Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Neonate ::::

Na krawędzi
#2



"The bedroom was ice cold
But the fire was burning still"
(King Diamond - "The Family Ghost")

"(...)Czasem pozostawieni samym sobie, ale nigdy nie są tak do końca wolni. Pozbawieni wszystkiego, od dóbr materialnych po możliwość wyboru, świadomość i duszę, stają się nędzną parodią wolnego człowieka. Myślą, że robią coś z własnej, nieprzymuszonej woli. Jednak czy tak jest naprawdę? Nie. (...) To tylko doskonale zaprogramowane, za pomocą hipnozy, narkotyków i oddziaływania na podświadomość zachowania, pchające ludzkie istoty ku nieuchronnej zagładzie...
W jakim celu? Po co młodzi ludzie (niekiedy prawie dzieci) oddają swe życie w ręce szarlatanów i fałszywych proroków? W imię czego? Ideologii? Nowej Ery? Lepszego jutra? (...) To jedna z tych nielicznych dróg, z których się nie wraca. Nigdy. (...)"
Stan Watson - "Prowadź nas, panie..."


***

Spadała. Spadała niemal całą wieczność. Wokół niej wirowały miliony gwiazd, słyszała cichą melodię wygrywaną na skrzypcach. Znała ją, znała ją jeszcze z czasów szkolnych, kiedy to siadywała na parapecie okna w swoim dormitorium by posłuchać dźwięków dochodzących z sali muzycznej i malowała obrazki lub czytała jedną z przysłanych jej przez ojca xiążek. Muzyka otaczała ją, otulała niewidzialną chmurą przyjemnego ciepła - tak jak wtedy. Czuła znajome zapachy - pachniało opium i wanilią. Znów była bezpieczna.
Widziała swoje życie, wszystko miało kolory sepii... Czy to możliwe? Czy możliwe, aby tak wiele zapomniała? Wielu ludzi i miejsc nie mogła sobie przypomnieć. Czy to w ogóle były jej wspomnienia? Nie wiedziała, ale nie miało to teraz dla niej większego znaczenia. Nie liczyło się absolutnie nic. Była ona, tylko ona i nic ponad to. Była sama, ale nie odczuwała tego bardziej, niż kiedykolwiek przedtem. Unosiła się gdzieś ponad światem, płynęła w kierunku źródła ciepłego światła.
- Więc to już koniec...? - spytała samą siebie - Teraz...?
Echo poniosło jej słowa gdzieś daleko, w czarną przestrzeń. Zadźwięczały odbijane przez miliony nieistniejących kryształów. Dźwięk drżał jeszcze przez chwilę w gęstym, nasyconym słodkim dymem powietrzu, by po chwili zniknąć bezpowrotnie...

***

Josh Doyle biegał po całym domu z telefonem i pokaźnych rozmiarów notatnikiem w czarnej skórzanej oprawie. Stał w salonie, a już po chwili można go było zobaczyć w gabinecie, pochylonego nad stertą papierzysk i nerwowo przekładającego wszystko z miejsca na miejsce.
- Gdzie to jest... - mruczał do siebie pod nosem - Gdzie to jest...
Większość leżących do niedawna na biurku rzeczy lądowała na podłodze, bez względu na to, czym owe rzeczy właściwie były. Faxy, komputerowe wydruki, kilka długopisów i markerów, a nawet olbrzymi, wypełniony po brzegi segregator - wszystko to leżało na podłodze, między drzwiami, fotelem z rzeźbionymi nóżkami, a podręczną biblioteczką. Po chwili na samej górze stosu "wszystkiego" znalazła się, nieopatrznie odłączona, biała komputerowa myszka.
- No pięknie... Wspaniale... Jest!
Gdy podnosił niewielki zielonkawy skorowidz, na jego twarzy można było dostrzec wyraźną ulgę. Szybko odnalazł stronę z odpowiednim numerem telefonu, który czym prędzej wystukał na klawiaturce trzymanej słuchawki.
- Halo? - usłyszał po chwili. Głos musiał należeć do jakiejś młodej dziewczyny.
- Dobry wieczór - zaczął uprzejmie - czy zastałem pana Morley'a?
- .... Tato!...
Josh odsunął słuchawkę od ucha i skrzywił się nieprzyjemnie. Od wysokiego krzyku mało nie popękały mu bębenki. Do domu adwokata Morley'a dzwonił już kilkakrotnie, ale zupełnie nie mógł się przyzwyczaić do jego najstarszej córki - Sary, która najczęściej odbierała telefon. Wolał na dzień dobry usłyszeć kogokolwiek innego i nie martwić się, że pewnego pięknego dnia po prostu ogłuchnie. W takich chwilach myślał sobie, że pracuje w naprawę trudnych warunkach i rozważał możliwość poproszenia o podwyżkę. Znaczną podwyżkę. No i jeszcze świadczenia zdrowotne i zapewniona wysoka emerytura. Full service, jak to powiadają. A pani Diane Morley miała taki ciepły i przyjazny głos...

- William Morley, słucham? - Josh został brutalnie wyrwany z zamyślenia.
- Dzień dobry, mówi Jonathan Doyle. Przepraszam, że niepokoję pana o tak późnej porze...
- Ależ nic się nie stało, Josh - William Morley sprawiał wrażenie mile zaskoczonego telefonem w środku nocy. - O co chodzi? Przypuszczam, że Damien ma do mnie jakąś nie cierpiącą zwłoki sprawę, co? Dam głowę, że to ma związek z najnowszym numerem Timesa i Stanem Watsonem...
Josh odetchnął z ulgą, że nie musiał opowiadać tej całej historii i specjalnie za wiele wyjaśniać. Głęboko cenił sobie przenikliwość i doinformowanie adwokata Morleya. Czasem warto coś przeczytać, czy nawet obejrzeć wieczorem CNN...
- Poniekąd tak - odparł po chwili - Ale nie wiem, o co panu Damienowi dokładnie chodzi. Raczej nie będzie chciał pozwać do sądu trupa...
Po drugiej stronie na dłuższą chwilę zapadło krępujące milczenie.
- Nie rozumiem - William Morley był równie zdziwiony co Damien, gdy usłyszał tą wiadomość - Stan Watson nie żyje?
- Tak. Ale nie wydaje mi się, by to była rozmowa na telefon. Jutro wieczorem jest zebranie rady.
- Mogłem się tego spodziewać... Damien lubi szybko wyjaśniać wszelkie niedomówienia... Oczywiście pojawię się jutro, dziękuję ci Josh. Przekaż panu Damienowi moje potwierdzenie przybycia.
Połączenie zostało przerwane, Josh nie zdążył nawet wygłosić zdawkowego "Dobranoc". Wzruszył ramionami i odłożył słuchawkę na biurko. Pomyślał, że chciałby kiedyś zrozumieć motywy działania swego pracodawcy i jego najbliższych współpracowników, ale po chwili zdał sobie sprawę, że prędzej - jak to mawiała Abigail - piekło zamarznie. Damien nie należał do ludzi, którzy podają jakiekolwiek powody, nawet zapytani, a od próby zgadywania i rozwiązywania tej zagadki na własną rękę można dostać jedynie zawrotów głowy i niestrawności. W gruncie rzeczy miał do tego prawo - był tutaj szefem, a Josh i tak wiedział dość dużo, jak na swoje skromne stanowisko. Podszedł do drzwi. Jeszcze raz ogarnął wzrokiem gabinet i wyszedł na pusty korytarz udając się w stronę kaplicy.

***

- Nie rozumiem, co się stało - Thomas Carpenter, opiekun kaplicy, był wyraźnie zdenerwowany - Jeszcze wczoraj wieczorem wszystko było w całkowitym porządku, sam zamykałem drzwi i główną bramę wjazdową na posesję... Damien spojrzał na powybijane witraże. Promienie xiężyca kładły się długim cieniem na marmurowej posadzce, wszędzie pełno było drobniutkich odłamków kolorowego szkła. Kaplica nie była duża i nie miała dużych okien, ale widok i tak nie wprawiał w najlepszy nastrój. Po dokładniejszych oględzinach okazało się, że zniszczona została także część mahoniowych ławek i w niewielkim stopniu ołtarz.
- Panie Damien, gdzieś to już widziałem - Thomas próbował zachować stoicki spokój i całkowitą zdolność racjonalnego myślenia - Dwa lata temu, kaplica Sióstr Miłosierdzia w Maine.
- Pamiętam - odparł starając się jednocześnie oszacować skalę zniszczeń - Chyba na jutrzejszym zebraniu będzie trzeba rozwiązać jeszcze jeden problem.... O, Josh, co z Williamem Morleyem?
Stojący od kilku chwil w drzwiach kaplicy sekretarz skłonił głowę w geście szacunku.
- Pojawi się.
- Doskonale. Posprzątajcie tu trochę - dodał po chwili Damien - święte miejsce wymaga odpowiedniej opieki.
Wyszedł całkowicie spokojnie, tak jak się pojawił. Mijając stojące w świątyni osoby dostrzegał kątem oka, jak mu się kłaniają, ale nigdy nie odwzajemniał tego gestu. Nie musiał.

- Co z nią? - Thomas zwrócił się do Josha, gdy tylko ten podszedł bliżej, a drzwi od kaplicy zostały za Damienem dokładnie zamknięte.
- Abigail?
Thomas skinął głową.
- Nie jestem pewien. Był dziś u niej doktor Swanson.
Thomas głośno wciągnął powietrze i odwrócił się w stronę ołtarza. Przez moment intensywnie nad czymś rozmyślał.
- Więc nadal jest nieprzytomna...
- Nie rozumiem - sekretarz zrobił minę zdziwionej lamy.
- To długa historia...
Josh patrzył na opiekuna kaplicy, który nadal stał zwrócony twarzą w stronę ołtarza i błądził myślami gdzieś bardzo daleko. Thomas nie miał jeszcze trzydziestki, ale wiecznie poważny i jakby lekko zatroskany wyraz twarzy dodawał mu nieco lat. Na oczy opadały ciemnokasztanowe włosy.
- Ona nigdy nie pozwoliłaby, aby zajmował się nią Timothy Swanson... - odezwał się po chwili ważąc każde słowo, jakby od tego zależało jego życie. - Jest zbyt dumna, nie pozwoliłaby, aby przyjaciel jej ojca oglądał ją w takim stanie.
- Przyjaciel jej ojca?
- Tak, choć doktor najprawdopodobniej nie wie, że to ona. Abigail mówiła, że pamięta go jeszcze z lat dziecinnych, przed szkołą...
- Dużo o niej wiesz... - westchnął Josh.
- Taka praca. - odparł Thomas i nie czekając na dalsze pytania oddalił się w stronę stojącej pod jedną z bogato zdobionych ścian grupki osób - Bierzcie się do roboty. Pan Damien kazał doprowadzić to miejsce do należytego porządku!

***

Czyżby umarła? Chyba nie, choć jeszcze kilka chwil temu była tego niemal całkowicie pewna. Nie wiedziała, co to dokładnie znaczy umrzeć. Nigdy nie znała nikogo, kto powróciwszy z "tamtej strony" mógłby dokładnie opisać ten osławiony stan i opisać kolejność wydarzeń - przecież nie można wrócić. Rozważała też możliwość śmierci klinicznej, ale szybko odrzuciła takie rozwiązanie. Nie przypominała sobie wydarzenia, które mogłoby wprowadzić ją w taki stan. Najprawdopodobniej spała, a otaczająca ją sceneria była jedynie wytworem zatrutego narkotykami umysłu. Abigail leżała na zimnej podłodze. Rozrzucone kruczoczarne włosy tworzyły naokoło jej głowy upiorną aureolę. Początkowo nie widziała nic, ale po chwili oczy przyzwyczaiły się do panującego w pomieszczeniu półmroku. Gdzieś w górze zamajaczyły fragmenty gotyckich sklepień majestatycznej katedry.
- Nie... - szepnęła.
Nie miała wystarczająco wiele siły, by wstać, tylko nieznacznie przekręciła głowę w stronę wysokich witraży. Smugi zimnego xiężycowego światła wlewały się przez nieliczne wybite okienka. W chłodnym powietrzu wirowały drobinki świetlistego kurzu.
- To sen, chcę... Muszę się obudzić... - powtarzała sobie jak mantrę - To tylko sen...
Rzeźby były jak żywe. Zdawały się poruszać i szeptać między sobą w jakimś nieznanym języku. Abigail czuła się osaczona, miała wrażenie, że cały czas ją obserwują. Monumentalne figury świętych, zamiast odgrywać sceny ze stacji drogi krzyżowej, patrzyły na nią swymi martwymi, marmurowymi oczyma. Wyciągały chude dłonie z niewyobrażalnie długimi palcami, wykrzywiały usta w okrutnym uśmiechu.
- Wstań... - usłyszała.
Nie wiedziała, skąd dochodzą słowa. Odbijały się echem we wszystkich nawach.
- Abigail...
Znała ten głos. Był spokojny i ciepły. Z wielkim trudem podniosła się na kolana.
- Tato...? To ty...?
Nie usłyszała odpowiedzi.
- Tato, czy ja umarłam?
- Nie wiem. Możliwe. - niespodziewanie właściciel głosu zmaterializował się tuż przed nią - Całkiem możliwe.
- Ty nie żyjesz.... - mówienie sprawiało jej ogromny ból - Co to za miejsce...? Pamiętam... Byłam tu... On tu był...
- Kochanie... - na twarzy mężczyzny wykwitł ten sam uśmiech, który nosiły kamienne anioły - To może być tylko piekło, ale chyba o to ci chodziło...
- Nie! - krzyknęła.
Chciała uciekać, ale sparaliżował ją ból. Zauważyła, że nadal ma na nadgarstku przesiąknięty krwią opatrunek. A może wcale jej tam nie ma?

***

"(...) Nienawidziłam jej. Nienawidziłam jej za samobójczą śmierć ojca i za to, że tak łatwo się mnie pozbyła. Za te wszystkie lata spędzone w szkole przyklasztornej, za zostawanie na święta w internacie. Nienawidziłam jej boga, któremu była wierniejsza niż rodzinie, którego kochała o wiele bardziej, niż własnego męża. Niż własne dziecko. (...) (...) Płoń... Ogień powinien wynieść cię do twojego upragnionego raju, w okolicę chmurki, gdzie jakiś durny cherubinek całą wieczność brzdąka na swej pozłacanej harfie. (...) Razem z twoją świętą xięgą (to już druga w tym roku, powinni nie robić ich z materiałów łatwopalnych) i durną ideologią. Głoś swoje herezje, ale na tamtym świecie. Na świecie, z którego mnie nie dostaniesz, gdzie nie sprowadzisz mnie na siłę do domu, który tak naprawdę nigdy moim domem nie był. (...)"
Damien zamknął trzymany w rękach dziennik. Przez chwilę przyglądał się ilustracji na twardej, lakierowanej oprawie i złoconemu napisowi z imieniem właścicielki.
- Abigail... - powiedział do siebie.
Wiedział, że nie powinien tego czytać, ale niewiele sobie z tego robił. Chciał się czegoś o niej dowiedzieć, sprawdzić ile jest prawdy w powtarzanych wieczorami plotkach i to był jedyny sposób. Abigail mówiła o sobie tylko tyle, ile chciała by inni wiedzieli - prawie nic. Przez głowę przeleciała mu myśl, jak bardzo poniżające i żałosne jest czytanie cudzych pamiętników. Znów go otworzył na zupełnie przypadkowej stronie.
"(...) i tak to zrobię. Skończę ze sobą, pragnę tego. A moje pragnienia są przecież najważniejsze, prawda? Tak mówili: Dla mnie samej najważniejsze powinno być przede wszystkim to, czego sama pragnę. Nauczyłam się od nich wielu rzeczy, myślałam, że będę szczęśliwsza. Myślałam, nawet nie wiem, czy się pomyliłam. Nic już nie wiem, jestem inna, martwa, samotna i rozbita wewnętrznie... Pragnę się zabić, mam dość takiego życia. Jeszcze tylko jeden rytuał... (...)"
Damien spojrzał na datę. Od napisania notatki minął zaledwie tydzień. Dokładnie 5 dni przed ostatnią mszą z jej udziałem. Znaczącym udziałem. 5 dni przed tym, jak po mszy znikła na całą noc. 5 dni przed tym, jak znaleziono ją nieprzytomną w jakimś mieszkaniu dwie przecznice dalej.
"(...)Skończę ze sobą, pragnę tego. (...)"
Rzucił notatnik na biurko i szybko wybiegł ze swojego gabinetu głośno trzaskając mahoniowymi drzwiami.


Neonate

toreador@tenbit.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||