|
Lost Soul
PROLOG
Drogą niczym błyskawica mknął czarny samochód z kilkoma osobami w środku, o dach dudnił deszcz. Już dawno wyjechali z lasu, setki kilometrów temu. To co złe zostawili za sobą. Dojechali do jakiegoś większego miasta, zwolnili przy stacji benzynowej. Otworzyło się okno.
- Co to za miasto? - spytał jeden z mężczyzn faceta stojącego przed budynkiem.
- Raczej nie Salem. - z uśmiechem na ustach odpowiedział.
Otworzyły się tylne drzwi i wyszedł przez nie młodszy mężczyzna, powoli kierował się w stronę stacji.
-Hej! - krzykną przez otwarte okno kierowca, młody podszedł do niego - Nie staraj się zapomnieć tego co widziałeś, bo to niemożliwe - spróbuj tylko o tym nie pamiętać.
- Zobaczymy się jeszcze? - zadał pytanie.
Samochód ruszył, okno zaczęło się zamykać, a kierowca odrzekł tylko.
- Nie...
Rozdział 1:
LAS
***
Drogę oświetlały reflektory samochodu, był to czarny Ford; Mondeo gładko jadący po suchej nawierzchni jezdni. W tę pochmurną noc nie było widać żadnego innego pojazdu. Tylko oni. Za kierownicą siedział młody przystojny mężczyzna, miał długie, czarne włosy zaczesane do tyłu. Na fotelu pasażera spoczywał czarnoskóry, mocno umięśniony, łysy facet, na twarzy było widać lekki zarost. Obaj ubrani w czarne, długie płaszcze. W samochodzie panowała absolutna cisza, podobnie jak poza jego wnętrzem. Po obu stronach drogi widać było tylko las, od kilkunastu kilometrów tylko las. Droga była chyba rzadko uczęszczana gdyż na jej brzegi wspinały się różne krzaki, trzeba było jechać po środku jezdni by nie wpaść na nie. Wtem jeden z nich - Stiv - bo tak nazywał się czarnoskóry odezwał się.
- Jesteś pewien że to wydarzy się teraz? - spojrzał na kierowcę, ten odpowiedział mu groźną miną - No dobra, ale dlaczego akurat w tym lesie? - i znów skierował wzrok na ulicę.
- Czytałeś gazetę? - spojrzał na niego - Prawda?
- Ta... czytałem, ale to przecież bujdy - przełknął ślinę - mit.
- W tym miasteczku dzieje się coś nie tak, musimy to sprawdzić.
- Wyczytałeś w gazecie sprzed stu lat o jakimś gównie i od razu w to uwierzyłeś - wypowiedział z pogardą - a poza tym to miasteczko może być wszędzie, wiesz jaki duży jest ten las.
Nagle samochód gwałtownie zahamował.
- Co ty, zgłupiałeś?! - wykrzyczał Stiv.
Biały wrzucił wsteczny i przejechał dziesięć metrów w tył, tak że reflektorami oświetlił małą zieloną tablicę na której widniał teraz już widoczny napis "LOST SOUL" i strzałka w prawo a pod nią "10 kilometrów". Była ona otarta z kurzu czyimś rękawem, dość niedawno. Kierowca spojrzał na Stiva po czym uśmiechną się szeroko.
- No dobra Jack, znaleźliśmy miasteczko, a jeśli to wszystko to bzdura?
- Po prostu odjedziemy.
Samochód skręcił w małą uliczkę prowadząca do miasta.
***
Przy tej samej tablicy zatrzymało się brązowe, stare volvo. Wysiadł z niego mężczyzna ubrany w ciemnozieloną kurtkę i czarne spodnie dżinsowe. Miał blond włosy, obcięte na jeża. Położył czarny but na jezdni i wyprostował się. Była noc, liście szeleściły pod wpływem lekkiego wiatru. Mężczyzna podszedł do tablicy, była ona pokryta tak grubą warstwą kurzu że nie było można dostrzec co jest nań napisane. Wszedł w zarośla gdyż głęboko w nich była tablica. Znajdowała się dość nisko więc dostał doń ręką i otarł rękawem kurz. Odsłonił się napis "LOST SOUL - 10 kilometrów". Mężczyzna jednak zdrętwiał gdyż usłyszał w zaroślach dźwięk mocno odróżniający się od innych, był to trzask łamanej stopą suchej gałązki. Sparaliżowany strachem Peter - bo tak miał na imię - tępo spoglądał w głąb lasu szukając przyczyny hałasu.
Rzadko uczęszczana droga, zero ludzi, może to jakiś morderca? Pomyślał przez chwilę, ale szybko zrozumiał że to nie to, gdyż zobaczył cień jakiegoś wielkiego zwierzęcia przebiegającego gdzieś pomiędzy drzewami. Było ogromne. Nadal nie mógł się ruszyć, włączyła się w nim jakaś blokada której nie mógł pokonać. Co to było? Kolejny trzask łamanej gałązki, tym razem po drugiej stronie ulicy. Obrócił się momentalnie, bo tylko na tyle było go stać. Nie należał do typu "bohatera", pracował w bibliotece i raczej obce były mu bójki, czy jakieś większe zadymy. Dźwięki dochodzące z lasu przerażały go, niemało naczytał się horrorów, resztę doprawiała wyobraźnia. Zdobył jednak się na ruch, zrobił krok w kierunku samochodu. Las zdawał się ucichnąć, nie było słychać nic prócz stąpania Petera i tajemniczych dźwięków dobiegających z lasu. Mężczyzna zatrzymał się. Teraz nie było już nic, kompletnie żadnego dźwięku, widocznie to coś zatrzymało się i obserwowało go. Ale skąd? Przełknął ślinę i rozejrzał się we wszystkich kierunkach obracając głową. Po prawej stronie w głębi lasu zobaczył coś, oczy obserwującego go, wielkie czerwone ślepia wpatrujące się w niego. Ciągle w nie patrząc robił powolne kroki, kierował się w stronę samochodu, gdy spojrzał - dosłownie na sekundę - za siebie i z powrotem wrócił wzrokiem do miejsca gdzie widział czerwień, tajemnicze ślepia jakby wyparowały. Zrozumiał co mu grozi. Z mozolnych kroków jego ruch przerodził się w bieg. Wskoczył do samochodu i zamknął drzwi tak szybko jak tylko mógł. Wcisnął gaz do dechy i ruszył z piskiem opon ciągle patrząc w lusterko. Zauważył że kończy mu się benzyna więc skręcił w stronę Lost Soul. Ciągle rozglądał się dookoła, szukał tego. Tych olbrzymich czerwonych oczu. Gdy już troszkę ochłoną zwolnił i otworzył lekko okno by złapać trochę świeżego powietrza. Przeszył go dreszcz, poczuł że ktoś lub coś go obserwuje, ciągle patrzy na niego z jakiegoś ukrycia. Ręce trzęsły mu się na kierownicy, ale nie zamierzał stanąć, taka myśl nawet przez głowę mu nie przemknęła. Chciał po prostu wyjechać z tego piekielnego lasu, ale zdawał sobie jednocześnie sprawę że jest to jeden z największych lasów w kraju i szybko mu nie będzie dane pożegnać się z nim. Po raz kolejny spojrzał w tylne lusterko i w tym czasie usłyszał coś przerażającego, głośny ryk. Sam nie wiedział czego, czy zwierzęcia czy też czegoś okropniejszego. Wcisnął gaz do dechy.
***
Miasteczko położone było dokładnie w centrum lasu, ze wszystkich stron otoczone było drzewami. Tylko jedna droga wyjazdowa a zarazem wjazdowa. Lost Soul liczyło sobie około półtora tysiąca mieszkańców, nie przywozili jedzenia z zewnątrz, w ogóle nie wyjeżdżali z tej mieściny. Każdy miał tu pracę, nic nie było im potrzebnego do szczęścia, po prostu żyli oddaleni od najbliższego miasta o setki kilometrów. Dzieciaki miały tu boisko, była szkoła. Nawet stara biblioteka była, raz na trzy dni wychodziła też gazeta. Jak na tak małą mieścinę znajdowało się tu sporo sklepów które to miały naprawdę dobry utarg. Każdy kto wyjechał z Lost Soul już nigdy nie wracał. Dlaczego? Dlatego że tam dokąd się udał było mu lepiej? To chyba nie to...
***
Już świtało gdy z ogromną prędkością do miasta wpadło brązowe volvo z Peterem w środku. Zrobił ostry skręt na pierwszym zakręcie i kierował się za tabliczkami z napisem "Hotel". Dotarł wreszcie do trzypiętrowego, białego budynku z czerwoną dachówką. Na tarasie - pomimo wczesnej godziny - stał starszy, chudy mężczyzna. Peterowi aż ulżyło gdy zobaczył żywego człowieka, poczuł się pewniej. Zaparkował na małym parkingu i wyszedł z samochodu biorąc z tylnego siedzenia czarną teczkę.
- Dzień dobry! - powiedział do starszego mężczyzny z uśmiechem na ustach - Są wolne pokoje?
Starzec bacznie mu się przyglądał - odpowiedział.
- Ano są! - po czym absolutnie zmienił temat - Na długo pan przyjechał?
- Jeszcze nie wiem. - rzekł wspinając się po schodach prowadzących na taras.
- Byle nie na długo.
- A to dlaczego?
- Nieważne, mnie nikt nie słucha - wskazał palcem na wejście - Ktoś powinien być w recepcji.
Peter wszedł przez drewniane drzwi i zbliżył się do dzwoneczka na ladzie. Przycisnął go. Niemal w ułamku sekundy ze schodów zeszła stara siwa kobieta z laską u ręki. Podeszła pod ladę.
- W czym mogę pomóc? - spytała cicho.
- Chciałbym zarezerwować pokój.
Podała mu karteczkę.
- Proszę wypełnić.
Wyciągnął długopis z torby i szybko wypełnił to co musiał, miał w tym niezwykłą wprawę. Oddał karteczkę, kobieta wzięła ją do ręki i rzekła.
- Pokój 12 panie... O'Neil.
Wziął teczkę i ruszył schodami do góry, otworzył drzwi z numerem dwanaście kluczem który wręczyła mu staruszka.
Był to mały pokoik z łóżkiem, biurkiem, szafą na ubrania i małą szafeczką na której stała lampa. Podszedł do łóżka i rzucił się nań niczym młodzieniaszek, miał dwadzieścia dziewięć lat. Stał się spokojniejszy, był otoczony przez ludzi a to dodawało mu odwagi. Jednak ciągle pamiętał tajemnicze czerwone oczy z lasu. Przestał jednak nad tym myśleć. Było mu tak wygodnie, że usnął. Śnił o tych wielkich czerwonych oczach które bacznie obserwowały go w lesie. A jeśli przyjdą i do miasta... co wtedy? Czy zwierzę o tak przerażających ślepiach jest groźne? Przez głowę przewinęła mu się tylko jedna odpowiedź... TAK.
***
Matka niosła dziewczynę na rękach w stronę łóżka. Położyła ją na nim i pocałowała w policzek. Dziewczynka momentalnie usiadła na łóżku gdy zobaczyła że mama wychodzi.
- Mamusiu! - krzyknęła - a jeśli ONI przyjdą?
Mama znów podeszła pod łóżko, i usiadła nań, dziewczynka zaś położyła się.
- Kto kochanie?
- Ci źli ludzie... i ten wielki zwierzak.
- Co ty gadasz, ktoś naopowiadał ci głupot. - stwierdziła stanowczo - Nikt nie przyjdzie. Obiecuję!
I po raz kolejny pocałowała dziewczynkę w policzek. Wstała i wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi. Dziewczynka słyszała jak mama wychodzi schodami na górę. Położyła się bokiem i skuliła nogi. Jednak dobiegł ją jakiś dźwięk zza okna, jakby sapanie psa. Uniosła lekko głowę tak by oderwać ucho od poduszki, słyszała lepiej. Coś sapało za oknem. Bała się, nie mogła zawołać mamy, krzyk zostałby w jej gardle. Wstała więc z łóżka i powoli podeszła do okna. Była jeszcze mała więc podstawiła krzesło by móc wyglądnąć przez okno. Stanęła na krzesełku i sparaliżował ją strach, dokładnie metr od jej okna stała czarna masa z wielkimi czerwonymi oczyma. Dziewczynka straciła równowagę i spadła z krzesła które upadając narobiło strasznego huku, uratowało jej to życie. To coś zza okna najwyraźniej było głodne albo potrzebowało jej. Matka usłyszawszy upadek krzesła przybiegła błyskawicznie do pokoju dziewczynki. Ta leżała na ziemi spoglądając w oczy matki.
- Mamusiu, czy mogę dzisiaj spać z tobą? - spytała z drżeniem w głosie.
Matka dostrzegła w oczach dziecka paniczny strach, wzięła ją na ręce i patrząc za okno rzekła.
- Oczywiście córeczko, oczywiście.
Nic nie dostrzegła w leśnym, nocnym krajobrazie za oknem. Ale czuła że coś tam jest, że coś obserwuje.
***
Przy jednym z domów ktoś rąbał drewno, była już późna godzina. Noc była bardzo zimna więc zapewne chciał rozpalić w kominku. Robił to od strony lasu. W pewnej chwili przestał na chwilę, gdyż usłyszał jakich hałas dobiegający z zarośli. Nie zwrócił uwagi i znów zaczął rąbać drewno. Znów przestał. Rozejrzał się dookoła, nie zauważając nikogo. Uderzenie siekiery w drewno, kolejne, kolejne. Przestał gdyż usłyszał coś niespotykanego w nocy. Ktoś się śmiał szyderczym śmiechem, owy odgłos dochodził z głębi lasu. Żadnych świerszczy, żadnych sów, tylko śmiech.
- Ej ty, żarty se stroisz?! - wykrzyczał z twarzą skierowaną w stronę lasu.
Żadnej odpowiedzi.
- Josh! To ty? Przestraszyłeś mnie!
Żadnej odpowiedzi.
- Josh! Poznałem twój głos! - krzyknął i uzyskał w pełni satysfakcjonującą odpowiedź dobiegającą z ciemności.
- Dobry jesteś! Już idę!
Uśmiechnął się, ale jego radość nie trwała długo. Tym razem usłyszał przerażający krzyk, taki jaki wydaje człowiek odczuwając ból.
- Josh? Znowu sobie jaja robisz? - i przeszedł przez niskie ogrodzenie - Josh! Jeśli to ty! To ci nogi z dupy powyrywam!
Ruszył w stronę skąd dobiegł krzyk. Krok po kroku, bardzo wolno. Zatrzymał się w odległości dwudziestu metrów od domu. Coś kapnęło na jego żółty kaszkiet. Powoli uniósł głowę i ujrzał coś czego nie powinien nigdy zobaczyć. Wielka bestia z czerwonymi oczami przytwierdzona mocno do drzewa trzymała w olbrzymich zębach ciało mężczyzny. Spojrzała na drugiego faceta który gwałtownie z krzykiem począł uciekać w stronę domu. Gdy był już o pięć metrów od schronienia T O pojawiło się przed jego oczyma z szybkością błyskawicy. Zahamował gwałtownie i zaczął biec w głąb lasu. Liście szeleściły pod jego nogami. Ciągle czuł oddech piekielnego stworzenia na plecach. Wiedział że bestia go goni. Postanowił się zatrzymać i obejrzeć za siebie, co uczynił. Nikogo ani niczego nie było. Nie było potwora, poczuł ulgę. Oparł się o drzewo jedną ręką i spojrzał w prawo, potem w lewo i znów przed siebie. Mało nie upadł gdy przed jego zaczerwienionymi oczyma pojawiła się bestia bijąca na głowę wszystkie najokropniejsze potwory z koszmarów sennych.
Już nikt nigdy nie widział go w miasteczku.
Przed śmiercią myślał tylko o tym żeby nie bolało, żeby zabił go szybko. Przez głowę przemknęło mu jeszcze tylko jedno pytanie "Czym T O jest?"... Ciemność.
Winix
winix@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|