końcem. Specjalnie dla nich wybudowana została dzielnica w północno-zachodniej części miasta, umiejscowionej tak, by nie była widoczna z głównej ulicy prowadzącej od bramy do katedry. Ci, którzy włożyli kilka lat swego życia w pomoc przy budowie tego miejsca, byli teraz traktowani wraz z rodzinami niemal jak trędowaci.
Lan i Neil weszli do miasta. Jaskrawe kolory atakowały podróżnych ze wszystkich stron. Wszystko wyglądało tu jak przygotowane na specjalną okazję. Nic dziwnego. Następnego dnia miano świętować w całym kraju Dzień Odrodzenia, jedno z największych świąt w całym roku. Z tego właśnie powodu już od paru dni przygotowywano się na przybycie wielkiej ilości pielgrzymek. Całą uroczystość ubrano w płaszcz interesów i pieniędzy. Na święcie z założenia czysto religijnym starano się zarobić jak najwięcej. Dzięki takim właśnie "okazjom" rozwijało się miasto.
Neil nie mógł początkowo oderwać wzroku od wspaniałych dekoracji pełniących funkcję swego rodzaju reklam, usilnie zapraszających do wielu ponoć naprawdę godnych zobaczenia miejsc. Szybko jednak skończył je podziwiać, gdyż Lan, nie czekając na niego, szła w obranym przez siebie kierunku. Prowadziła go do północno-zachodniej dzielnicy.
Ta część miasta wyglądała zupełnie inaczej od tej pokazowej, ciągnącej się wzdłuż głównej ulicy. Również i tu przygotowywano się do jutrzejszego święta, ale już na pierwszy rzut oka widać było różnicę. Ubogie domy, częsty widok na wsi, lecz zupełnie nie pasujące do koncepcji bogatej siedziby Najwyższego Kapłana, zostały przystrojone jedynie w białe i błękitne pasy, symbole Dnia Odrodzenia, zrobione najprawdopodobniej ze starych prześcieradeł czy też obrusów. W niektórych oknach stały kwiaty rosnące w nędznych doniczkach. Poszczególne domostwa łączyły żałosne namiastki ulic - piaszczyste, wąskie drogi, które po byle deszczu zamieniały się w małe grzęzawiska. Całą dzielnicę oddzielał od reszty miasta mały strumyczek spływający gdzieś z gór, pełniący rolę kanału ściekowego. Tutaj każdy znał każdego, toteż obecność dwóch obcych osób przyciągnęła uwagę mieszkańców. Neil nie czuł się najlepiej pod ciężarem ich spojrzeń. Przypomniał sobie rozmowę, jaką prowadził z Lan tego dnia rano. Zachowywała się wtedy zupełnie poważnie, co jak na nią było wyjątkowo dziwne, i Cethan wręcz nie mógł nie skorzystać z okazji na normalną, rzeczową rozmowę.
- Idziemy główną drogą w tym regionie, tak? Jakoś nie czuję się z tego powodu bezpieczny.
- Ach, chodzi ci o listy gończe... Nie martw się, królewska jurysdykcja nie dociera tutaj. Gaira i okolice są jakby oddzielnym państwem. Tutaj rządzi nie król, a Najwyższy Kapłan.
- A sama jego obecność w mieście ileś tam kilometrów przed nami gwarantuje mi, że nie natkniemy się na kogoś, kto miałby ochotę na nagrodę za moją głowę... Jakoś nie mogę w to uwierzyć.
- Zatem spróbuj. Prawdopodobnie nikt w okolicy tych listów gończych nie miał okazji zobaczyć. Zresztą, królewskie listy gończe tu nie obowiązują. Mówiłam przecież, że królewska...
- No dobrze, a jeśli do... Gairy, tak? - upewnił się, a otrzymawszy potwierdzenie kontynuował. - A jeśli do Gairy przybędzie ktoś z dalszych terenów?
- Strażnicy przy bramie odbierają wszelką broń, a poza tym ten ktoś musiałby najpierw uporać się ze mną - uśmiechnęła się. Neil rzucił jej spojrzenie człowieka, do którego nie wszystko dotarło, a już na pewno nie stało się oczywiste.
- A żołnierze? Królewscy żołnierze? - uzupełnił, kiedy odpowiedziała mu cisza.
- Żartujesz? Królewskich żołnierzy nie widuje się tu od momentu, gdy Najwyższy Kapłan przeniósł swą siedzibę do Gairy.
- To wszystko jest... trochę zbyt proste. - westchnął. Zdziwił się trochę, że tak łatwo w to uwierzył, choć z drugiej strony nie miał nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.
- Czy jest jakiś powód, dla którego prowadzisz mnie do tego miasta? Oprócz mojego bezpieczeństwa?
- Właściwie to nie... choć mógłbyś zrobić mi przysługę i pójść ze mną jutro do pewnej osoby.
- A do kogo konkretnie?
- To niespodzianka - odpowiedziała Lan i zaśmiała się.
Niespodzianka czekała go nazajutrz, lecz póki co zmierzali właśnie ku wyglądającemu podobnie do wszystkich innych domostwu stojącemu niemal pod samym murem. Dach ze strzechy wyglądał tak, jakby za chwilę miał się zawalić, zaś nadgnite belki tworzące ściany sprawiały jeszcze gorsze wrażenie. Z okien zwisały białe i błękitne pasy, dokładnie tak, jak w każdym domu. Pod jedną ze ścian leżała zardzewiała już nieco miska z przedziurawionym dnem. Gdy podeszli bliżej, Neil zauważył, że płot ledwo co stoi i nie wytrzymałby prawdopodobnie nawet jednego silniejszego kopnięcia.
Lan zapukała do drzwi. Otworzyła jej jasnowłosa kobieta. Jej podkrążone, niebieskie oczy nabrały blasku, gdy ujrzała za drzwiami znajomą dziewczynę. Przywitała się z nią serdecznie i zaprosiła do środka. Poprowadziła Lan oraz Neila przez sień do kuchni. Posadziła ich na stołkach przy niewielkiej ławie, po czym poszła do drugiej izby. Zza drzwi słychać było jej głos - wołała męża.
- Jak na dziewczynę mieszkającą na odludziu, masz całkiem sporo znajomych w okolicy. - Neil nie powstrzymał się od zwrócenia na to uwagi.
- Wiesz, kiedyś dużo podróżowałam...
Cethan już chciał zauważyć, że "kiedyś" Lan była raczej za młoda na szwędanie się po kraju, lecz nie zdążył, gdyż do kuchni wróciła kobieta, która otworzyła im drzwi, wraz ze swym mężem. Był to wysoki, barczysty blondyn o niebieskich oczach. Podobieństwo między nimi uderzało na tyle, że można było ich wziąć za rodzeństwo. Również i on na widok Lan uśmiechnął się promiennie, choć nie wyrzekł ani słowa.
- Co sprowadza cię do nas, Lan? Czyżbyś chciała nas odwiedzić? - rozmowę zaczęła kobieta.
- Wiesz, jestem tu z wielu powodów. Skorzystałam z okazji i odwiedziłam was.
- A kim jest twój towarzysz?
- Nazywam się Neil - odparł niechętnie.
- Miło mi, ja jestem Annika, a to jest mój mąż, Sven. A czemu podróżujesz z Lan?
- Z wielu powodów - odpowiedział Neil po krótkim namyśle.
- No tak... - Annika zaśmiała się. - Mamy dużo czasu, może opowiecie nam o tym?
- Wiesz, jutro Dzień Odrodzenia, a podobno w tym roku uroczystość ma być wyjątkowa... - Lan zareagowała błyskawicznie. Poskutkowało. Blondwłosa kobieta zaczęła opowiadać o przygotowaniach do nadchodzącego święta. Wyrzucała z siebie cały potok słów, a wyglądała przy tym tak, jakby właśnie takie bezładne gadanie na nieistotny temat sprawiało jej przyjemność. Znalazła słuchacza w osobie swej znajomej, nie hamowała się więc. Neil obserwował, jak jej zmęczona życiem twarz zmienia się w jednej chwili w oblicze pełne energii. Zauważył, że Annika mogłaby z powodzeniem przyćmiewać urodą wszystkie panny na przyjęciach ludzi z wyższych sfer. Uroda ta jednak skryła się za zasłoną wiecznie zapracowanej, zajmującej się domem kobiety. Bieda zionęła z każdego zakamarka izby, spowijając swym dymem mieszkających tu ludzi, choć w tym momencie nie znajdywała odbicia na ich twarzach, odciągniętych niespodziewaną wizytą od codziennych, męczących obowiązków.
- A ty co o tym myślisz?
Minął moment, nim Neil zorientował się, że pytanie było skierowane do niego.
- A bo ja wiem...? - odpowiedział niepewnie, zupełnie nie wiedząc o co chodzi.
- Cóż, może rzeczywiście to ty lepiej się nadajesz, Lan. Sven zaprowadzi cię na miejsce.
Dzięki za pomoc - powiedziała Annika, po chwili dodając: - Tylko uważajcie, te belki są naprawdę ciężkie!
- Nie ma sprawy! - rzuciła Lan, wychodząc.
Neil został w kuchni razem z blondynką, która z grzeczności nadal mu towarzyszyła. Siedział w milczeniu, nie mogąc znaleźć tematu do rozmowy z właściwie nieznajomą kobietą.
Nie był zresztą konwersacją zainteresowany. Rozglądając się po kuchni odnosił dziwne wrażenie. Widok, może nie tyle ta izba, ale ściany, znajdujące się w stanie częściowego rozkładu, poszarpany i pożółkły obrus przykrywający ławę, czy też wreszcie stary, masywny piec, sprawiały, że Cethan czuł się tu... swobodnie. Jedynie takie określenie przychodziło mu do głowy, lecz nie oddawało w pełni tego uczucia. To było coś, co przeminęło, co już nie wróci. Coś jak...
Raz jeszcze przerwano mu rozmyślania. Annika, najwyraźniej znudzona panującą ciszą, rozpoczęła rozmowę.
- Dobrze was tu widzieć. Rzadko miewamy gości, a ja nie mam nawet z kim porozmawiać. Sąsiedzi zajęci są swoimi sprawami, kto zresztą ma teraz czas na pogawędki... Wszędzie przygotowania do święta, wszyscy myślą tylko o tym...
- A wy? Nie przygotowujecie się?
- A dla kogo my mamy się przygotowywać? - westchnęła. - Każdy stąd ma jakichś bliskich, przyjaciół, znajomych, a my mamy tylko siebie. Zostaje nam tylko Bóg, ale my jesteśmy już gotowi. Jutro pójdziemy pod katedrę, pomodlimy się, wrócimy i poświętujemy w ciszy ku Jego czci.
- Nie macie rodziny? Przyjaciół?
- Nikogo... Mówiłam, zostaje nam Bóg. Gdyby... gdyby nie On, nie miałabym już po co żyć. Dzięki Niemu mamy cel w życiu. Staramy się żyć wedle Jego praw, a może zostaniemy wynagrodzeni... - Jej głos załamywał się lekko, lecz kontynuowała. - Mój mąż... stracił swoich rodziców, gdy był jeszcze dzieckiem... On sam od urodzenia jest niemową... Los nas nie oszczędził, ale chodzimy wciąż do katedry, każdej niedzieli i każdego święta, modlimy się i czekamy... na znak od Niego...
Nie wytrzymała; zaczęła płakać. Neil poczuł, że sumienie kłuje olbrzymim kolcem jego duszę. On, który jeszcze niedawno gardził pobożnymi, chodzącymi do kościoła przy każdej okazji, siedział teraz na stołku i słuchał. Chciał pocieszyć Annikę, ale nie bardzo wiedział, jak zabrać się do tego nie urażając jednocześnie jej i jej wiary. Ona tymczasem szlochając, otwierała się przed nim coraz bardziej, przed nim - przed obcym człowiekiem.
- Nasi sąsiedzi... nie odzywają się do nas... śmieją się z mojego męża, wyzywają nas... mówią, że Bóg rzucił na Svena klątwę... odsuwają się, ilekroć przechodzimy obok nich... jesteśmy dla nich jak trędowaci...
Cethan widział teraz, co samotność, kpiny i szyderstwa mogą zrobić z człowiekiem. Kobieta siedząca przed nim płakała, a on podświadomie czuł, że i to uczucie jest mu znane. Doświadczył już kiedyś tego... Pamięć zaczęła wracać, powoli, małymi krokami. Zobaczył swój dom rodzinny, jakże podobny do tego... Zobaczył otaczające go olbrzymie, z perspektywy małego dziecka, drzewa, wybijające się niemal ponad chmury... Chciał ujrzeć więcej, ale obrazy zniknęły, zupełnie jak ostatnio. Otrząsnął się więc i spojrzał na Annikę. Przestała już ronić łzy, pociągała już tylko nosem raz po raz, a czując jego wzrok na sobie uśmiechnęła się lekko.
- Masz szczęście, że poznałeś Lan - powiedziała, ocierając ostatnie łzy spływające po policzkach. - Znam ją od urodzenia. To wspaniała osoba, a być jej przyjacielem to olbrzymi przywilej.
- Ktoś już powiedział mi coś podobnego... Jaka ona była kiedyś? Czy jako dziecko też zachowywała się tak dziwnie?
- Dziwnie, mówisz... - Annika roześmiała się. Po łzach nie było już ani śladu. - Ona nie zawsze jest taka. Czasem zachowuje się głupio, ale potrafi być poważna, wierz mi.
- Tak, chyba wiem, co masz na myśli... Ale jaka ona była jako dziecko? - zapytał ponownie.
- Nie mam pojęcia. - padła szybka i rozbrajająco szczera odpowiedź.
- Jak to? Mówiłaś, że znasz ją od urodzenia.
- Och, chyba źle mnie zrozumiałeś... Chciałam powiedzieć, że Lan zna mnie od moich narodzin.
Neil zdębiał. Mógł przysiąc, że Annika jest starsza od niej o jakieś osiem, a może nawet więcej lat. Już chciał zapytać jak to jest możliwe, gdy z sieni rozległ się odgłos otwieranych drzwi. Po chwili w kuchni pojawił się Sven, a zaraz później Lan. Jej włosy znowu przybrały srebrny kolor, lecz na nikim nie zdawało się to robić wrażenia. W ogóle jej zachowanie i sposób bycia był doskonale znany domownikom, jak Cethan zdążył się przekonać w ciągu kolejnych godzin, spędzonych głównie na słuchaniu najnowszych wieści z okolicy, plotek, dowcipów, bezsensownego gadania o niczym innymi słowy.
W ten sposób minął cały dzień. Neil, raz słuchając, raz drzemiąc na stołku, z głową skrytą w rękach opierających się o ławę, nie zorientował się, kiedy minęły godziny dzielące wczesne popołudnie od wieczoru. Wieczerzę, dość zresztą skromną, cała czwórka zjadła razem. Słońce nie zaszło jeszcze, gdy Cethan poczuł się senny. Początkowo ignorował to uczucie, lecz w miarę upływających minut coraz trudniej było mu utrzymać przytomność. Biorąc to za objawy zmęczenia niespełna dwudniowym marszem, poprosił o jakieś miejsce do spania. Ulokowano go na materacu - jedynej pozostałości po czymś, co prawdopodobnie kiedyś należało do kategorii łóżek; tam też po chwili zasnął, tak więc nie mógł widzieć, jak około pół godziny później Lan wyszła gdzieś zostawiając go samego z gospodarzami.

* * *

Za murami panowały nocne ciemności, jednak tutaj nie miały wstępu. Pomimo późnej pory wielu, a niemal wszyscy sprzedawcy, handlarze i inni przedsiębiorcy takiego szczebla, przygotowywało się do święta. Jedni kończyli dekoracje, drudzy wydawali komendy pierwszym, inni zwyczajnie przechadzali się w tą i z powrotem, podziwiając bądź śmiejąc się z poczynań tych poprzednich. Główna ulica tętniła życiem, lecz im dalej od niej, tym rzedły światła w oknach, tym noc była spokojniejsza.
Wśród budynków, wąskimi przejściami, starając się trzymać z dala od ludzkich oczu, jednocześnie obserwując innych, przemykał jakiś mężczyzna. Skutecznie omijał wszelkie źródła światła, uniemożliwiając identyfikację. Stawiał kroki pewnie, nie spiesząc się. Wpatrywał się w ludzi na głównej ulicy nie opuszczając nikogo. Szukał kogoś. Mimo pozornego spokoju raz na jakiś czas oglądał się nerwowo na wszystkie strony, a gdy tylko upewnił się, że nikt go nie śledzi, szedł dalej, podążał zaś w stronę Wielkiej Katedry. Ilekroć usłyszał choćby najmniejszy szmer za sobą, oglądał się ponownie, dlatego też zamierzoną drogę przebywał wolno. Nie przeszkadzało mu to jednak; miał prawie całą noc przed sobą.
Mijał kolejne poprzeczne ulice, rozgladając się uważnie przy przekraczaniu każdej z nich. Przy bodaj siódmej z kolei, nie liczył ich zresztą, instynktownie zatrzymał się i cofnął pod ścianę najbliższego budynku. Odszukał wzrokiem pomimo zalegających w tym miejscu ciemności zaułek, z którego wyszedł przed chwilą i szybkim ruchem ukrył się za stertą bliżej nieokreślonego materiału. Przeczucie, ratujące mu w przeszłości życie wielokrotnie, nie zawiodło i tym razem. Zza pobliskiego domu wyłoniły się sylwetki dwóch osób. Wytężył wzrok, lecz przez pierwsze sekundy nie potrafił dostrzec żadnych szczegółów. Za chwilę jednak obie postacie oświetlone zostały przez lampę stojącą za oknem pobliskiego budynku, ujawniając dwóch mężczyzn, sądząc po budowie ciała. Kryjący się w zaułku rozpoznał ich bez trudu - mnich i łachmyta. Na ich widok cofnął się mimowolnie o krok. Rozważenie sytuacji zajęło kilka sekund; następne dwadzieścia, trzydzieści spędził czekając, aż obaj znikną z pola widzenia. Gdy tylko tak się stało, wstał i, nie zważając już na otoczenie, pobiegł tam, skąd przyszli wędrowcy. Zaraz jednak skręcił w jakąś boczną uliczkę. Wiedział już, gdzie ma szukać.

* * *

Kilkaset metrów od rynku Gairy, a kolejne sto od Katedry znajdował się skwer. Mieszkańcy, ci uprzywilejowani naturalnie, spędzali tu, przy fontannie, pod koronami jedynych w mieście drzew, dębów nawiasem mówiąc, co upalniejsze dni. Miejsce to było zadbane, a kiedy kwitły kwiaty w klombach, co zresztą działo się przez większą część roku, wyglądało cudownie. Znajdowała się tu też mała polanka w postaci pagórka, skąd można było w bezchmurny dzień podziwiać bliskie, a mimo to tak odległe i nieosiągalne szczyty górskie. Teraz jednak zbliżała się północ i w parku nie było nikogo poza srebrnowłosą dziewczyną stojącą na polanie, wpatrzoną gdzieś w pełne gwiazd nocne niebo. Stała tak tam nieruchomo przez dobrą już godzinę, niczym w transie. Poruszyła się dopiero teraz, na dźwięk czyichś kroków, dochodzący gdzieś zza jej pleców. Odwróciła się szybko i ujrzała zbliżającego się do niej człowieka. Nie zareagowała, pozwalając biegnącemu dotrzeć na miejsce. Po kilku sekundach stanął przy niej dysząc ciężko brodaty, starszy już mężczyzna. Jego siwiejące włosy pod wpływem potu przywarły do czoła. Stał jakiś czas pochylony, starając się uspokoić oddech i rytm bicia serca. Podniósł w końcu głowę i spojrzał na niewyrażającą zupełnie niczego twarz dziewczyny.
- Idą tu... - wydusił z siebie. - Widziałem ich w mieście...
- Co tu robisz? - zapytała dziewczyna.
- Przybyli do Fortar w nocy, po pożarze... Nic im nie powiedziałem, a kiedy tylko odeszli, wyruszyłem by cię ostrzec, Lan...
- Hernan, uspokój się - rzekła spokojnie z kojącym uśmiechem na ustach. - Którzy?
- Soaren... drugiego nie znam. Chodził ubrany niczym mnich, z kapturem na głowie. Też jest Aniołem...
- A ty przyszedłeś, by mi to powiedzieć? - uśmiech znikł z jej twarzy, a głos, choć nadal cichy, stał się lodowaty. - Nie spodziewałam się tego po kimś z takim doświadczeniem jak twoje. Nie pomyślałeś, że mogą iść za tobą?
Alvar nie odzywał się przez moment, zdając sobie sprawę z celności tej uwagi.
- Pomyślałem, że nie mogę ryzykować... Przecież i tak udaliby się do Gairy... - zaczął.
- ...a dzięki tobie zrobili to wcześniej - dokończyła za niego. - Przez ciebie coś może pójść nie tak. Będą tu pewnie lada moment.
- Nie - zaprzeczył Alvar. - Nie zauważyli mnie i nie mogli wiedzieć, w które miejsce miasta idę.
- Idiota. Ty chciałeś zgubić Soarena? Ech, a sprawiasz wrażenie inteligentnego człowieka.
- Głos Lan nie podnósł się ani trochę, ale Hernan i tak mocno poczuł jej słowa. - Musimy się stąd zbierać, a ty nawet nie próbuj iść za mną. Gdy tylko cię znajdą, wskaż im jakiś inny kierunek, a potem...
- To nie będzie potrzebne - przerwał jej jakiś męski głos. Obejrzała się w stronę, z której dochodził. Stali tam dwaj mężczyźni, którzy szli dotąd śladem Alvara i dotarli właśnie do celu. Lan znała ich obydwu; tak jak się spodziewała, Soarenowi towarzyszył Baltazar.
Mijały kolejne sekundy, a owa trójka, gdyż Alvar wolał na wszelki wypadek wycofać się w jakieś bezpieczne miejsce, nadal mierzyła się wzrokiem. Lan starała się znaleźć wyjście z niebezpiecznej sytuacji, zaś Soaren i Baltazar czekali na jej ruch. Ani jednej, ani drugiej stronie nie spieszno było do walki, choć wiedzieli, że nie mogli jej uniknąć. Wszelkie próby rozmów czy pertraktacji były obecnie zupełnie bezużyteczne. Dziewczyna rozejrzała się szybko wokół siebie, a nie widząc w pobliżu nikogo oprócz Hernana, który wybrał najlepsze dla siebie rozwiązanie - ucieczkę, wykonała pierwszy ruch.
W jednej chwili zniknęła z pagórka, pojawiając się za Baltazarem. Błyskawicznym ruchem wyciągnęła otwartą dłoń przed siebie. Atakowany odskoczył, a kula energii uderzyła w rosnące nieopodal drzewo, które złamało się pod jej wpływem. Soaren uklęknął, kładąc obie dłonie na ziemi. Zamknął oczy. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą przeteleportowała się Lan, wyrósł nagle olbrzymi, ostry pal mogący przebić każdego człowieka bez najmniejszego problemu. Atak był jednak o wiele za wolny - dziewczyna była już obok mężczyzny w łachmanach. Zamiast używać magii, kopnęła go w podbródek. Soaren wylądował na ziemi metr dalej, lecz podniósł się natychmiast. Z rozciętej wargi zaczęła lecieć krew, nie przejmował się tym jednak i skontrował najszybciej jak mógł. Wyciągnął obie ręcę do przodu, kierując palce obu dłoni w kierunku Lan. Wystrzeliło z nich kilkadziesiąt niewielkich, lecz ostrych jak brzytwa igiełek energii, ale dziewczyna zdążyła przeteleportować się za przeciwnika. Raz jeszcze spróbowała kopnięcia, tym razem w brzuch, Soaren jednak zablokował cios i natychmiast wyprowadził drugi łokciem na wysokości, jak mu się wydawało, głowy dziewczyny, ale ta nie tylko zdążyła uchylić się przed kontrą, lecz uderzyła mężczyznę pięścią pod żebra. Soaren skulił się pod wpływem ciosu. Lan nie miała zamiaru czekać aż się pozbiera i kopnęła go prosto w twarz. Mężczyzna ponownie wylądował na ziemi. Dziewczyna już chciała go dobić, gdy przypomniała sobie o drugim przeciwniku. Zrozumiała swoją pomyłkę zbyt późno. Zdążyła tylko obrócić się w kierunku potężnego strumienia energii lecącego prosto na nią. Wykonanie takiego czaru zabierało nieco czasu, ale Lan swojemu przeciwnikowi ów czas dała. Strumień uderzył dziewczynę prosto w klatkę piersiową, rzucając ją na najbliższe drzewo. Lan osunęła się powoli po pniu i upadła na kolana, próbując złapać oddech. Obraz zaczął powoli rozmywać się, a ona czuła, jak zaczyna tracić przytomność. Ostatkiem sił wyciągnęła zza koszuli medalion, ścisnęła go mocno i runęła bez czucia na ziemię.
Baltazar podszedł do Soarena, który właśnie podnosił się z ziemi. Z nosa i wargi wąskimi strużkami spływała powoli krew. Mężczyzna wytarł ją czymś, co kiedyś stanowiło rękaw i podszedł do nieprzytomnej dziewczyny. Przyklęknął przy niej i obrócił ją na plecy. Przyłożył dłoń do jej piersi, lecz zawahał się. Spojrzał na jej prawą dłoń, w której wciąż ściskała pozłacany medalion. Chciał go obejrzeć, gdy ten nagle zabłysnął fioletowym, przechodzącym stopniowo w błękit światłem. Soaren zdziwiony cofnął rękę, gdy dłoń Lan drgnęła. Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na klęczącego przy niej mężczyznę, który uległ zaskoczeniu, podobnie jak jego kompan, i nie reagował. Ruszył się dopiero, gdy zobaczył przed sobą otwartą dłoń. Rzucił się najszybciej jak umiał plecami do ziemi. Kula energii musnęła go tylko. W momencie, gdy miała rozbić się o gałęzie jednego z dębów, zmieniła gwałtownie kierunek lotu i uderzyła w Baltazara, który, osłupiały, nie próbował nawet jej uniknąć. Mężczyzna przejechał po trawie parę metrów, nim się zatrzymał. Soaren tymczasem nie miał czasu by na to patrzeć, ponieważ Lan, z jarzącym się medalionem na szyi, wystrzeliwała właśnie kolejne ładunki w jego kierunku. Przeturlał się, unikając pocisków. Wylądował na plecach akurat w momencie, gdy wystrzelone właśnie kule energii zawróciły w jego kierunku. Poczekał więc do ostatniej chwili, tak by nie mogły ponownie zmienić kierunku, i przeteleportował się kilkanaście metrów dalej, obok fontanny. Gdy tylko pojawił się na miejscu, ujrzał przed sobą srebrnowłosą dziewczynę z demonicznym uśmiechem na twarzy, przed którą, jak mu się wydawało, uciekł. Potem była już tylko ciemność.

* * *



Neil szedł, choć akurat to określenie było niezupełnie adekwatne do tempa, w jakim się poruszał, wraz z Anniką i Svenem do Katedry. Miał na to raczej niewielką ochotę, gdyż przewidywał obecność wielkich tłumów ludzi zarówno w jak i przed świątynią. Niepotrzebne stawało się zresztą jasnowidzenie, gdy docierało się choćby w pobliże głównej ulicy miasta, na której panowało coś o wiele większym natężeniu znaczeniowym niż ścisk lub tłok. Niektórych wiernych właściwie tylko cudy ratowały przed stratowaniem. Nad tłumem powiewały zatknięte na specjalnie ustawionych na tą okazję masztach biało-błękitne flagi. Sprzedawcy zacierali ręce na myśl o dzisiejszych zyskach, ale na razie robili to za oknami zamkniętych budynków tudzież z załadowanych towarami wozów. Zwyczaj nakazywał wstrzymanie się z handlem do czasu zakończenia religijnej uroczystości.
Zbliżali się już do rynku, a ludzi wciąż zdawało się przybywać. Cethan nie miał pojęcia, że aż tyle osób rokrocznie przybywa na pielgrzymkę do Gairy. Zaczął poważnie zastanawiać się, jak też uda im się znaleźć w całym tym motłochu Lan, która wychodząc nocą poprosiła podobno, by zaczekać na nią przed Katedrą. Oceniając na oko liczbę zgromadzonych wiernych, Neil stwierdził, że przed Katedrą zaczekają tak czy siak. Jak się okazało, nie pomylił się.
Najdziwniejsze w całej ceremonii było dla niego to, że nic z niej nie pamiętał.
Ot, mała dziura w pamięci tuż obok drugiej, olbrzymiej. Czuł się tak, jakby podczas tych dwóch godzin myślał o czymś zupełnie innym, z tym że nie wiedział o czym. Nie miał jednak w tym momencie czasu się tym przejmować, gdyż musiał uważać na przepychających się w kierunku licznych sklepów i stoisk ludzi. Nie upłynęło wiele czasu, gdy zostali na rynku sami, nie licząc tych wiernych, którzy zostali na dłuższą modlitwę we własnym zakresie.
- Neil, wchodzimy do środka. Chcemy pomodlić się jeszcze trochę - oznajmiła Annika. - Idziesz z nami?
- Nie, poczekam tutaj na Lan - podziękował.
- No tak, właściwie to dziwne, że ominęła ceremonię... Nigdy wcześniej jej nie opuściła.
- Może jest w środku?
- Jeśli tak, to powiem jej, że czekasz tu na nią - powiedziała Annika i udała się razem z mężem do świątyni.
- Dzięki - rzucił im jeszcze Neil.
Opuszczony, stał gapiąc się bezmyślnie w różne punkty: raz na kolejkę przed jednym ze sklepów, raz na statuy naturalnej wielkości przedstawiające Założycieli, a raczej ich wizerunek, jaki powstał w wyobraźni rzeźbiarza, raz na katedralną wieżę, jak również na wiele innych rzeczy. Minuty mijały dłużąc się niemiłosiernie, a Neil wciąż czekał na placu. Po jakimś czasie zmienił miejsce - usiadł na kamiennej ławie usytuowanej pod ścianą jednego ze sklepów. Stąd miał doskonały widok na świątynię i niemal cały, opustoszały obecnie rynek. Od strony bramy wjazdowej, to jest od północy, słyszał stłumiony nieco z racji odległości harmider kupujących i sprzedających. Przed nim panowała za to cisza - na placu nie było obecnie żywej duszy. Tym bardziej więc zwrócił uwagę, gdy właśnie od strony głównej ulicy, skąd dochodził hałas, nadeszło troje ludzi - kobieta i dwóch mężczyzn.
Neil drgnął, widząc broń noszoną przez każdego z nowo przybyłych, lecz uspokoił się, kiedy tylko przypomniał sobie słowa Lan. Przyglądał się więc dalej uzbrojonym już bez niepokoju. Kobieta o długich, brązowych włosach kłóciła się z czarnowłosym, młodym jeszcze mężczyzną. Sprzeczka trwała dość długo, lecz Cethan nie zrozumiał prawie niczego z ich krzyków. Poszło o jakieś poszukiwania i brak czasu, a skończyło się na tym, że kobieta wraz z drugim, starszym towarzyszem udała się zirytowana do Katedry, podczas gdy młodszy został na rynku klnąc wszelkie stworzenie. Neil przyglądał mu się rozbawiony przez parę minut, gdy ten nagle odwrócił się w jego stronę. Widząc go siedzącego na ławie w cieniu rzucanym przez ścianę budynku, otworzył usta, chcąc jakby coś powiedzieć, lecz zrezygnował z tego, stojąc jedynie nieruchomo. Dopiero po kilkunastu sekundach otrząsnął się i podszedł do Cethana. Skoro tylko to zrobił, przechylił głowę, wpatrując się gdzieś w okolice karku Neila. Musiał coś tam zobaczyć, gdyż cofnął się i ponownie otworzył usta. Myślał chwilę nad odpowiednimi słowami, ale prawdopodobnie nie wpadł na żaden porządny pomysł, gdyż wypalił:
- Co ty, do cholery, tu robisz?
Neil spodziewał się podobnego pytania, obserwując zachowanie stojącego przed nim mężczyzny. Mimochodem złapał się ręką za kark i wyczuł tam bliznę o jakimś dziwnym kształcie, o istnieniu której nawet nie wiedział. Zastanawiając się nad jej pochodzeniem zapomniał odpowiedzieć.
- Co jest? Czemu nic nie mówisz?
Na to pytanie Neil odruchowo spojrzał na pas nieznajomego. Dopiero teraz dostrzegł, że to, co wcześniej wziął za broń, było tylko pustą pochwą, którą właściciel najwyraźniej wolał zostawić przy sobie. Kontrola przy bramie wejściowej była jednak skuteczna; każdemu odbierano wszystko, co mogło posłużyć za jakikolwiek oręż. Straż zabroniła nawet wnieść Lan kij, który znalazła gdzieś po drodze i, nie wiedzieć czemu, niosła ze sobą aż do miasta.
- Co jest grane? - zapytał ponownie stojący przy ławie mężczyzna z irytacją maskowaną zmartwieniem. - Głos ci odjęło? Nie słyszysz co mówię?
- Przykro mi, ale nie wiem kim jesteś - padła nareszcie odpowiedź.
- Że jak? - Widać było, że tego się nie spodziewał.
Neil raz jeszcze przyjrzał się przybyszowi. Było w jego twarzy, w spojrzeniu coś, co nie dawało pozytywnego wrażenia - być może ów człowiek nie grzeszył grzecznością, może cechował się ignorancją, a może po prostu nie uznawał żadnych autorytetów - nie dało się tego dokładnie określić. Mimo to Cethan zaryzykował grę otwartymi kartami.
- Miałem wypadek. Nic nie pamiętam.
- Cholera, Neil, nie żartuj sobie! Wiesz ile czasu was szukamy?
Neil zwrócił szczególną uwagę na liczbę mnogą w pytaniu. Przypomniał sobie ponownie list gończy i poczuł się nieswojo. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że człowiek stojący przed nim jest podobny do tego, którego poszukiwano razem z nim za morderstwo. Oczywiście podobieństwo to mogło być sprawą zbiegu okoliczności, lecz Cethan zdał sobie sprawę, że widzi przed sobą może nie poszukiwanego, gdyż twarz mężczyzny odbiegała za bardzo od wizerunku znajdującego się na przeklętych świstkach papieru poroznoszonych po całym królestwie, ale prawie na pewno jego brata.
- Nie mam pojęcia - odparł spokojnie.
- Tak?! - wykrzyknął nieznajomy, którego najwyraźniej ów spokój i beznamiętność wyprowadziły z równowagi. - Więc pewnie nie wiesz też, co się stało z Zoltanem?
- Nie wiem. Nie wiem też kim on jest. - Dopiero po tych słowach przypomniał sobie, że Lan wspominała coś o osobniku o takim właśnie imieniu.
Mężczyzna zaniemówił na moment, zastanawiając się, co też ma o tym sądzić.
- Kiedy miałeś ten wypadek? - zapytał dziwnie opanowanym głosem.
- Więcej jak dziesięć dni temu - odpowiedział Neil po krótkich obliczeniach.
- Co ty, do jasnej cholery, w kulki sobie lecisz? Rozpieprzyłeś cały kościół w Fortar nie dalej jak pięć dni temu! Tego może też nie pamiętasz?
- Ja? - niemal krzyknął szczerze zdziwiony Cethan.
- Jak nie ty, to kto?
- Zoltan - palnął nierozważnie Neil, powołując się w myślach na wersję wydarzeń przedstawioną mu przez Lan, i natychmiast pożałował, że to zrobił. Twarz stojącego przed nim mężczyzny spurpurowiała od gniewu.
- Łgarz! Mam gdzieś Ariel, Riosa, króla i tych wszystkich idiotów - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Zawsze cię nienawidziłem, a teraz nikt mi nie przeszkodzi...
Ostatnie słowa niemal wyszeptał. W jego dłoni pojawił się nie wiadomo skąd niewielki szpikulec, który mimo swoich rozmiarów z pewnością wystarczał, by zabić człowieka. Neil, widząc to, wcisnął się w ścianę, jak tylko mógł najmocniej, zupełnie jakby chciał przez nią przeniknąć niczym duch. W jego oczach pojawiło się przerażenie. Nie umknęło to uwadze przybysza.
- Może i jest z tobą coś nie tak, ale zbyt długo czekałem na pretekst, by teraz nie skorzystać z okazji - wysyczał wręcz, zbliżając się powoli i ostrożnie. Wtem zrobił szybki, instynktowny ruch ręką, chcąc jakby się osłonić. Nie na wiele się to zdało, gdyż ciosu nie uniknął. Zatoczył się mocno, nieomal upadając. Szpikulec wypadł z jego ręki. Neil spojrzał w lewo. Kilkanaście metrów od niego stała srebrnowłosa Lan z wyciągniętą do przodu otwartą dłonią. Widząc oszołomienie napastnika zaczęła iść w jego kierunku spokojnym, wolnym krokiem. Jej twarz wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle - nie było na niej nawet cienia radosnego optymizmu, którym zwykła emanować. Jego miejsce zajął złowrogi uśmiech; w przymrużonych oczach błyskały ogniki.
Mężczyzna doszedł już do siebie i szukał wzrokiem tego, który mu przeszkodził. Prychnął, gdy tylko zorientował się, że była to wątła, młoda dziewczyna.
- Oczywiście... Nawet bronić się sam nie umiesz. Pieprzony pasożyt! Wylazłbyś chociaż raz zza czyichś pleców!
Umilkł jednak gdy tylko zobaczył srebrne włosy Lan. Cofnął się o parę kroków, w miarę jak dziewczyna podchodziła do niego. Odruchowo sięgnął ręką do pochwy, lecz ta, niestety, była pusta. Zauważył za to swoją namiastkę sztyletu, którą upuścił przed chwilą. Szybkim ruchem schylił się i pochwycił ją, ale nie zdążył już wstać, bo strumień energii powalił go na ziemię. Mężczyzna legł na plecach. Dźwignął się po chwili na łokciach i wykrztusił:
- No, no... to ci dopiero ochrona...
- Znikaj stąd, natychmiast - rozkazała Lan zimnym głosem. Leżący uśmiechnął się lekko.
- Nie ma mowy - odrzekł wyzywająco. - On wraca z nami.
- Nie wydaje mi się - odparła, kierując otwartą dłoń w jego stronę. Mężczyzna zamknął oczy w oczekiwaniu na dobijające uderzenie. Te jednak nie nadeszło, gdyż uwagę dziewczyny przyciągnęły dwie postacie biegnące w ich kierunku. Jedną z nich była brązowowłosa kobieta, drugą starszy mężczyzna. On właśnie, podbiegłszy jako pierwszy, przyklęknął przy leżącym.
- Sandor, wszystko w porządku? - padło standardowe pytanie, które pozostawione było, również standardowo, bez odpowiedzi.
Brązowowłosa kobieta w ciemnym płaszczu stanęła naprzeciw Lan, mierząc ją wzrokiem. Również i u niej duże zdziwienie wywołały srebrne włosy młodej dziewczyny, lecz zdołała emocje ukryć wewnątrz siebie. Udało się jej to jednak tylko przez chwilę. Nie wytrzymała, gdy zobaczyła za dziewczyną siedzącego na kamiennej ławie pod budynkiem mężczyznę. Natychmiast go rozpoznała i uśmiechnęła się. Uśmiech znikł z jej twarzy, a jego miejsce zastąpiło tym razem już niehamowane zdziwienie, gdy w oczach Neila zobaczyła ten sam, wciąż nieustępujący strach, który dostrzegł przed chwilą Sandor. Nie takim go znała, w ogóle prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widziała go przestraszonego. Obojętnie jak głęboko sięgała pamięcią, zawsze jawił się jako hardy i nieustępliwy, a teraz... Chciała zadać mu wiele pytań, na drodze stała jednak jakaś obca dziewczyna, wyglądająca maksymalnie na dwadzieścia lat, o niepozornym wyglądzie, będąca mimo to w stanie powalić na ziemię Sandora, który nie należał do tych, którzy bronić się nie potrafili.
- Kim jesteś? - zapytała Ariel.
- Nie powinno cię to interesować. Podnieście swojego przyjaciela i idźcie stąd - Lan nie miała widocznie ochoty na konwersację.
- Trochę grzeczniej proszę - odwarknęła kobieta.
- Pójdziecie sami, czy mam wam pomóc? - dziewczyna nie pozostała dłużna.
- Poczekaj, Lan! Gdzie ci się tak spieszy? O co tu właściwie chodzi? - zapytał znienacka Neil, któremu przemiana w zachowaniu dziewczyny przez pierwsze chwile odebrała głos.
- Nie mamy na to czasu, Neil! Musisz pójść ze mną do Katedry! - odparła Lan nieco normalniejszym, aczkolwiek wciąż rozkazującym tonem.
- Do Katedry? Po co?
- Mówię przecież, nie mamy teraz czasu! Zejdź mi z drogi - zwróciła się do stojącej wciąż na jej drodze Ariel.
Kobieta nie wykonała polecenia, Lan wyciągnęła więc dłoń w jej kierunku. Sandor, nadal leżący na ziemi, krzyknął coś niezrozumiale. Rios, nie tracąc czasu na wstawanie, skoczył w kierunku Ariel i podciął ją od tyłu. Kobieta runęła plecami na ziemię, omijając w ten sposób kulę energii wycelowaną w jej głowę. Lan uśmiechnęła się z podziwem dla refleksu starszego już w sumie mężczyzny. Ten zaś wstał, zasłaniając swoją towarzyszkę. Srebrnowłosa dziewczyna, wciąż z uśmiechem na ustach, uniosła dłoń na wysokość głowy Riosa, który zacisnął zęby, ale z miejsca ruszać się nie miał zamiaru. Lan nie zaatakowała jednak, tylko uskoczyła w bok. Po ułamku sekundy w miejscu, gdzie stała, pojawił się olbrzymi, gliniany pal, niszcząc bruk wokół siebie. Rios obejrzał się za siebie. Na środku placu stał mężczyzna w mocno sfatygowanej, ciemnobrunatnej szacie mniszej. Lekki wiatr unosił nieznacznie jego długie, srebrne włosy. Nie tracąc czasu rzucił drugi czar.
- Rios! Zabieraj stąd Neila i tą dwójkę! Ja się zajmę dziewczyną! - krzyknął.
- Baltazar? Co... - Rios nie dokończył pytania, postanawiając nie ociągać się. Upewnił się tylko, że ani Ariel, ani Soarenowi nic nie jest i podbiegł do Neila. Lan, widząc że sprawy zaczynają obracać się nie po jej myśli, wyciągnęła obie dłonie w kierunku Riosa z zamariem zatrzymania go. Baltazar nie dawał jej jednak czasu, skutecznie skupiając jej całą uwagę na sobie. Neil, zupełnie zdezorientowany sytuacją, nie protestował, gdy mężczyzna zwany Riosem chwycił go za rękę i pociągnął za sobą. Skinął przy tym dłonią na dwójkę swych towarzyszy, którzy natychmiast pobiegli za nim. Już po chwili cała czwórka przeciskała się przez spory tłumek gapiów przyciągniętych na plac przez odgłosy walki. Lan spojrzała tylko na nich z bezsilną złością i natychmiast wróciła do walki.
Po chwili Sandor, Ariel i Rios ciągnący za sobą Neila wydostali się z tłumu i puścili się już pełnym biegiem główną ulicą w kierunku jedynej bramy prowadzącej na Południowy Trakt. Na rynku tymczasem wciąż trwała walka, która była o wiele bardziej wyrównana od nocnej. Baltazar nie dawał dziewczynie nawet chwili wytchnienia, atakując nieprzerwanie, dobrze wiedząc, że Lan w ofensywie jest śmiertelnie niebezpieczna. Rozumiał jednak, iż już niedługo będzie w stanie utrzymywać takie tempo ataków, i czekał tylko na okazję, by uciec. Z drugiej strony musiał dać Riosowi jak najwięcej czasu na ucieczkę, co stawiało go w szachu. Przy południowym wejściu na rynek zbierało się tymczasem coraz więcej ludzi, i tylko kwestią czasu było pojawienie się pierwszych strażników.
Lan miała już dosyć ciągłych uników, zdając sobie sprawę, że z każdą chwilą Neil oddala się i trudniej będzie go znaleźć. Musiała zaatakować najszybciej, jak było to tylko możliwe. Dobrze wiedziała, jak ma to zrobić, lecz póki co musiała uskakiwać przed kolejnymi bladoniebieskimi kulami, które lądowały to na ziemi, to na ścianie pobliskiego budynku, który, nawiasem mówiąc, był już obecnie bliski zawalenia. W końcu, nie mogąc już dłużej czekać, przeteleportowała się tuż za Baltazara, który naturalnie zdążył zareagować i wystrzelił kulę prosto w klatkę piersiową dziewczyny, lecz po tak długiej walce atak okazał się zbyt słabym, by powalić przeciwniczkę na ziemię. Lan utrzymała równowagę i błyskawicznym, zamaszystym ruchem nogi podcięła mężczyznę, który uderzył lewym bokiem w bruk. Nie zdążył się podnieść, gdyż dziewczyna natychmiast kopnęła go w brzuch. Skulił się z bólu, leżąc. Spojrzał na swą przeciwniczkę, która wyciągnęła obie ręce w jego kierunku. Nagle, gdzieś ze strony Katedry rozległo się wołanie jakiejś kobiety. Biegła w ich stronę, z rozwianymi blond włosami. Lan, rozpoznając po głosie Annikę, mimowolnie odwróciła się w jej stronę. Baltazar, dostrzegając swą szansę, rzucił się w kierunku dziewczyny, łapiąc ją za nogę. Potrzebował dwóch sekund czasu. Zaatakowana natychmiast zorientowała się w zamiarach przeciwnika i wystrzeliła potężny strumień energii prosto w jego plecy. Ku jej zaskoczeniu i przerażeniu zarazem Baltazar nie stracił przytomności. To był ostatni obraz z Gairy, jaki zobaczyła tego dnia. Rynek, budynki, ludzie, niebo i cała reszta zawirowały przed jej oczami i zostały pochłonięte przez ciemność. Lan zniknęła, rozpływając się w powietrzu. Baltazar zebrał jeszcze tyle sił, by ujrzeć rezultat czaru. Na jego twarzy wykwitł pełen satysfakcji uśmiech, po czym mężczyzna padł na bruk bez przytomności.


Scooter Fox

scooter_fox@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||