|
Acidland: instynkt łowcy
Na metalowych płytach podłogi leżał diskmen. Obok niego stała pordzewiała skrzyneczka z wyblakłym napisem "Perk master" na jednym z boków. Trzy białe kabelki wychodziły z przyśrubowanego wieka. Na fosforyzującym wyświetlaczu przesuwały się linie, przenikały kratki i pulsowały liczby. Na końcu przewodów ssawki przyklejone do przedramion i klatki piersiowej mężczyzny. Siedział w pozycji lotosu z zamkniętymi oczami. Na szyi widać było nabrzmiałą żyłę, przez którą leniwie przepływała krew. Po czole spływała mu kropelka potu. W końcu zawisła na koniuszku nosa i spadła rozpryskując się na wyblakłych dżinsach. Nagle w ciasnym pomieszczeniu rozległ się głośny pisk. Mężczyzna otworzył oczy i sięgnął po plecak. Torba ze stelażem kryła w jednej z kieszonek małe prostokąty z plastiku. Miały różne kolory i były na nich przedstawione śmieszne, jakby komiksowe postacie. Mężczyzna wybrał trzy z nich i włożył dwa w puste sloty urządzenia. Wyjął starą dyskietkę i na jej miejsce włożył ostatnią z nowych. Westchnął. Był głodny i spragniony. Pod oczami rozciągały mu się czerwone cienie. Z wahaniem poprawił implant na piersi i szybko wcisnął przycisk na Perk masterze. Na wyświetlaczu pojawił się komunikat o niebezpieczeństwie.
- Pierdolę niebezpieczeństwa.
Wcisnął jeszcze raz i zamknął oczy. Zacisnął pięści i spiął mięśnie brzucha. Z nosa popłynęła mu krew. Zagryzł dolną wargę. W końcu poddał się i wrzasnął jak zwierzę. Głos odbijał się po metalowych ścianach. Po chwili osunął się na podłogę i zemdlał. Rozprostował zbielałe palce i wypuścił z płuc całe powietrze.
Głośny pisk. Rozwarł do połowy powieki i pozrywał implanty. W mózgu zaszły odczuwalne zmiany. Uśmiechnął się do siebie słabo. Zmarszczenie twarzy pokruszyło krwawy strup nad ustami. Stanął na drżących nogach i przez chwilę dyszał ciężko. Nagle padł na bok. Jęknął i podczołgał się do drzwi. Stalowe wrota ustąpiły pod lekkim dotknięciem i zalało go światło. Słońce prażyło. Był dzień, południe. Poczołgał się dalej ciągnąc za sobą odrętwiałe nogi. Przed oczami tańczyły mu ciemne owady. Sturlał się po twardym schodach i legł w piasku. Wokół żelaznej chatki-schronu rozciągał się las spopielonych drzew. Żadne z nich nie miało korony, wszystkie były połamane i osmalone. Wiele leżało na czerwonej glebie lub opierało się na sąsiadach. Podpełzł do cienia chylącej się ku upadkowi sosny i znowu zemdlał.
Leżał jak martwy. Wciąż jednak żył. Oddychał rzadko, serce biło mu wolno, wolniej niż u człowieka. Na poranionym od upadku ze schodów boku poczuł wilgoć. Coś chodziło wokół. Czuł słaby zapach życia. Małe futrzaste łapki rozgarniały pożółkłe, wieloletnie igliwie zakonserwowane przez radioaktywny kurz. Znowu wilgoć i chłód. Obwąchiwanie. Nagle w twarz zajrzał mu ostrożny pyszczek. Spory kretoszczur patrzał w jego oczy, jakby sprawdzał, czy naprawdę jest martwy. Nagle serce człowieka zaczęło szybciej uderzać, krew momentalnie wypełniła zsiniałe członki. Mężczyzna szeroko rozwarł oczy i szybkim ruchem chwycił zwierzę za grubą szyję. Nie wstając przycisnął go do ziemi. Głośny kwik ogłuszył go na chwilę. Brudna łapa oparła się na jego piersi. Kretoszczur wysunął szpony wbijając je w ciało napastnika. Mężczyzna dusił stworzenie i kiedy zaczynało już rzucać się w agonii zatopił mocne zęby w nabrzmiałej tętnicy na jego karku. Ciepła krew zalała mu twarz i wpłynęła do nosa. Metaliczny zapach pobudził go jak drapieżnika. Oblizał purpurowe zęby i uśmiechnął się. Znowu upadł na ziemię zemdlony. Po godzinie poruszył palcami i namacał trupa kretoszczura. Spróbował wstać, ale udało mu się tylko uklęknąć przy swoim łupie. Pochylił się i palcami rozerwał miękkie podbrzusze stwora. Wygarnął flaki i żołądek. Pozwolił wypłynąć płucom i sercu. W końcu mógł jeść. Przeżuwając powoli spojrzał na ranę na piersi. Zaczynała robić się czarna i wciąż lekko krwawiła.
Wbił sobie w żywe mięso igłę stimpacka i wcisnął cały czerwony płyn w pierś. Przetarł zranienie utlenioną wodą, obwiązał się czystym bandażem. Zapiął mocniej wysokie buty i pozwolił spodniom opaść poniżej kostek. Zagarnął dyskietki do kieszonki plecaka. Do głównej komory wepchnął Perk mastera. Na metalowe wieczko z pustymi teraz slotami położył diskmena. Włożył czarną, postrzępioną koszulkę i sweter. Zarzucił na ramiona plecak i wyszedł z chaty. Skoczył ze schodów w piasek wzniecając mały tuman. Wyprostował się i zamknął oczy. Lekki wiatr omiótł jego twarz. Węszył w powietrzu. Nagle zacisnął pięść i bezzwłocznie ruszył. Podczas szybkiego marszu pogryzał surowe udo kretoszczura. Po północy położył się w spalonym lesie i zasnął głębokim snem bez marzeń. Przed świtem zaczął biec. Liczył się każdy dzień przewagi.
***
Grudzień stał na plaży i patrzył w błękitny księżyc. Wokół niego lśniły rozmyte gwiazdy. Było ich teraz tak mało. To znaczy było ich wiele, ale nie tyle, ile w opowieściach ojca. Wtedy świat musiał być piękny, teraz... Też jest piękny. Może dlatego, że nie znał poprzedniego. Położył się na miękkim, białym piasku. Czarne morze podmywało brzeg aż do jego stóp. Bawił się odłamkami muszli i skamieniałymi szkielecikami bezokich ryb. Nagle usłyszał ciche, miękkie kroki. Uniósł się na łokciach i ujrzał dziewczynę idącą ku niemu. Wstał i bez słowa przytulił ją do siebie. Po chwili zaczęli się całować, a jeszcze później Grudzień po raz drugi w życiu posiadł kobietę.
- Jesteś jedyną prawdą, jaką w sobie znam - wyszeptał chłopiec.
- Tak bardzo cię lubię, Grudniu - odszepnęła.
- Mój ojciec kiedyś mówił o takim słowie... Zaraz, jak to było... Coś na k...
- Kruk, kamień, król?
- Nie, nie. To było jakieś uczucie, określenie jakiegoś stanu ducha.
- Nieważne. Śpij już.
Rano 1970 dnia od Big Bangu Grudzień przetarł oczy. Leżał na rodzącej się do życia plaży. Wyjął dłoń spod palców Leslie Ash. Uśmiechnął się szczerze widząc jej piękną twarz. Czarne, twarde rzęsy i gładki policzek, na którym odcisnęły się grudki piasku. Nachylił się nad nią i pocałował w ramię. Czuł do niej prawdę. Choć wiedział, że to niewiele. Że istnieje coś więcej, coś większego od prawdy. No, cóż. Nie znał tego słowa, nie znał tego uczucia. Skierował się do bunkra ukrytego w wydmie. Należał do Włóczykija, ale mieszkali tu w trójkę. Włóczykij był starszy od Grudnia ledwie o cztery lata, ale był dla niego jak ojciec. Nauczył go wiele rzeczy, ale obaj nie mogli znaleźć wspólnego języka. Grudzień nigdy nie zapalał światła w schronie. Lubił ciemność. Bał się jej, ale ją lubił. Wyjął z kieszeni kawałek świecowej kredki i skierował się do najdalszej ściany. Na metalowej płycie widniały połyskujące litery, setki pojedynczych wersów, dziesiątki większych wypowiedzi, wiersze. Znowu zaczął pisać po ścianie. Włóczykij tego nienawidził. Ale to było całe życie Grudnia. Musiał spisywać to wszystko. Musiał, bo inaczej by pękł. Pamiętał jak dziś, kiedy to pierwszy raz zbliżył się do Leslie Ash. To było właśnie tu. Większość z tych kawałków duszy chłopca było o niej. O dziewczynie i o tamtej chwili.
Zapadała noc. Kolejny dzień chylił się ku zachodowi. Słońce powoli ukrywało się za horyzontem. Na szczątkach sopockiego mola, na którym zwykle łowili białe ryby, tańczyły jego ostatnie promienie. Włóczykij siedział tam każdego dnia i palił swoje skręty. Obracał leniwie w palcach jakiś kawałek patyka albo kamyk i w końcu rzucał nim daleko jakby chciał podbić Bogu oko. Grudzień znowu patrzył w księżyc. W książkach, których pełno walało się po bunkrze napisane było, że zawsze był mlecznobiały, no, czasem tylko żółty, serowy. Teraz zawsze był błękitny. To przez atmosferę. Włóczykij mówił, że kiedy w Ameryce zrobili Big Bang stworzyli nowy świat. Przedziurawili jakąś warstwę nieba i wtedy do nas, na dół, wtargnął jakiś gaz, czy coś takiego. Grudzień znał się na słowach, tworzył z nich cuda, ale nie kojarzył niczego z kosmosu. Kosmos to specjalność Włóczykija. Fala uderzeniowa zburzyła wszystko i spaliła lasy. Większość zwierząt wyginęła, rośliny przestały rodzić owoce i liście. Trzy czwarte ludzkości pochłonęły piaski, huragany i nuklearne błyskawice. Teraz ocaleni ukrywali się i szukali spokoju w tym trudnym świecie. Niektórzy zaczęli mutować. Powoli zamieniali się w zielonkawe, ociężałe, ale niezwykle silne, potwory o powykręcanych twarzach. Technologia była dla wszystkich najcenniejsza. Dlatego też Włóczykij nigdy nikomu nie mówił, gdzie mieszkają, zawsze zacierał ślady, za każdym razem wychodzili z miasta w zupełnie złym kierunku, a potem, jakieś sześćdziesiąt kilometrów za nim robili łuk i przybierali właściwą drogę. Teraz Włóczykij był daleko. Wyruszył do jakiegoś obozu na zachodzie, nazywał to osiedle Nowym Szczecinem. Było naprawdę daleko i Grudzień wiedział, że na pewno zginąłby podczas takiej wyprawy. A Włóczykij wziął tylko kilka ubrań i broń. Przed wyruszeniem wrócił do bunkra i zaczął pić. Cieszył się i zaczepiał Leslie Ash. Grudzień chciał mu coś zrobić, ochrzanić go, ale nie miał odwagi. Za bardzo szanował kompana. Poza tym on nigdy nie pił. Ten raz mógł sobie pozwolić. Mamrotał coś o mapie i raz po raz migał jakimś papierem przed oczami chłopca. Rano już go nie było. Zniknęła prawie cała broń, nie było żadnego listu ani niczego. Taki był Włóczykij. Stali teraz we dwoje i patrzyli na księżyc. Myśleli o swoim towarzyszu. Ich dusze podtrzymywały jego rozpaczliwy bieg. Ocierały jego gorące łzy i gasiły głód.
***
Włóczykij biegł przez las. Kolejny raz słońce zachodziło.
---- Doszły nas słuchy o małym ludzkim obozie nieopodal zrujnowanego Gdańska. Istnieją podejrzenia co do zaawansowanej technologii tam przetrzymywanej. No i niespodzianka, chłopcy, hehe. Podobno mają tam jakąś niezłą bejbi w wieku rozpłodowym. Co wy na to? Oddziały Diggera i Estemiacha wyruszają tam za tydzień. Życzę szczęścia. Samicę dostarczyć żywą i nienaruszoną. Zrozumiano? Generał Jago chce ją najpierw własnoręcznie przebadać. Możliwe, że nie przyda się, wtedy się z nią pobawimy. Ale jeśli jej jajo zaakceptuje zmutowane plemniki... Cóż, wtedy będzie żyła długo ----
Boże. Grudzień, ty słaba cioto. Masz walczyć. Masz obronić siebie i ją. Jesteście wszystkim, co mam. Będę już niedługo. Proszę, Boże, pierdolony durniu, zrób coś. Jak nie to zabiję się i przyjdę tam do ciebie. Zatłukę cię jak psa...
---- I co rok będzie rodziła nowego super żołnierza. Potem wyłapiemy wszystkie takie dziwki i w końcu opanujemy całą Europę. Digger i Estemiach, do was mówię, zakute pedały, macie dostarczyć kobietę nienaruszoną. Inaczej... Wyobraźcie sobie w tych swoich małych puszkach, co was czeka... ----
Włóczykij wyłączył radio, które zdobył kiedyś w potyczce ze zmutowanym żołnierzem i przyspieszył. Mięśnie zdawały się przerywać skórę i obciskać kości. Perk master ważył dobre pięć kilo. Gdyby się go pozbył... Nie, to niemożliwe, bez niego nie wytrenuje Grudnia. A sam nie da rady dwóm patrolom. Kurwa, wszystko, co zbudował - mała elektrownia, bunkier, pompa, wszystko... Nie, na to nie pozwolę. Grudzień, walcz, walcz, mały pasożycie. Leslie Ash, trzymaj się. Wyprowadź tego gnojka na dobrą drogę, na ludzi. Na ludzi - pomyślał z dumą. Był człowiekiem. Wciąż. Takim jakim kiedyś był. Chciał jeszcze podsłuchać jakieś transmisje, ale postanowił dodatkowo się nie dręczyć.
***
Leslie Ash usiadła po turecku na piasku przed bunkrem. Zapaliła przed sobą świeczkę z tłuszczu kretoszczura i zaczęła koncentrować się na duszy Włóczykija. Wciąż się przemieszczał z dużą prędkością. Ku nim. Coś musiało się stać. Inaczej zmierzałby okrężnymi drogami. Głęboki wdech. Czuje się roztrzęsiony, cierpi, jest zły na siebie. Chwileczkę. Jest szybszy, o wiele szybszy niż zazwyczaj. Jakieś trzy, cztery razy lepszy czas biorąc pod rozważenie każde sto metrów. Od rana, kiedy ostatnio śledziła jego ducha, biegnie tym samym rytmem. Jak może tyle wytrzymać? Nawet siłą woli nie można osiągnąć takich wyników. Boi się. Wzywa ich imiona. Leslie Ash - Grudzień, Grudzień - Leslie Ash, no tak, jesteśmy wszystkim, co ma. Ale tym razem to jest coś więcej. Coś musi nam grozić. Chłopiec bezszelestnie usiadł obok wprawionej w dziwny trans dziewczyny. Włóczykij kiedyś podłączył jej do czoła jakieś małe wczepy i coś tam zaczęło się pokazywać na tym czymś - encyfalograf, czy jakoś tak. Mówił, że to coś wspaniałego, że pierwszy raz widzi takie zjawisko. Włóczykij widział wiele rzeczy, więc kiedy tak mówi, to znaczy, że jest to coś naprawdę zajebistego. "Ona wykorzystuje ponad czterdzieści procent możliwości swojego mózgu. Dwa razy więcej niż my! Pamiętasz, jak kiedyś spadła z mola? Przez prawie dwie sekundy wisiała w powietrzu. Normalnie lewitowała, to jest to. To jest jakaś energia. W końcu widzę dobrą rzecz, którą wyzwolił Big Bang...". Tak mówił i trzęsły mu się ręce. Potem kazał Leslie Ash wpatrywać się w łyżki. To podobno miało pomóc jej się rozwijać. Grudzień wolał pisać swoje wiersze. Wiersze, którymi też mógł wejść w czyjąś duszę i oglądać czyjeś reakcje. Łzy lub uśmiech, zamyślenie albo oświecenie.
Przez całe życie Włóczykij przebiegł w dziesięć sekund i wiedział, że musi dalej biec nie szczędząc sił. Nie mógł już wykrzesać z siebie więcej energii. I tak był teraz mocniejszy niż kiedykolwiek. Perk master zwiększył osiągi jego organizmu. I tak przewyższał zawsze wytrzymałością i szybkością innych ludzi, ale teraz ostrożnie oceniał swoją siłą na równą mutantom. Możliwe nawet, że przeżyłby pięć ciosów żołnierza nie mając na sobie zbroi i bez żadnych bloków. Ale nie chciał tego sprawdzać. Musi biec. Wcisnął w uszy słuchawki diskmena i klepnął play. Muzyka jego ojca. All this world / Comes close behind me, bites my neck / Fists of furry - daily bread / I must run / I'm exhausted and I'm stunned / Devastation! / Sense is gone... Pasowała do chwili.
Nieopodal zrujnowanego Gdańska, niedaleko Sopotu, w bunkrze, Grudzień przeładował shotguna. Wiedział, że wypali z niego tylko raz. Potem broń targnie się do góry i uderzy nim o ziemię. Leslie Ash czytała kolejny wiersz.
Homek Toft
podobny-chmurom-zbieg@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|