|
Har'oloth
Rozdział I
- Wstawaj czarnuchu! - głos towarzysza stawał się coraz bardziej uciążliwy. Choć cel jego nawoływań nie spał już od dłuższego czasu to jakoś nie był kwapił się do opuszczenia niezbyt zresztą wygodnego, ale za to ciepłego posłania.
- Głupi krasnoludzie! Mówiłem ci że jak jeszcze raz nazwiesz mnie czarnuchem to obudzisz się rano bez brody! - elf przeciągnął się w swoim cieplutkim kącie.
- Wstawaj! Już prawie jesteśmy na miejscu. Cholera, ale sypie! - Krasnolud otulił się cały ciepłym kocem, kwitując śmiesznym grymasem każdy płatek śniegu który spadł na jego twarz.
- Ależ ty jesteś delikatny - elf nie omieszkał zemścić się za niedawny żart kolegi - i przestań narzekać bo ludzie gotowi pomyśleć że wszystkie krasnoludy to takie mięczaki.
- Gdybyś nie był takim cherlakiem to pokazałbym ci co potrafi miękki krasnolud!
- To miło, bo już myślałem że nie walczyłeś ze mną tylko dlatego, że boisz się porażki z rąk drowa - Elf zdążył się już podnieść i poprawić uwierającą go w czasie snu skórzaną zbroję - Litości... Po co w ogóle mamy spotkać się z tym Thraedem? Myślałem że taki mały szwindel jest poniżej twojej godności.
- Bo jest... Ale nie bardzo cieszy mnie śmierć głodowa, a przy naszych obecnych środkach nie stać nas nawet na podstawowe potrzeby.
- No fakt. Krasnoludzki Porter ostatnio bardzo podrożał - Mroczny elf przerwał towarzyszowi żartem. Nigdy szczególnie nie przejmował się jego narzekaniami, ale ich sytuacja rzeczywiście nie wyglądała różowo. - Zresztą wiesz Tort... Zawsze podziwiałem twój optymizm.
- Mam na imię Thord, czarnuchu, a nie Tort. Jak ponownie przekręcisz moje imię to moja mała Sue zajmie się twoim czarnym językiem.
- Wiesz że powinieneś się leczyć? Już sam fakt że tak pieścisz ten swój tępy topór jest wystarczająco dziwny, ale żeby nadawać mu imię, i to w dodatku babskie, jest... - ten wygłaszany ojcowskim tonem monolog drowa został przerwany przez nagły wstrząs powozu. - Zatrzymujemy się? Przecież to jeszcze nie tutaj! - Drow i krasnolud spojrzeli na siebie zaskoczeni gdy nagle usłyszeli głuchy jęk i dźwięk jakby coś ciężkiego upadło na drewnianą podłogę powozu.
- Woźnica! Cholera, pewnie znowu bandyci! Nie cierpię walczyć... Gdy mi za to nie płacą, ale widać nie mam wyboru. Chodź Sue! Idziemy się rozgrzać. - Krasnolud zarzucił na ramię swój wielki topór i ciężko zeskoczył z wozu, co wywołało dzwonienie jego kolczugi. W tym czasie Sarg'lin przetarł ostrze swojego długiego miecza kawałkiem materiału, który niedawno służył mu za koc i wyjrzał przez szparę w przykryciu powozu. W tej właśnie chwili Thord podchodził do jednoosobowej armii rzezimieszków, czyli do sprawcy ich postoju. Kątem oka spojrzał na woźnicę. Leżał martwy z strzałą w szyi. Krasnolud zmierzył bandytę wzrokiem i nie zauważył u niego łuku. Nerwowo spojrzał w kierunku otaczających ich drzew.
- Nieźle... Mam nadzieję że potrafisz powozić, bo jeśli spóźnię się na umówione spotkanie, to będę bardzo niemiły. - Krasnolud wysilił się na blef, bo zauważył drugiego z napastników ukrytego na pobliskim drzewie. Jeśli wzrok go nie mylił, było ich jedynie dwóch, licząc tego stojącego przed nim.
- Proszę, proszę... A ja myślałem że to powóz kupiecki. Ech... Chyba będą nam musiały wystarczyć rzeczy, jakie masz przy sobie, ty i inni pasażerowie tej fury.
- Ja i "inni pasażerowie" nie cieszymy się zbytnio z przerwania podróży. Mam dziś dzień dobroci, więc obiecuję darować ci życie, jeśli natychmiast odłożysz broń. Ale spiesz się, bo nie mam czasu.
- Nie masz czasu? A w takim wypadku mam na to lekarstwo! - Uniósł dłoń i prawie natychmiast strzała świsnęła nad głową krasnoluda śmiertelnie raniąc konia ciągnącego powóz. - Teraz chyba znajdziesz chwileczkę by ze mną porozmawiać?
- Myślisz że tylko ty jesteś dobry w takich sztuczkach? No to spójrz na to! - Krasnolud zamaszystym gestem podniósł dłoń do góry i... nic.
- Rzeczywiście imponujące. Teraz jednak muszę cię prosić o złożenie całego twojego ekwipunku u mych stóp.
- Cholera, Sarg'lin, nie rób sobie jaj! Jak ja teraz wyglądam?! Wyszedłem na głupka, a wychodzenie na głupka nie jest tym, co krasnoludy lubią najbardziej! - krzyknął mocno poirytowany Thord. Nagle powietrze przeszył cieńki świst i krzyk bardziej ze zdziwienia niż bólu. Wyborowy łucznik spadł z drzewa przeszyty strzałą.
- Nie powiedziałeś "proszę", krasnoludzie. - W tej chwili z tyłu wozu zeskoczył Sarg'lin z łukiem na plecach. I o co tyle krzyku? Zwykły amator i tyle. Do czego to dochodzi, żeby ludzie napadali niewinnych podróżników. No dobra, kończmy z nim i chodźmy dalej. - Drow spojrzał na bladego ze strachu bandytę. Jego roztrzęsione ręce nie potrafiły utrzymać krótkiego miecza. - I czego tak się trzęsiesz? Trzeba było zrobić rekonesans. Musisz być samobójcą jeśli napadłeś na powóz, którym podróżuje szalony krasnolud. Naprawdę nie chciałbym być teraz na twoim miejscu. - Thord jakby tylko czekał na te słowa. Zawarczał na bandytę i nerwowymi ruchami zaczął głaskać ostrze topora. To ich klasyczny numer, jednak działał niezawodnie.
- Błagam, nie zabijajcie mnie! - Rzezimieszek miał łzy w oczach - Mam żonę do wyżywienia i dwunastkę... Nie! Piętnastkę głodnych dzieci! Proszęproszęproszę!!!
- Oddawaj złoto i pomyślę co z tobą zrobić! - Krasnoluda tak ucieszył jego pomysł, że zapomniał na chwilę o odgrywaniu swej groźnej roli.
- Macie! To wszystko... wszystko co mam! Nie zabijajcie mnie!
- To wszystko? Trzy sztuki złota? Przykro mi, ale chyba muszę cię zabić. Wiesz, zasady to zasady! GRAAAAAAAHHH!!!
- Krasnolud wydobył z siebie okrzyk bojowy tak straszny, że niedoszły bandyta zniknął w krzakach w przeciągu kilku sekund, a jego towarzysz zachłysnął się za śmiechu.
- "Zasady to zasady"... To dobre! Przed chwilą wymyśliłeś?
- Zamknij się drowie! Gdybyś zareagował wcześniej nie byłoby takiego problemu z transportem, a tak... - odburknął Thord i spojrzał na zwłoki konia.
- Nie da rady. Chyba musimy się przejść! - Jakby na potwierdzenie tych słów wyciągnął przygotowany wcześniej plecak z powozu i rzucił krasnoludowi. - Wybacz, jestem zbyt cherlawy na takie toboły. Ruszajmy...
Rozdział II
Drzwi gospody otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Śnieżyca panująca na zewnątrz chwilowo przeniosła się do gospody, przez co goście spojrzeli nerwowo na nowoprzybyłych. W powietrzu unosił się zapach ogniska i pieczeni. Gospoda w Sundice przywitała drowa i jego towarzysza co prawda niezbyt ciepło, ale przynajmniej nikt nie rzucał w nich kamieniami, co, zważywszy na pochodzenie Sarg'lina zdarzało się zdecydowanie zbyt często. Tym razem jednak głowę przykrytą miał kapturem, a część twarzy zasłoniętą grubą chustą, chcąc w ten sposób uniknąć prawdopodobnych konfliktów. Wiele setek lat minęło od ostatniego wypadu grupy mrocznych elfów na te tereny, ludzie jednak nie tak łatwo zapominają, a każdy drow, no, może poza słynnym Drizztem, zostałby z miejsca powieszony.
W gospodzie siedziało niewielu gości, bo też niewielu było chętnych do podróżowania po tych okolicach w czasie takiej zawieruchy.
- Zamów jakieś żarcie i może coś do picia, ja tymczasem zadbam o wolny stół - zdecydował się wreszcie na jakieś działanie Sarg'lin.
- Stół? Przecież tu jest masa wolnych stolików, ale za to nie mam grosza przy duszy - zaczął swą codzienną porcję narzekań Thord. - Nie kupię wina za piękną brodę.
- Spokojnie - szepnął drow i mrugnął porozumiewawczo - pieniądze biorę na siebie.
Krasnolud przybrał groźną minę i krzyknął zwracając na siebie uwagę całej klienteli, nawet tej grzejącej się przy kominku.
- Mówiłem ci cholerny elfie żebyś mnie tak nie nazywał, a teraz się doigrałeś!!! - sieknął Sarg'a pięścią, a następnie pchnął w pobliski stolik przy którym siedziało dwoje ludzi. - Jeszcze jedno takie słowo a nie skończy się na pięściach!
Mroczny elf podniósł się powoli przepraszając osoby siedzące przy stole. Podszedł do krasnoluda, poklepał go po ramieniu i rzekł pojednawczym głosem:
- Wybacz Thord. To już się nie powtórzy. Napijmy się czegoś, ja stawiam. - Mówiąc to wyciągnął z rękawa ciężką sakwę. Krasnolud uśmiechnął się półgębkiem.
***
Szeroko ziewając Thord pogładził się po pełnym brzuchu. Leniwie rozejrzał się po gospodzie. Po sytym posiłku zawsze lubiał pospać, o czym zresztą jego towarzysz dobrze wiedział.
- Nie wiem jak ty, ale ja idę spać. Mam dość wrażeń na dzisiaj.
- Nie ma sprawy. Ja jeszcze trochę posiedzę, jakby nasz znajomy miał się pokazać.
- Świetnie - Mruknął krasnolud powstrzymując ziewanie - Jakby coś to daj znać. Sarg'...
- Tak?
- Postaraj się nie zwracać na siebie uwagi. Wiesz, że nie przepadam za ściąganiem cię ze stosu.
- Nie martw się. Jakby co to poproszę o stryczek. - Zaśmiał się Sarg'lin. - Dobrego snu przyjacielu.
- Jasne. Niech będzie. Na razie...
Sarg przez chwilę słuchał kroków towarzysza wchodzącego po schodach do pokoju. Potem znudzony przeniósł swą uwagę na kominek. Po kilkunastu minutach do gospody weszła postać szczelnie owinięta płaszczem i opierająca się na długim dębowym kiju. Większą część twarzy skrywała pod kapturem, jednak po jasnobrązowych oczach i rysach łatwo domyślił się że to kobieta. Szybko powrócił do przyglądania się kominkowi, bo to nie na nią tutaj czekał. W tym czasie nowoprzybyła ściągnęła kaptur i rozsiadła się wygodnie w stoliku przy kącie. Po spiczastych uszach łatwo było rozpoznać elfkę, miała długie, opadające na ramiona jasnobrązowe włosy i oczy, których kolor zmieniał się od ciemnobrązowego do orzechowego. Podróż widać bardzo ją wyczerpała, gdyż oparłszy się krzesłem o ścianę, zasnęła. Ale nie tylko Sarg śledził jej poczynania. Gdy elfka zdawała się spać, do jej stolika zbliżył się wysoki i wyjątkowo szczupły człowiek, który dotychczas siedział w towarzystwie dwóch pół-orków.
- Cholera, znowu problemy... - mruknął Sarg'lin.
Człowiek zbliżył się cichymi krokami do śpiącej elfki i sięgnął po jej sakwę, zaczepioną na cienkim pasku. Już miał ją w dłoni, kiedy drow chwycił go za ramię.
- Daj tej pani spać, przyjacielu. Złoto jest jej pewnie bardzo potrzebne. Jeśli ci zależy, to ja mogę postawić wam napitek.
- Nie sądzę, żeby stać cię było na wino dla mnie i dla moich kompanów, "przyjacielu". Ale twoja sakiewka może bardzo pomóc.
- Sakiewka? Myślałem raczej o nieco mniejszym datku... Oddaj sakwę tej miłej pani, a pomyślimy, co się da zrobić.
- Nie będę się z tobą targował, człeku. Oddawaj złoto albo ja i moi koledzy wyciśniemy je z ciebie! - na potwierdzenie tych słów ze plecami Sarg'a stanęła dwóch pół-orków.
- Ech... Wiedziałem, że to się tak skończy - westchnął Drow. - Z takimi błaznami ja wy przecież nie da się rozmawiać. W każdym razie, jeśli ja nie nauczę cię pokory to może zrobi to moje ostrze!
Sarg wyciągnął zza pasa krótki sztylet. Poczuł szarpnięcie na karku. To któryś z pół-orków chwycił go za chustę. Zręcznym ruchem wykręcił się z uścisku pozostawiając chustę w rękach napastnika, a następnie unikając miecza człowieka stanął za jego plecami i przyłożył mu sztylet do gardła. Kątem oka zauważył budzącą się elfkę, która siedziała teraz dokładnie za Sarg'iem. jej wzrok wskazywał wielkie zdziwienie i trochę strachu.
- No, panowie - rzekł wreszcie Drow - teraz uprzejmie opuścicie tą gospodę, albo wasz przyjaciel bardzo szeroko się do was uśmiechnie.
Był nawet zadowolony z siebie. W końcu wszystko szło po jego myśli. Nagle poczuł tępe uderzenie w tył głowy i wzrok mu się zaćmił. Zdążył tylko jęknąć i stracił przytomność...
Krillin
krilanek@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|