CRYPTOPSY
"BLASPHEMY MADE FLESH"
Hell yeah! Bardzo ale to bardzo lubię Kanadyjczyków wszelkiej maści, szczególnie jeżeli chodzi o metalowe granie, prawie zawsze jak coś jest z Kanady to jest totalnie wyrąbane w czternaście i jedną czwartą najbliższych galaktyk. Naprawdę nie wiem, ale za każdym razem jak wkładam do mojego odtwarzacza płytkę z krainy klonowych liści, pierdzenia, policjantów na koniach, niedźwiedzi i cornych kniej to przez mój pokój przetacza się tajfun, wulkan, huragan, piekło i wszystkie inne plagi w kolejności alfabetycznej. Nie będę mówił o mej wielkiej miłości do Ymehpsalb, bo każdy człowiek z włosami za uszy teraz krzyczy, że ich kocha, więc wspomnę tylko o moim skromnym zdaniem kretyna najlepszym thrashowym zespole wszechczasów Razor i o death/grindowej lawinie jaką jest Cryptopsy. Ten drugi zespół powstał we wczesnych latach dziewięćdziesiątych bądź też bardzo późnych osiemdziesiątych, założony przez kilku miłych i grzecznych ludzi którzy za cel postawili sobie granie kawałków, których rzadna inna kapela nie zdołałaby skowerować nawet kuszona trzydziestoma cukierkami miętowymi z nadzieniem malinowym. Wydali oni demko/mini/epkę (sam za dobrze nie wiem co to jest i nie przypomne sobie nawet gdybyście mnie swisneli dundrem) zatytułowaną "Ungentle Exhumation". Tytuł wzięło to wydawnictwa od tego, że od kiedy wokalista grupy Lord Worm udziela się w szpitalu imienia Niepokalanego Poczęcie pod kierownictwem sióstr Sercanek bardzo zainteresował się medycyną. W roku pańskim tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piatym niemiecka stajnia Invasion Records wydała pierwszego dużego ogiera z logiem Cryptopsy zatytułowanego "Blasphemy Made Flesh", rok później holenderska Displeased wznowiła go (tego ogiera) dzięki czemu, fani na całym swiecie mogli go pogłaskać, dać mu kostkę cukru a nawet się na nim przejechać. Przejechałem się na nim kilkanaście razy także i ja i stwierdziłem, że była to jedna z najbardziej ekstremalnych jazd mojego smutnego zycia. Przy tym koniu, nowe źrebaki z logiem Death, Suffocation czy choćby Krisiun wygladają jak wychudzone i toczone szkorbutem powłuczące nogami szkapy. Ogier ten przez prawie całą jazdę galopował jak szalony a w międzyczasie robił przekładanki, salta i tańczył breakdance. Naprawde tak jest, perkusista tej grupy Flo Mournier gra mniej więcej jak Pete Sandoval z Morbid Angel, czyli piekielnie szybko ale także i z wielką finezją. Tu nie ma takiej sytuacji jak w Krisiun, że jak się pałker rozpędzi na stopach do prędkosci karabinu maszynowego to nie przestanie do końca kawałka, Flo często zapiernicza tymi swoimi odnuzami z prędkością niesamowicie wkurwionej pchły, nastepnie na sześć sekund zwalnia do predkosci wręcz grobowej po czym jak gdyby nigdy nic z powrotem wraca na autostradę. Jeżeli zdawało ci się, że Fredrick z Marduk czy Matte z Dark Funeral grają szybko, albo ze Doc. z Vader gra technicznie to naprawdę posłuchajcie sobie tej płyty, nie wiem w jaki sposób ten człowiek grając jakiś morderczy rytm z blastem 360 razy na minutę potrafi naraz dodać tu i tam jakiś smaczek czy nieszablonową zagrywkę. Jednak przez większość czasu nie gra blastów, gra takie chore i porąbane jazzowe rytmy, naprzykład pod koniec najlepszego kawałka na płycie "Abigor" gra naprawdę jak muzyk jazzowy który akurat przypadkiem zjadł na sniadanie czternaście tabletek viagry, strusia pędziwiatra i popił to czterdziestoma napojami Power-Ade. Gitarzyści na tej płycie odwalają też kapitalna robotę, ich gitary wypluwają z siebie nieziemsko szybkie riffy, gdzieniegdzie jakiś pisk, wirtuozerskie zagranie albo efekt, cała płyta też ma kilka solówek, które zagrane są o dziwo dość melodyjnie i bardzo klasycznie, choć niektóre są niesamowicie szybkie, ogólnie wyszkolenie techniczne tych kolesi jest po prostu bajeczne. Nie muszę chyba dodawać, że na każdy cztero i pół minutowy kawałek przypada mniej więcej po dwadzieścia-trzydzieści riffów (wcale nie przesadzam), kurde no jedynę co moge powiedzieć, to że jeżeli słyszałes Suffocation to mniej więcej wiesz zcego się spodziewać, tyle, że brzmienie mocniejsze, gitarzyści jeszcze lepsi a i solówki takie jakieś ciekawsze. Dodajmy do tego też niesamowicie wręcz szybkiego i bardzo dobrze słyszalnego basistę, który oprócz bulgotania tych nawiedzonych rytmów dodaje od siebie naprawdę nieszablonowe zagrywki. Teksty są też naprawdę na bardzo dobrym poziomie a co najwazniejsze sa naprawdę 'death', jest w nich śmierć, są w nich bluźnierstwa, jest w nich gore, pedofilia i rózne inne zwyrodnienie, czyli takie jakie byc powinny w tej muzyce. Oczywiście, jezeli chcesz poznać teksty musisz sięgnąć do wkładki, ponieważ Lord Worm wypluwa te okropieństwa które napisał absolutnie niezrozumiale. Podczas całego trwania płyty da się zrozumieć tylko jedno słowo ('cunt' w drugim kawałku), a tak to naprawdę nie masz nawet co śledzić tekstu z wokalem, poniewaz się pogubisz. Wokal Lorda Worma ma bardziej charakter ekspresyjny i taki jest, to nawet nie jest growling w pełnym znaczeniu tego słowa, on bulgocze i charczy jak jakies bardzo wygłodniałe, drapiezne zwierze. Raz na jakiś czas wyda z siebie ekstremalnie wprost brutalne "argh", które na przykład w kawałku "Open Face Surgery" 28 sekund! Jego wokal jest tak charakterystyczny, a partie zróżnicowane, że nie sposobne jest pomylić go z jakimkolwiek innym wokalistą. Całą płytę słucha sie naprawdę przyjemnie, brzmienie jest czyste, ale bardzo brutalne, nie mające nic wspólnego z odhumanizowanym, komputerowym brzmieniem, wielu nowych kapel death metalowych. Z kapeli tez wieje kultem, bezkompromisowe teksty, bezkompromisowa muzyka, długie sztuki, konkretne koszule, czyli kult jak corne knieje. Nie jest to tez muzyka komercyjna, z tej płyta naprawdę wali szczerością i przyjemnością z grania. Jeżeli myślałeś, że Suffocation jest najbardziej techniczny, jeżeli myslałeś, ze Death było techniczne, jeżeli myslałeś, ze Hellhammer gra bardzo technicznie i finezyjnie, jeżeli myslałeś, że Marduk jest bardzo szybki - kup sobie w Pagan Records za niewielkie pieniądze "Blasphemy Made Flesh" - całkowicie zmieni ci się światopoglad. Bardzo polecam i starszym starzem i poczatkujacym, takiej muzy się słucha naprawdę świetnie. Myślę, że każdy czytelnik KM'u choć raz niech mnie posłucha i zamiast czegoś tam kupi sobię tę płytkę, gwarantuję moją głową, że nie pożałuje! 10/10