Judas Priest - "Painkiller"
 
Wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, taką sytuację: wkładasz płytę
do odtwarzacza, naciskasz play, najpierw słychać szybkie, dość chaotyczne
stacatto perkusji, nagle odrobinę zwalnia i wchodzą gitary. Potem opętańczy
wokal. Rozpoznajesz Roba Halforda i grupę Judas Priest, a ten pan, który umila
Tobie słuchanie gitarowych majstersztyków to Glenn Tipton. Lepiej żebyś
zapamiętał te nazwiska oraz nazwiska pozostałych członków Judas Priest: Ian
Hill, K. K. Downing i Scott Travis. Daję głowę, że po przesłuchaniu tego
albumu będziesz ich czcił. Masz rację. To muzyka, która stanowi esencję
heavy metalu. "This is the Painkiller". Klasyk, którego przedstawiać
nie muszę. Album będący już w kanonie szanującychsię fanów cięższego
grania. Powalające stacatta perkusji Travisa, rozbrajające solówki i riffy
Downinga oraz Tiptona, a poza doskonały wokal Metalowego Boga - to znaki
charakteryczne płyty-biblii. Płyty, która wprawiła w osłupienie sympatyków
Judas Priest. Bowiem w 1990 r. kiedy ją wydano wraz z przyjściem nowego
perkusisty dało się zauważyć coś nowego w muzyce Priest. Otóż przede
wszystkim tę energię, która pulsowała od sekcji rytmicznej. "Painkiller"
był jeszcze odstrzejszy od wcześniejszego krążka Judasów "Ram It Down"
z `88.
Gdy na koncercie słychać już chaotyczne uderzenia perkusji, wiadomo że nadciąga
prawdziwy huragan. Szybki, energetyczny tytułowy "Painkiller"
rozpoczyna wspaniałą płytę. Kawał świetnej roboty odwala Scott Travis władający
"garami". Ani chwili odpoczynku. Tytułowy kawałek to ostra jazda bez
3manki, w tle skrzeczy tylko gitara Tiptona. Zaraz tylko ponowne stacatto, coraz
szybsze, które wieńczy cudowny riff wyżej wymienionego gitarzysty Priest.
Dalej boska solówka. A` propos tego riffu: na żadnej późniejszej wersji
"Painkillera" nie został on w równie genialny sposób odegrany. Czy
to przez Schuldingera z Death, czy też na koncertach. Po prostu niepowtarzalny,
wymiatający pokaz techniki Glenna. Gitarzysta ten to geniusz bez dwóch zdań,
autor lub współautor chyba wszystkich textów Judas Priest. Pełni podobną rolę, co Harris w Iron Maiden, z tą różnicą, że
Tipton włada gitarą, a nie basem.
Następne utwory na "Painkiller" także nie dają chwili odpoczynku. Są
szybkie, z bardzo melodycznymi refrenami, ocierają się o speed. Po siedmiu
killerach na tej płycie przychodzi czas na balladę. Jest utwór ostry, bardzo
poruszający, kolejny "rozbrajacz". "Touch Of Evil" ze świetnym
teledyskiem doń nakręconym to prawdziwa perełka z bardzo chwytliwym i boskim
refrenem. Dalej przychodzi czas na przerywnik akustyczny "Battle Hymn"
i na końcu mamy "One Shot At Glory". Utwór nie jest słaby sam w
sobie, ale to jednak najsłabsza kompozycja. Nie wspomniałem tu o kawałkach od
2 do 7, wierzcie mi lub nie, ale każdy z nich wspaniały, genialny, boski,
powalający na kolana. Naprawdę! To jedna z lepszych płyt jakie miałem okazję
przesłuchać. Judas Priest jest wielki. A Tipton to bóg (być może skrobnę o
nim artykuł), jeden z najlepszych "wioślarzy" jacy chodzili na tej
planecie. Aż strach pomyśleć, co by było gdyby Halford został w Priest i
nagrał z nimi jeszcz longplay... Akustyczny huragan, gwałtowny i
bezkompromisowy atak heavy metalu....
Jeszcze taka ciekowostka: wszystkie teksty na "Painkillerze" napisało
trio Tipton/Halford/Downing, mają goście talent.
Ocena: 10/10.
© Faust <count_faust@o2.pl>
Copyright by © Faust 2003