SATANIC RITES


Hell yeah! Jeżeli by podejść do pierwszego lepszego metalowca, który nie ma na sobie koszulki Iron Maiden i spytać go jakiego gatunku muzyki słucha to prawie napewno zrobiłby tajemniczą minę i odrzekł sciszając głos : "Słucham black metalu, wiecie takiej szybkiej muzyki, z bardzo szybką perkusją, melodyjnym acz zadziornym riffem, klawiszami służącymi jako tło no i pięknymi tekstami o przyrodzie i zakamarkach ludzkiego umysłu. To bardzo ekstremalna i elitarna muzyka, wiecie Emperor, Dimmu Borgir, Lux Occulta, Satyricon, Immortal, Mayhem, Vader, Cradle Of Filth..." Po wygłoszeniu tych dwóch jakże mądrych zdań nasz rozmówca poszedł by dalej wprost do krainy lasów i fiordów, a razem z nim znalazła by się tam jego piękna, zielona towarzyszka z naszywką 'nirvana' na samym jej środku.

I

Na początku było słowo. Potem bardzo długo nie działo się nic, aż w końcu pojawił się Black Sabbath. Co prawda czysto muzycznie grał on hard rocka tak jak Led Zeppelin czy Deep Purple, lecz dzięki niesamowitemu ciężarowi, agresji i bardzo ekstremalnym tekstom (jak na te czasy) można powiedzieć z czystym sumieniem, że był to pierwszy zespół metalowy. Trochę później narodziły się kapele typu Judas Priest i Iron Maiden, które grały szybciej, lżej i melodyjniej, a z drugiej strony powstał Motorhead, który do ciężaru Black Sabbath i szybkości kapel heavy metalowych dodał punkową prostotę, to już było prawie to...

SONS OF SATAN

To co jest właśnie tym (to właśnie dzięki takim sformułowaniom nie posiadam tytułu Mistrza Polskiej Ortografii) narodziło się pod sam koniec lat siedemdziesiątych w mieście Newcastle, tam właśnie w wyniku fuzji paru zespołów oraz dziwnych oraz tajemniczych perturbacji powstaje czteroosobowy zespół, który za cel postawił sobie granie szybciej niż Motorhead, z dużo większym kopem niz Judas Priest oraz ciężej niż Black Sabbath. Po nagraniu trzyutworowego dema oraz drugiego demka, odszedł od nich wokalista, bez niego w trzyosobowym składzie nagrali singiel oraz kawałek na kompilację. Następnie nagrać mieli następne demo, ale szczęście im sprzyjało i nagrali duży album dla wytwórni Neat. Jak się okazało płyta okazała się być po prostu przełomem, jeszcze nikt nigdy wcześniej nie grał tak szybko, tak ostro i tak cięzko. Jeszcze nigdy żaden zespół nie miał tak strasznych i satanistycznych tekstów. Pewnie już wiecie kochani czytelnicy co to byli za ludzie, co to była za płyta i co to był za zespół, jak nie to wam leciutko podpowiem. Tych trzech miłych panów to Conrad zwany Cronosem, Jeff nazywany Mantasem i Tony, który kazał mówić do siebie Abaddon. Nazwą zespołu był Venom a ich debiutem był "Welcome To Hell". Była to płyta bardzo prosta, rytmy nie były skomplikowane nieco punkowe, riffy także były prościutkie, lecz zadziorne jak jasna cholera, wokal to tez był w sumie zwykły krzyk. Najważniejszym elementem jednak tej płyty był niesamowity feeling, świetny klimat oraz niesamowity wprost ciężar. szokować mogła tez okładka przedstawiająca miłą buzię koziołka oraz luzackie teksty przegięte w strone Szatana, demonów itp. To był właśnie zalążek stylu i absolutny pierwowzór dla ekstremalnego metalu, właśnie ta oraz następna płyta Venom wywarła największy wpływ na rozwój ekstremalnego metalu. Rok po wydaniu przez Neat ich debiutu, trzygłowa bestia uderzyła znowu paląc, rabując i gwałcąc. Nawiasem mówiąc pluła także ogniem, siarką, dymem i ćwiekami. Świat już nigdy nie był taki sam jak przed tym, kiedy Venom wypluli z siebie płytę "Black Metal"! Płyta ta zgwałciła wiele niewinnych duszyczek, zdeprawowała wiele czystych serc i w ogóle czyste zło z niej kapało. Brzmienie z "Welcome To Hell" jeszcze troche zciężało, płyta była szybsza, ostrzejsza i słuchało się jej po prostu z wyjebiście wielką przyjemnością. Otwierający tę płytę kawałek to chyba największy kult jaki da się wyobrazić, od początku do końca zapieprza z niego legendą jak ze Smoka Wawelskiego. Reszta płyty to też trąba powietrza i dewastacja otoczenia w imię Szatana, piekłą, seksu z nauczycielką i Elżbietki Bathory. Jeżeli wierzysz choć w jedno moje słowo to uwierz mi w to : MUSISZ znać Venom, jak uważasz się za metalowca/metala/satanistę/wilka czy co tam akurat jest modne wśród długowłosych debili. Trio kontynuowało chlubne tradycje grania prosto jak drut, z jajem i ciężko na kolejnych dwóch płytach : "At War With Satan" (posłuchajcie tytułowego kawałka, trwa dobre 20 minut a nie nudzi, dziwne nie?) i "Possessessed", po czym zaczęli się kłócić, szturchać odchodzić z zespołu (każdego z nich przez jakiś czas nie było w zespole np. najpierw odszedł Mantas, bo chciał grać bardziej technicznie ; potem odszedł Cronos by pobawić się w solowe projekty, a teraz w zespole z kolei nie ma Abaddona, bo też coś mu tam nie pasowało). Samej hordzie (co za gejowskie słowo) to zaszkodziło i na następnych płytach grała już lżejszą prawie hard rockową muzykę.

WORSHIP LORD SATAN AND NO OTHER

Venom rozpętał straszliwą burzę, yeah! Podczas tej burzy narodziły się nowe bluźniercze akty w Danii, Szwajcarii oraz w Szwecji. Duńskie Mercyful Fate zdecydowanie odznaczało się najciekawszym klimatem zbudowany dzięki charakterystycznym riffom oraz bardzo ciekawemu wokalowi ich gardłowego - Kinga Diamonda. Nie ograniczał się on do krzyku jak inni wokaliści zespołów thrash/black/deathowych lat osiemdziesiątych, tylko nadawał zwykle na bardzo wysokich rejestrach a to pośpiewając a to popiszcząc a to powrzeszcząc, bardzo ciekawe były te jego wokalizy. Kapela ta wydała w roku 1982 czteroutworowe mini zatytułowane po prostu "Mercyful Fate", chociaż bardzo często można spotkać się z nazwą "Nuns Have No Fun" od kawałka, który się tam znajdował. Najlepsze dwa albumy miało co prawda Mercyful Fate jeszcze przed soba, ale już wtedy Kim Petersen i reszta zaserwowali nam porcję heavy metalu (no bo w gruncie rzeczy to był heavy metal), infantylnego satanizmu, makijażów i horrorowego klimatu. Rok później nagrali swój debiucik, który w sumie dalej był kawałkiem solidnegoi, prostego, infantylnego heavy metalu z notorycznie fałszującym wokalistą. Teksty na tej płycie to już absolutny kult jak dla mnie, bo prawie nigdy tak się nie śmiałem jak czytając teksty do płyty "Melissa". Szczególnie rozwalająca jest tytułowa pseudoballada, w której King Diamond wyjąc niebogłosy i fałszując obrzydliwie wyznaje przy dźwiękach akustycznej gitary swą tęsknotę za ukochaną : "Oo-o Ona była wiedźmą, czemuż ach czemuż odebrali mi Cię?". Ja tu się śmieję, wy się dziwicie czemu ja opisuję jakiś głupawy staroć z fałszującym wokalistą w tekście o black metalu. Powiem wam : bo płyta jest zajebista, jest prosta a teksty to dziecinne zapatrzenie w Diabełka, a dzieje się to wszystko na samym poczatku lat osiemdziesiątych, tak właśnie rodził się black metal. Ten kult mistyczny i intelektualny. Rok później ci mili i weseli duńczycy pod przewodnictwem opętanego Kinga Diamonda, który to zajebał babci pędzelek do oczu a pani bibliotekarce "Małego Okultystę" oraz lekko dziwnego, lecz naprawdę świetnego gitarzystę Hanka Shermana nagrali, jezeli tak mogę to nazwać swoje "Reign In Blood", które nazwali "Don't Break The Oath". Lubię używać tego słowa więc wam powiem, że ta płyta to kult! Cięższa, lepsza, bardziej mroczna (aż przechodzą CIARY, hehe), szybsza. King Diamond juz wchodzi w wysokie rejestry prawie że czysto, a zawyć zdaża mu się nieczęsto, teksty też napisał lepsze, konkretne i na temat, riffy brzmią jak piła łańcuchowa firmy Butcher and Butcher INC. czyli fajnie, solówek jest dużo i są dobre a same kompozycje to cud miód i kozie bobki. Każdy prawdziwy satanista jak słyszy "The Night Of the Unborn" albo "Come To the Sabbath" to wali łbem dziko i udaje dzikiego dzika grasującego dziko w dzikiej dziczy. Potem klasyczna historia, Hankowi odbija, zaczyna biegać tam i z powrotem w różowych spodniach, chce grać pop i doprowadza do rozpadu zespołu. Diamond i paru kumpli z Mercyful Fate tworzą nowy zespół nazwany tak samo jak wokalista a Sherman zakłada popowy zespół Fate, który nie odnosi nawet elementarnego sukcesu. Nie będę tu opisywał losów solowych Kinga, ani reaktywowanego Mercyful Fate, bo mimo, że muzyka jest przednia to jednak pod black metal podpiąć się jej nie da.

SATANIC RITES

Szatan i jego słudzy nie próżnowali na początku lat osiemdziesiątych, infekowali zarazą umysły ludzi w różnych zakątkach Europy, którzy przez to stawali się wariatami i zakładali ekstremalne zespoły, za to właśnie Szatana kochamy chyba wszyscy. Troszkę później niż Venom powstały trzy absolutnie kultowe twory, Mercyful Fate w Danii, który jak już wyklikałem na mojej czarnej jak śmierć i kosmatej jak kozioł klawiaturze był najbardziej klimatyczny (nie cierpie tego określenia, bo brzmi wręcz niesamowicie pedalsko), Hellhammer, który został wypluty w krainie dziurek i sera był z nich zdecydowanie najbardziej prymitywny i surowy. W roku 1983 w wyniku konszachtów z satanistycznymi kapłanami i opętania przez demony powstały trzy taśmy demo (bo chyba nikt nie powie, że one zostały po prostu skomponowane, nie?) w kolejności zupełnie nie znana mi "Death Fiend", przesłuchana raz i to niestety pobieżnie podczas grania w szachy z pewnym Demonicznym Człowiekiem w jego Jaskini Niegodziwości Ości Ości "Triumph Of Death" oraz nagrana pod sam koniec roku, nagrana metodą 'live in studio' (coś jak "Live Undead" Slayer) masakrująca i dewastujaca taśma "Satanic Rites". Zawierała ona mniej więcej 44 minuty totalnej surówy w niesamowicie charakterystycznym wydaniu. O ile Venom czy Mercyful Fate to były śednie tempa + czasami małe przyspieszenie, to Hellhammer to zdecydowanie bardzo wolne/wolne rytmy, które w porywach czasem "rozpędzają" się do tempa średniego. Charakterystyczne i niemożliwe do pomylenia riffy Toma Warriora (a właściwie pana Satanic Slaughter) zawierające solidną dawkę mojego ulubionego "dż dż dż dż dż dż dż...", doskonały wokal tegoż, dla urozmajcenia raz na jakiś czas kultowy odgłos "ua!" ; "au!" ; "uugh!" albo zwykłe "uuu!" ; miłe dla ucha postukiwanie perkusji (chociaż na tym demo nie ma perkusji jest tylko "piekielny ogień krzyżowy skierowany na drewniane trumny") i basik w wykonaniu Zabitego Necrosa (tylko prosze mi nie kłamac, że na basie gra jakiś Martin Ain bo wiem, że na basie gra Slayed Necros i nie dam się przekonać, że tak nie jest) Ogólnie kult jak Corne Knieje. [Tak nawiasem kwadratowym mówiąc podam wam tytuły trzech utworów : "Maniac" , "Messiah" i "Euronymous". Dodajmy do tego to, że zespół zwał się Hellhammer i już w stu procentach wiemy skąd kolesie z Mayhem, brali swoje ksywy. Tylko ten nieszczęsny Necrobutcher mógłby sobie wziąć pseudonim Reaper i byłaby pełnia szczęścia...] Rok później już nie Satanic Slaughter, Slayed Necros i Denial Fiend tylko Tom Warrior, Martin Ain i Bruce Day nagrali czteroutworowy winyl o nazwie "Apocalyptic Raids" [na okładce diabeł/szkielet siedzący na tronie, któremu faja zwisa po kolana, yeah!] i podziemni maniacy na całym świecie oszaleli na jego punkcie. Jeszcze nigdy nikt nie nagrał tak surowej, prostej (w pierwszych dwóch kawałkach łącznie są dwa riffy) prymitywnej i amelodyjnej muzyki. Największym kultem z tej płyty jest znany już z wcześniejszych taśm kawałek "Triumph Of Death" w jeszcze cięższej i bardziej chorej wersji. Na dokładeczkę wydłużony on został do dziewięciu i pół minuty. Kawałek jak dla mnie jest po prostu boski, pierwsze minuty to piszcząca gitara i Tom Fishcher wrzeszczący w niebogłosy AAAAAaaaarrrggghhhhhh kilkanaście razy, perwersja aż wali z tego kawałka, potem muza się rozkręca, a ja wciąż mam wrażenie, że riff przewodni tego kawałka został bezczelnie zerżnięty przez Darkthrone w utworze "Earth's Last Picture"... Potem Młot Piekielny wypluł z siebie nagrane na nowo dwa kawałki z "Satanic Rites" ("Revelations Of Doom" i "Messiah") na kompilację "Death Metal" i wyzionął ducha. Żaden z tych materiałów nie jest już dostępny w swoim pierwszym wydaniu co jest mam nadzieje absolutnie oczywiste. Jeżeli chcecie to wam poopowiadam niczym dziadek swym wnukom w cieniu rozłożystej lipy o różnych wydaniach tych materiałów, jak was to nie obchodzi to lećcie (na infernalnych skrzydłach oczywiście) do następnego akapitu. A więc w 1990 roku znana i lubiana wytwórnia Noise wydała w dwóch wersjach (europejskiej i amerykańskiej) płytkę nazwaną "Apocalyptic Raids 1990 A.D.' zawierającą sześć utworów (cztery z "Apocalyptic Raids" i dwa z kompilacji "Death Metal"). Amerykańska i Europejska wersja różnią się tylko tym, że upiorny szczur-szkielet na okładce na wydaniu amerykańskim jest na białym tle a na europejskim na żółtawym, imitującym papier paczkowy. Ta druga wersja przez jakiś czas była dostępna w Mysticu (prawdopodobnie jakimś cudem), lecz teraz chyba już jej ni ma więc trzeba sobie ją poszukać na własną rękę. Z demkami natomiast jest wesoła sprawa, bo można je znaleźć (a właściwie nie można, hehe) tylko na różnej maści bootlegach. Zapotrzebowanie jest na nie duże, bo maniaków Hellhammera na całym świecie jest w cholerę a każda z tych płytek to ścisły limit. I tak taśmy "Triumph Of Death" i "Satanic Rites" znaleźć można na dwupłytowym bootlegu "Triumph Of Death" (z okładką przedstawiającą wisielca). Nie wiadomo do końca kto to wydał, (ale ze średnio-dobrze poinformowanego źródła otrzymałem wiadomość, że to goście z Sadistic Intent) ale powiem wam, że jest cholernie trudno dostępny. Miałem szczęście mieć go w rękach (właśnie jego słuchaliśmy odbywając w Jaskini Niegodziwości Ości Ości partyjkę szachów) i nawet mogłem go kupić, ale jakoś tak się złożyło, że nie było mnie stać wtedy na tą przyjemnośc (bo kosztował jedyne 400zł) i żałuje cholernie. Demo "Satanic Rites" solo zostało spiracone na trzech znanych mi bootlegach, w tym dwóch widzianych na oczy, wydanych przez Hellhammer Maniac z notatką, mówiącą, że płyty przeznaczone są tylko dla maniaków Hellhammera i żeby nie kupowałby ich nikt, kto nim nie jest. Znając cenę tych dysków podejżewam, że nawet bez tego ostrzeżenia kupowali by te płytki sami pojebani fanatycy. Wydanie, którego nie widziałem na oczy ma na okładce zdjęcie posągu anioła (prawdopodobnie to samo, co jedno z kolekcjonerskich wydań Morbid Tales), drugie wydanie ma na okładce namalowaną w różnych odcieniach złotego pewnego rodzaju złą królową, jest kurewsko trudne do zdobycia i kosztuje obecnie ok. 350zł ; trzecie jest całe czarne i ma na froncie wielkie logo Hellhammer, oraz skrzydlatego diabła wychodzącego z pentagramu. Wydanie to jest oczywiście tak samo jak oba poprzenie niesamowicie ciężkie do zdobycia i kosztuje w granicach 300-400zł. Trzeba być nienormalnym, żeby tygodniami jej szukać, a jak już cudem się ją znajdzie wywalić 300 zł na 44 minuty muzyki, ale prawdę mówiąc bardzo się czuję dumny za każdym razem jak ją widzę na honorowym miejscu na półce [dziki i opetany śmiech]. Skoro już się wam pochwaliłem, że ją mam to do pełni szczęścia jeszcze wam powiem, że wydana jest totalnie ascetycznie, bo wkładka to jedna kartka, na dodatek biała z jednej strony i czerwony spis utworów i skład z drugiej. Asceza jak chuj. Jak już tak się rozpisałem o Hellhammerku to jeszcze wam powiem, kochani czytelnicy, że jest to chyba jedyny zespół, który doczekał się tak wiernych naśladowców jak brazylijski Apocalyptic Raids czy niemiecki Warhammer. Jest wiele zespołów, które brzmią jak inne zespoły ale tylko Hellhammer zyskał sobie tak wiernych naśladowców, że nie dość, że ich teksty są nawiązaniem do ich tekstów, utwory komponowane są w ten sam sposób, wszystkie instrumenty nastrojone tak samo to jeszcze członkowie kapel wydzwaniają do Toma Warriora z pytaniem, jaką mieli temperaturę na sali prób i z innymi tego typu problemami, które sprowadzają się do jednego : brzmieć dokładnnie identycznie jak oni, hell yeah!

IN CONSPIRACY WITH SATAN

Satanistyczni kapłani przywołali na ziemię nieskończone zło, które różne oblicza ma (szalala). O ile Mercyful Fate miało najwięcej wspólnego z klasycznym, ostrym heavy metalem, Hellhammer był bardzo surowy i raczej wolny to Bathory było najbardziej brutalne i najszybsze. O Bathory bardzo wiele możecie poczytać w róznej maści czasopismach, więc ja napiszę o nich bardzo skrótowo i w wielkich ogólikach) Na początku roku pańskiego 1983 kolega o ksywie Quorthon założył sobie ekstremalny zespół metalowy. Słuchał ten miły chłopak Motorhead, Black Sabbath i dużo dużo punka, jakich zespołów to niestety wam nie powiem, bo na punku znam się tak, jak redaktorzy polskiego Metal Hammera na metalu, czyli w ogóle. Moim skromnym zdaniem jego największą inspiracją był Venom, ale on twierdzi, że nie znał Venom w tych czasach, więc to przemilczę. Bathory zaistniało dzięki składance "Scandinavian Metal Attack" na której znalazły się dwa kawałki zespołu, mianowicie "Sacrifice", który znalazł się potem na debiucie i "The Return Of Darkness And Evil", który zamykał drugą płytę Bathory. Jak niesie wieść Bathory był to jedyny zespół z tej kompilacji, który dostawał korespondencję od maniaków. Jedyny czy nie w 1984 za sprawą wytwórni przyjaciela/ojca/chłopaka /dobrego wujka Quorthona - Bossa, która zwała się i zwie się dalej Black Mark ; zespół wypluł na świat swój debiut. "Bathory", bo tak ta płyta się zwie to niespełna pół godziny niepochamowanej agresji, rozwalającej prostoty i jak na tamte czasy niesamowicie wręcz ekstremalna. Punkowe, proste ale bardzo szybkie rytmy, gardłowy skrzek Quorthona, raz na jakiś czas eksplodujące krótkie i szybkie solówy, okładka z kozłem no i teksty, to musiało robić wrażenie. Rok później na świat wypluty został drugi bękart z logiem Bathory pod tytułem "The Return". Moim zdaniem duzo słabszy niż debiut, muzycznie to w sumie to samo co jedynka, ale same kawałki były mniej charakterystyczne a brzmienie było dużo gorsze za sprawą wysuniętej na przód perkusji o cieniutkim brzmieniu. Nie zmiania to oczywiście faktu, że jest to także płyta kultowa. W rok po "The Return" Quorthon pokazał światu swoją trzecią dużą erecję zatytułowaną "Under The Sign Of the Black Mark", pomijając zdeczko wazeliniarski tytuł płyta jest wyśmienita. Nie jest może aż tak dobra jak debiut, bo debiut jest absolutnie bzdryngnienty w kosmos, ale napewno duzo lepsza niż dwójeczka. Wszystkie kawałki są niesamowicie dobre (Womaan of dark dizajersss!!!!!!) a perkusja mimo że jeszcze bardziej wysunięta do przodu to brzmi jak jakiś pieprzony bęben wojenny, dudni bardzo przyzwoicie. Po prostu borsucze sutki. Dwa lata później, czyli w roku pańskim 1988 "Blood. Fire. Death" wypuszczone zostały na ten ziemski padół by spustoszenie siać i śmierć, a w wolnych chwilach także i cierpienie. Kolejna świetna płyta, rózniąca się jednak klimatem, bo patetyczna była bardziej niczym moje smutne wywody. Potem Quorthon wraz z takimi dziełemi jak "Hammerheart" i "Twilight Of the Gods" odszedł scieżką sprawiedliwych w stronę viking metalu, więc mimo że płyty te są genialne to ja w tym miejscu wstrzymam swego rumaka, bo tekst o black metalu jest.

II
W połowie lat osiemdziesiątych w bólach za sprawą pierwszej płyty Possessed narodził się death metal, gdzieś tam w undergroundzie działał Master w innym zakatku USA właśnie powstawały Necrovore, Morbid Angel i Death ; na dobre rozszalały się Slayer, Dark Angel i Razor ; w Niemczech rządziły Sodom, Destruction, Kreator ; Metallica odeszła w stronę lżejszego grania, potop szwedzkiego death metalu jeszcze nie nastał, ale już się zbliżał wielkimi krokami...

DE MYSTERIIS DOM SATHANAS

Wszystkie kapele opisane wcześniej to tak zwane stare granie, w przełożeniu na dzisiejszy język black/death/thrash, nie inaczej było też z norweskim zespołem Mayhem. Powstał on w roku 1984, kiedy to trzech niezbyt utalentowanych młodzieniaszków nasłuchało się za dużo płyt Venom. Oystein Aarseth zaczął wtedy bez większego powodzenia molestować gitarę oraz buczeć, Jon Stubberud także niezbyt fachowo począł młócić bas a Kjetil Manheim nawalać w kartonowe pudełka. Cel przyśiwcał im jeden - robić to samo co Venom tylko parę razy szybciej, brutalniej, bardziej obrzydliwie a najlepiej tak, żeby w ogóle nic nie było słychać. Wzorem Venom wymyślili sobie niesamowicie mistyczne ksywy : Euronymous od siakiegoś greckiego księcia śmierci czy też bożka (jak dla mnie jest to ksywa od kawałka Hellhammer), Necrobutcher od zamiłowań i Manheim od niewiadomo czego. Pewnie nigdy się nie dowiem czemu Kjetil Manheim przybrał ksywę Manheim, może demon go nawiedził, albo zstąpiła na niego jakaś zła moc? Nie wiem, ale muszę przyznac, że pochodzenie jego ksywy będzie już na zawsze tajemnicą. Na początku umilali sobie czas graniem coverów takich jak "Black Metal" Venom, "Welcome To Hell" Venom czy "Procreation Of The Wicked", jak chłopcom wychodziło to przemilczę, ale jezeli jesteście ciekawi to kupcie sobie bootlega "Dawn Of the Black Hearts" na którym sa cztery covery z koncertu z Lillehammer, ale zaprawdę wam powiadam nie zdiwcie się jeżeli nic nie usłyszycie. W dwa lata po założeniu zespołu wypluli na świat swe pierwsze ekhm "działa" w postaci demek "Voice Of A Tortured Skull" i "Pure Fucking Armageddon". Pewnie przez te dwa lata niezbyt ostro ćwiczyli ponieważ materiał składa się w większości z buczenia i rzężenia, najmniej pewnie ćwiczył Euronymous swoje wokale, ponieważ wokalu na tych demówkach nie słychac w ogóle. Jak chcecie sobie posłuchać jakże ambitnej muzyki, która znalazła się na tych kasetkach, to polecam bardzo przyjemnego bootlega (1000 kopii) o tytule takim samym jak druga z taśm. Ze swojej strony to polecam szczególnie cover Venom "Black metal" jaki znalazł się na pierwszej z tych taśm, jakby nie było jak byk napisane że to ten kawałek to pod groźbą zdzierania ze mnie skóry pasami nie zgadłbym. Bardzo mądrzy chłopcy doszli do wniosku, że skoro na "Pure Fucking Armageddon" wokale były tak cienkie, że nawet sprzęt odmówił zarejestrowania ich tak, żeby było je słychać, to pora przyjąć do składu jakiegoś wokalistę. Na paru próbach krzyczał z nimi niejaki Messiah z hard-corowego zespołu Within Range, ale nie przebywał w zespole zbyt długo. Następnym młodzieniaszkiem jakiego dookoptowali do Mayhem był wokalista nieznanego mi bliżej zespołu Septik Cunts Sven Kristiansen zwany także Maniakiem, ciekawe czemu? To, że koleś raz na jakiś czas lubi sobie pociąc łapska nożem rzeźnickim nie oznacza, że odrazu jest z niego maniak, nie? W tym składzie zabrali się do nagrania swego trzeciego materiału. Pewnie nie spodziewali się, że nagrany pod koniec 1986 a wydany na początku 1987 w nakładzie 1000 winyli przez "wytwórnię" Posercorpse (innymi słowy : sami go sobie wydali) "Deathcrush", bo tak materiał ten się nazywał po 16 latach od wydania uznawany będzie za absolutny kult i klasykę gatunku. A zaprawdę powiadam, że jest! 17 minut totalnego zła, chaosu i dupczenia flaków piłą mechaniczną! Atmosferę zła, grozy i totalnego opetania przez róznej maści demony zła, zimy i piekła dopełnia maksymalnie wynaturzone outro w którym paru kolesi śpiewa o małych ptaszkach, które spiewają ponieważ są bardzo szczęśliwe. Czysta, satanistyczna propaganda! Na materiale tym można posłuchać jak wielki krok poczynił zespół na przód od czasów "Pure Fucking Armageddon" (odległych o kilkanaście tygodni) - na płycie słychać wokale. Maniac oraz obecny w paru miejscach Messiah wrzeszczą jak zarzynane świnki. Każdy z czterech regularnych kawałków z Deathcrush to kilka chwil masakry, każdy to koncertowy killer, każdy jest naprawdę świetny. Po tym wiekopomnym dziele geniuszu porównywanym śmiało do Leonarda Da Vinci przez co większych jełopów z zespołu odszedł Maniac ponieważ chciał skończyć studia i stać się wykształconym człowiekiem plepleple. Odszedł Maniac, więc czemu nie miałby odejść Manheim? Ten z kolei poznał laskę, która ponoć była straszna idiotką, ożenił się i został normalnym obywatelem. Mayhem zostali bez perkusisty i wokalisty. Ale od czego są kumple? W Oslo działał sobie drugi ekstremalny zespół zwany Rzygiem. Właśnie z Vomit chłopcy pożyczyli sobie dwóch utalentowanych (yeah) koleżków zwanych Kjetil i Torben. Nie zagrzali oni jednak w zespole długiego czasu. Przez swojego znajomego Jona Kristiansena zwanego także Metalionem, który robił wtedy (i nadal robi) zina Slayer poznali wokalistę szwedzkiej załogi Morbid - Pera Ohlina zwanego także Denatem (Dead), był on znany ze swych dziwnych zachowań... O dalszych losach Mayhem a także o wielu innych ciekawych rzeczach opowie wam kochani czytelnicy część druga, którą znaleźć będzieci mogli już w numerze #37 Kącika Muzycznego. Czekajcie cierpliwie!!!!!


© Sheepdog <sheepdog777@wp.pl>