SIX FEET UNDER - "Graveyard Classics"

1. Holocaust [Savatage]
2. TNT [AC/DC]
3. Sweet Leaf [Black Sabbath]
4. Piranha [Exodus]
5. Son Of A Bitch [Accept]
6. (I'm Not Your) Steppin' Stone [Sex Pistols]
7. Confused [Angelwitch]
8. California Über Alles [Dead Kennedys]
9. Smoke On The Water [Deep Purple]
10. Blackout [Scorpions]
11. Purple Haze [Jimi Hendrix]
                                   12. In League With Satan [Venom]
                                   13. War Machine [Kiss]
                                   14. Wrathchild [Iron Maiden]
                                   15. Jailbreak [Thin Lizzy]


          W 1999 roku Chris Barnes i jego koledzy z Six Feet Under, przy okazji pracy nad albumem "Maximum Violence", postanowili nań wrzucić trzy cudze nagrania, w własnych wersjach oczywiście. Pierwszym był cover kapeli Kiss, drugi Iron Maiden nagrany specjalniena poświęcony im trybut, a trzeci to klasyka - Thin Lizzy. W rok później nagrali album zwierający same covery. W późniejszej reedycji został on wzbogacony o wcześniej wspomniane kawałki z "Maximum..." i tą właśnie reedycję płyty "Graveyard Classics" będę recenzował.

          Pomysł na album - świetny. Nagranie cudzych kawałków we własnej interpretacji... spore wyzwanie zarazem, ale efekty mogą być ciekawe. Choć niewątpliwie zarzuty o komercję, o trzepanie kasy na cudzych pomysłach i tak dalej, są nieodzowne przy takich projektach. Dla Mnie jednak nie ma znaczenia ile pieniędzy chłopaki dostali i czy były one adekwatne do włożonej pracy, przecież dla Mnie, jako odbiorcy, liczy się głównie to co na płycie zostało zawarte, kwestie materialne [poza tym ile muszę za płyte zapłacić] niezbyt Mnie interesują.

          No tak, wiemy już, że na "GC" znalazły się same covery... Ale jakich kapel? Hmm... ten zestaw niewątpliwie zaskakuje. Są to w większości stare kapele rockowe, heavy metalowe bądź punkowe... Nic co by w swych klimatach przypominało Six Feet Under! Niemniej realizacja tych nagran jest kapitalna!

          Tak się szczęśliwie złożyło, że mając już całkiem spory staż w różnych gatunkach muzycznych, znam większość utworów zawartych na tej płycie, w ich oryginalnych wersjach. Śmiało zatem mogę stwierdzić, że covery - i tu spore zaskoczenie - nie odbiegają zbytnio od oryginałów! Oczywiście wiadome jest, iż są zagrane z efektami i nastrojeniem charakterystycznymi dla tego zespołu, i zbędnym wydaje mi się tu pisanie o tym że Chris nadal growluje a nie śpiewa, ale reszta jest dojść wiernym odwzorowaniem pierwowzoru. Tempo utworów pozostało niezmienne,niektóre wstawki, takie jak na przykład kaszel przed "Sweet Leaf" również zostały [tylko w troche bardziej brutalnej wersji... heh, niezły towar musieli mieć ;-)]. Ucięto jedynie kilka Hendrisowskich stęknięć w stylu "n-no, mama" bo śmiesznie by to brzmiało w wykonaniu Chrisa, a przy scorpionowskim "Blackout" wyraz "baby" zastąpiono bardziej adekwatnym "motherfucker" ;-). Jednak czas trwania oryginalnych utworów i tych zawartych na tej płycie jest niemal identyczny.

          Płyta zaskakuje. Zaskakuje w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Usmiech na twarzy wywołują przywiane wspomnienia w tej, jakże atrakcyjnej, formie. Każdy kto przeszedł "naturalną ewolucję muzyczną" i zaczynał od zespołów pokroju AC/DC nieźle się zaskoczy słysząc deathmetalową interpretację och utworu. Six Feet Under biorą esencję starych numerów i wtłaczają ją w zupełnie nowe ramki, które jednak rozmiawami przypominają pierwotne formy utworów. Robota perfekcyjna, oby więcej takich albumów [choć fani tego zespłu mogą mieć pewne obiekcje - ja nie mam].

Ocena: 10/10

+iommi+