Judas Priest - "Sin After Sin"


          

Jest to płyta, która liczy już sobie 26 lat. Trzeci krążek Priest nie doczekał się miana kultowego, ale ja cenię sobie "Sin After Sin". Przyjemnie się tego słucha, szczególnie w przerwie pomiędzy płytami Luciferion czy Death. Można się rozluźnić. Judasi nie narzucają jakiegoś szaleńczego tempa a`la "Painkiller". Ot, takie zwykłe wczesne heavy. Za prawdziwego killera z "Sin After Sin" można uznać już pierwszy utwór, mianowicie "Sinner", stonowane solówki, świetny refren, a do tego w miarę rozbudowany (ponad 6 min.), nie ma żadnych przedłużeń, taki czad na początek. Cover w wykonaniu Devin Townsenda nie umywa się do pierwotnego wykonania. Traci tę magię. "Sinner" to już chyba klasyk i żadne przeróbki nie ulepszą "Grzesznika". Drugi utwór to też swoisty klasyk w dyskografii Priest (cholera, dwa pierwsze i od razu klasyki! :-)), "Diamond And Rust" to heavy-rockowa wersja przeboju Joan Baez. Kawałek utrzymany jest w klimacie ballady. Może się podobać. "Diamond And Rust" został także nagrany na koncertowej składance "Live Meltdown" z 1998 r. z Timem "Ripperem" na wokalu. Nowa wersja jednak nie utrzymuje tego klimatu, który potrafił wytworzyć tylko wczesny Priest z Halfordem. Myślę, że następne pięć kawałków prezentuje niezbyt wygórowany poziom, toteż mnie one nie zachwyciły. Np. numer cztery - "Last Rose Of Summer" wg mnie zupełnie nie pasuje do konwencji Judasów. Otóż jest prosta, wręcz nużąca balladka rockowa, do tego niepotrzebnie rozwlekana pod koniec. Dopiero ostatni "Dissident Aggressor" jest całkiem, całkiem. Warto wspomnieć, że ten utwór JP doczekał się przeróbki w wykonaniu Slayera. Wersja amerykanów jest wg mnie lepsza, przede wszystkim ostrzejsza, ze świetną gitarą w refrenie. Czad!

Ogólnie płyta jest krótka, osiem utworów trwa 40 min. Dla rewelacyjnego "Sinnera", coveru Joan Baez i dla łyku starych Judasów "Sin After Sin" należałoby posłuchać.

Ocena: 7/10.


© PhantoM aka Faust<phantom777@o2.pl>

Copyright by © PhantoM 2003