Nie
będzie żadnym znowu odkrywczym stwierdzeniem jeżeli napisze, że nikt
nie grał tak przed nimi jak oni to uczynili. Faith No More, bo o nich
właśnie mowa to grupa bez dwóch zdań kultowa, a zarazem bardzo znana
swego czasu. To oni zaczęli łączyć różne nie pasujące ze sobą rodzaje
muzyki, na płytach FNM bowiem można usłyszeć zarówno funk, rap, muzykę
klasyczną (!) a wszystko to momentami łączone jest z iście thrashowym
zacięciem i ciężkimi riffami. Ciekawe jest to jak by wyglądała aktualnie
scena nu-metalowa gdyby nie ten zespół (o ile w ogóle by istniała) bowiem
wielu znanych muzyków grających nowy metal przyznaje się do inspiracji
grupą którą w pierwszej połowie lat 80. założyli Roddy Bottum i Billy
Gould.
Dobrze, ale przecież miałem pisać o płycie "Angel Dust", która
aktualnie jest uznawaną za istny kult. Nie będę kłamał pisząc, że kiedy
FNM wydał tą płytę wszyscy byli zarówno zachwyceni jak i wstrząśnieni
tym co znalazło się na tej płycie. Shizofreniczne rytmy, pokręcone gitary
no i przede wszystkim fantastyczna maniera wokalna Mike`a Pattona, który
przez wiele osób jest uznawany za najlepszego wokalistę wszech czasów.
Aktualnie Mike pracuje nad swoimi projektami: Tomahawk i Fantomas (w
tym drugim M.P. gra w raz z legendarnym bębniarzem Slayera Davem Lombardo).
Co do utworów to są one bardzo zróżnicowane od pokręconych ("Land
Of Sunshine") przechodząc od nawet śmiało można powiedzieć czadowych
kompozycji ("Be Aggresive", nie tylko mi przypominający nowy
"przebój" szanownego Marilyna Mansona - "mOBSCENE")
a kończąc na niemal 100% popowych utworach ("Small Victory").
Kończąc te recenzje chcę tylko dodać, że jak dla mnie FNM skończyło
się właśnie na tej płycie, właściwie to uważam, że zespół ten wydał
tylko dwie dobre płyty (recenzowany "Angel Dust" i "The
Real Thing")... nie ważne kto i co powie o tej płycie i tak pozostanie
ona kultowa!