THE RAVENOUS
"ASSEMBLED IN BLASPHEMY"


Komory gazowe, bluźnierstwa, wymioty, zdeformowane dzieci, okaleczenia, nekrofilia, poniżanie słabszych, okrucieństwo wobec zwierząt, perwersje, żywe trupy, satanistyczna propaganda, zbiorowe gwałty, picie krwi, urąganie Chrystusowi, Clint Bower, Danny Coralles, Danny Lilker, Killjoy i Chris Reifert na jednym dysku. Czy wy wiecie smutni metalowcy kim są ci goście? Z pewnością nie, bo jak rzucić hasłem Autopsy czy Brutal Truth to statystyczny trend z długimi włosami przewróci oczami i powie coś w stylu : "he? Nie znam, ja słucham tylko ekstremy", albo coś jeszcze głupszego. I właśnie dlatego mam do spełnienia misję wobec narodu, jak telewizja publiczna lub nie przesadzjąc Jezus! Wyjdę na jakieś pieprzone wzgórzę i wygłoszę tyradę o najobrzydliwszych zespołach zza Wielkiej Wody. Albo nie, dalej zapierdalajcie sobie do Empików po płyty Lacrimosy, ja ograniczę się do banału, który wszyscy znacie : nie wiesz kim sa Reifert albo Killjoy a zapieprzasz naokoło miasta ubrany czarniej niż zakonnice? W takim razie rządzisz mistrzu!

Dobrze, zwyzywałem już was od trendów, ciót i pedałów, pobluźniłem trochę, wypisałem listę paru ohydnych rzeczy, o których pieprzy chyba każdy recenzent przy okazji pisania o tej płycie, ale wam jeszcze nie powiedziałem o muzyce. Denerwujący ze mnie chłopczyk więc opowiem wam o niej za pomoca rebusa, zagadki tudzież pewnego rodzaju szarady. Jaka może być muzyka skomponowana przez Krzysia El Molestato Reiferta? Hell yeah! Brudna jak robotnik z Etiopii, prosta jak pasterz z Azerbejdżanu, chora jak szalona krowa z Rumunii i brutalna jak wytryski najlepszego recenzenta w Kaciku Muzycznym. Jakie mogą być teksty napisane przez pana "Lubię bzykać okaleczone noworodki" Killjoya? Hell yeah! Szalone jak marcowy zając, obrzydliwe jak napletek Roba Halforda i całkowicie ale to całkowicie niezrozumiałe. Jaki może być zespół, który łączy w sobie to wszystko? Wydupczyście bzdryngnienty w kosmos!

Moja pseudorecenzja zaczyna juz w tej chwili brzmieć w stu procentach onanistycznie, więc wstrzymam swego rumaka i dopiszę resztę w troszke innym tonie. The Ravenous to projekt bardzo znanych muzyków o których z całą pewnością można powiedzieć, że są kultowe. Projekt ten najprawdopodobniej powstał po to by wynieść klasyczny death metal na absolutnie nowy poziom ekstremy. Najlepszym wyznacznikiem ich twórczości jest Autopsy z okresu pierwszych dwóch dysków, ale nawet i to porównanie nie jest w stu procentach trafne. Autopsy szumiało, trzeszczało, było w (sorry, że głupio to zabrzmi) 70% poważnym death metalem a w 30% luzackim zespołem grającym piosenki z obleśnymi tekstami. Po rozpadzie tego zespołu powstał Abscess, który zdecydowanie poszedł w kierunku tej punkowej, luzackiej atmosfery, ich debiut "Seminal Vampires And The Maggot Men" był niemal że wesoły. The Ravenous to z kolei drugi biegun, tu nie ma żadnego luzackiego klimatu, żadnych wesoławych tekstów o dziwolągach, które pieprzą fest tu atmosfera jest jak najbardziej poważna a brzmienie masakrujące. Nie ma tu czegoś takiego jak bębny brzmiące jak stukanie w kartony ("Mental Funeral") to bębny brzmią jak walenie młotem w wieku trumny, nisko nastrojone gitary wygrywają ponure riffy, raz na jakiś czas opętane sola a naprawdę dobrze słyszany bas swoim okropnie niskim i brutalnym brzmieniem dodaje muzyce cholernego doła, nie wspominając już o dwóch nisamowicie dobrych wokalach, które chuczą, buczą, wyją, skrzeczą, charczą i generują bliżej niesprecyzowane odgłosy niemające nic wspólnego z normalnością. Oczywiście nie muszę dodawać, że same kawałki oprócz masakrującego brzmienia są świetnie napisane i wiele razy będzie się do nich wracać bo jakby to banalnie nie zabrzmiało po prostu bardzo dobre. Jeżeli spodziewasz się superszybkości i ciągłęj jazdy na dwóch centralkach a'la Rebaelliun to powinieneś iść do innego kościoła, że tak powiem. Muzyka The Ravenous jest utrzymana raczej w średnich, grobowych tempach z perkusją z wolna dudniącą, jakby nagrywaną w studni, a masakruje dużo bardziej niż 99% superszybkich zespołów razem wziętych.

Od pierwszej sekundy intra "Shrieks Of the Mutilated" do ostatniej sekundy outra "Annointing The Worms" przez uszy słuchacza, do jego pustego mózgu wlewają się fale oceanu ohydy i obrzydliwości. Klimat tej płyty jest bardziej chory niż eksperymenty śp. pana doktora Mengele, podkreślają go dodane gdzieniegdzie intra w których słychać odgłosy egzekucji, krzyki, szumy, wrzaski i jakieś chore kwestie. Apogeum obrzydliwości i zwyrodnienia przypada na kawałek "Keep My Grave Open". Obrzydliwie powolny rytm tego kawałka przywodzi na myśl rodzaj jakiegoś zwyrodniałego walca tańczonego w nocy na cmentarzu przez gnijace trupy w świetle księżyca. Cudo dla takich zboczeńców jak ja. W podobnym klimacie jest cała płyta, naprawdę warto się zaopatrzyć w tą płytkę, choćby dla samej okładki w której to pewien jegomość o świecących, białych oczach z uśmiechem na twarzy wcina wnętrzności małej dziewczynki ubranej w białą sukienkę. W tle wisi druga starannie uczesana dziewczynka w wieku sześciu, może siedmiu lat ubrana w ładną, odświętną sukienkę z dziurą w brzuchu, śladami okaleczeń i krwawymi odciskami dłoni w okolicach piersi. Dla mnie jest to najlepsza okładka jaką widziałem do tej pory, lepsza nawet od okładki nowego Wurdulaka. I pomyslec, ze tak solidna dawke perwersji wydala taka cieniacka wytwornia jak Hammerheart. Bardzo polecam róznej masci dewiatom, perwersom i zwyrodnialcom, nie zawiodą się... 10/10


© Sheepdog <sheepdog777@wp.pl>